stat

Rogacz Europy, czyli "Grzegorz Dyndała" w Teatrze Wybrzeże

11 lipca 2011 (artykuł sprzed 8 lat)
Małgorzata Klamann

Letnia premiera Teatru Wybrzeże to debiut młodego tajemniczego włoskiego reżysera o zawiłej biografii oraz zupełnie nowe i bardzo współczesne odczytanie komedii sprzed ponad 350 lat. Czy trafne?



"Grzegorz Dyndała, czyli mąż pognębiony", jedna z późnych komedii Moliera, to opowieść o bogatym chłopie, który poślubia pannę wyższego stanu. Tytułowy Dyndała niedługo jednak cieszy się ze społecznego awansu, ponieważ jego małżonka wcale nie ma zamiaru podporządkować się przysiędze wierności. Nieszczęsny bohater nie dość, że przeżywa męki zazdrości, to jeszcze doznaje szeregu upokorzeń, próbując przyłapać żonę na gorącym uczynku - ta jednak rezolutnie zawsze wychodzi cało z opresji.

Klasyczna farsa posłużyła reżyserowi Martello Frangivetriemu jako pretekst do wystawienia uproszczonej satyry na Polskę i jej europejskich sąsiadów z okazji objęcia prezydencji w UE. Zabieg polega na ustawieniu unijnych i nie-unijnych partnerów w odpowiednich (i oczywistych) rolach: Polska jest tytułowym nieudacznikiem, który chce dobrze, ale i tak musi zgodzić się na łamanie własnych zasad. Niemcy i Francja jako arystokratyczni rodzice ukochanej córeczki, molierowscy państwo de Dupeck, padają na kolana przed Klitendroffem - Rosją (czyli kochankiem bezwstydnej Anieli - Europy) i depczą plecy pognębionego Dyndały. Aniela, żona Grzegorza i symboliczna Europa jest damą, której nie trzeba długo prosić, żeby ściągnęła majtki. W krzywym zwierciadle pojawia się jeszcze amerykański żołnierz - idiota oraz pokojówka Klaudyna, która w niczym nie ustępuje swej pani na polu miłosnych podbojów.

Na tym można by w zasadzie zakończyć recenzję "Grzegorza Dyndały", bo w spektaklu nic więcej się nie wydarzy. Nie będzie ani "pełnokrwistej tragedii" ani nawet pół-krwi farsy. Bo stylizowanie pani de Dupeck (Joanny Bogackiej) na Angelę Merkel oraz bardziej niż polskie kalosze i sumiasty wąs Grzegorza Dyndały (Krzysztof Matuszewski) bardziej irytują niż śmieszą. Klasyczne farsowe zagranie, czyli komedia pomyłek spotykających się ciemną nocą kochanków, która zgrabnie przechodzi w parodię "Jeziora Łabędziego", to jeszcze za mało, by mówić o komedii.

Z kolei wspólne recytowanie wersetów Traktatu Lizbońskiego to też niewiele, by snuć daleko idące refleksje na temat Unii Europejskiej. Bo i owszem, "wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności zmierzająca do pełnego zatrudnienia i postępu społecznego oraz wysoki poziom ochrony i poprawy jakości środowiska naturalnego" to slogany, ale na takich sloganach opiera się cała polityka świata.

Zastanawiać by się można, dlaczego w ciągu ostatnich 30 lat zaledwie raz wystawiono "Grzegorza Dyndałę" na scenie w Polsce. Czy naprawdę nie doceniano potencjału komediowego "Męża pognębionego"? Albo kim jest tajemniczy cudzoziemski reżyser, który rzekomo debiutuje w Teatrze Wybrzeże? Martello Frangivetri (z włoskiego: młotek do rozbicia szyby w razie niebezpieczeństwa), który mówi otwarcie o śmierci teatru, stworzył wokół swojej osoby znacznie ciekawszy performance, niż nijaka farsa polityczna powielająca narodowe (i europejskie, ma się rozumieć) stereotypy. I rzeczywiście medialna otoczka spektaklu zakrawa na świetny żart, jednak próżno go szukać w wydarzeniach na scenie.

"Grzegorz Dyndała" ma drwić z wszelkich wartości, ale robi to całkiem poprawnie, prawie że grzecznie. Intrygująca układanka niespójnych elementów: bo i klasyka w wydaniu molierowskim, i obiecywany performance; współczesna scena polityczna kontra sztuka o miłości, zazdrości i zdradzie - okazuje się nieskomplikowanym przedstawieniem otwieranym najprostszym wytrychem.

Warto jeszcze wspomnieć o grze aktorskiej, bo nie można zarzucić niczego ekipie Wybrzeża: Krzysztofowi Matuszewskiemu, Joannie Bogackiej, Annie Kociarz, Krzysztofowi Gordonowi, Jerzemu Gorzko, Cezaremu Rybińskiemu i Wandzie Skorny. Wszyscy grają z oddaniem i komediowym zacięciem. Scenografia stworzona przez Marcina Chlandę dopełnia rodzajowy portret rodaków. To biało-czerwony płot, stół konferencyjny, za którym rozpościera się pole słomianych snopków z plastikowym bocianem.

Trudno wróżyć gdańskiemu "Grzegorzowi Dyndale" karierę o wiele dłuższą niż polska prezydencja w Unii Europejskiej. Ale być może taka jego rola - letniego przerywnika w nieustającej debacie o tym, że być w Unii jest i źle, i niedobrze. A nie być w Unii jeszcze gorzej. "Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało"?

Małgorzata Klamann