stat

Duża historia i małe historie w "Sadze rodziny Grzeszczaków"

26 lipca 2018 (artykuł sprzed 1 roku)
Magdalena Raczek

"Saga rodziny Grzeszczaków" Zofii Marii Smalewskiej nie należy do lektur łatwych i przyjemnych. Momentami wciągająca jak dobra powieść obyczajowa, innym razem odpychająca nagromadzeniem traumatycznych i dramatycznych losów rodzinnych, jest jednakowoż pozycją obowiązkową dla każdego miłośnika historii i poszukiwacza prawdy.



Czy ta "Saga" jest sagą?



"Saga..." jest debiutem epickim Smalewskiej. Celowo używam określenia "epickim", ponieważ bardzo trudno zaklasyfikować jej dzieło do jakiegoś konkretnego gatunku literackiego. Oczywiście już sam tytuł i Słowo wstępne, jakie poczyniła redakcja Wydawnictwa Marpress, które wydało tę pozycję, sugerują, że to "saga". Jak mówi jednak "Słownik Języka Polskiego" saga to wielotomowa powieść lub serial filmowy przedstawiające dzieje jakiejś rodziny lub bohatera, co ma się nijak do tej - jednak objętościowo skromnej - jednotomowej książeczki (160 stron plus fotografie, które notabene powinny znaleźć się nie na końcu, lecz w treści, ułatwiając tym samym identyfikację bohaterów i ubarwiając opowieść).

Nie bardzo odnajdziemy tu typową "sagę rodu", mimo że obecnie sagą nazywane są również utwory epickie opisujące losy rodziny lub pojedynczego bohatera. Wydaje mi się, że niefortunne jest użycie tego terminu w przypadku książki Smalewskiej.

Wprowadza bowiem czytelnika w błąd, choć oczywistym jest zabieg "podniesienia" rangi opowieści do wyższego poziomu - rodzina Grzeszczaków staje się tym samym bohaterskim rodem - bohaterem sagi. Nie umniejszając bynajmniej bohaterskości rodzinie Grzeszczaków, zabieg ten wydaje się mimo wszystko na wyrost i zbyt pompatyczny, jak na opowieść o losach zwyczajnej rodziny. Rodziny zwyczajnej i niezwyczajnej jednocześnie, zważywszy na przeżycia jej członków, choć nie moją rolą jest ich ocena.

Stuletnia rodzinna historia



Zofia Smalewska miała zacne i szczytne intencje - chęć wydobycia na światło dzienne ponadstuletniej (1865-1965) historii rodzinnej pozbieranej m.in. od krewnych, z ich opowieści i ich pamiętników. Wykorzystała do tego celu dziennik swojej babci Rozalii, fragmenty pamiętnika ciotki Jadwigi Możejewskiej czy notatki wuja Józefa Grzeszczaka - zapiski z trzech obozów śmierci: w Stutthofie, Sachsenhausen, Dachau. Być może z tego powodu powstał tygiel literacki, stylistycznie bardzo nierówny.

Książka momentami przypomina powieść obyczajową, autorka malowniczo i lirycznie snuje opowieść o losach Laury (swojej "przyszywanej" prababki), jej (a właściwie nie jej) córki Rozalii, a następnie rodziny tej ostatniej. Nie brak tu opisów różnego rodzaju obrzędów (jak choćby tych przy zaręczynach, zrękowinach czy "sprosinach"), tajemnic rodzinnych (m.in. o adopcji autorki), zwyczajnej codzienności - życia ludzi i życia przedmiotów (tj. np. stary zegar rodzinny) - daje się wyczuć tutaj poetycki styl autorki. Historie sięgające jeszcze XIX wieku wychodzą spod pióra Smalewskiej wyraźnie łatwiej i czyta się je tym samym swobodniej i zarazem łapczywiej. Niestety, im bliżej opowieści wojennych (II wojna) i powojennych (bliższych też autorce), tym trudniej przebrnąć przez kolejne strony, choć tragiczne losy gdyńskiej rodziny są przejmujące.

Zmienny ciężar gatunkowy



Oczywiście ciężar gatunkowy historii się zmienia, nie sposób deprecjonować wartość historyczną wspomnień wuja autorki - Józefa Grzeszczaka, jednak pytanie, czy nie powinny powstać dwie osobne książki. Chwilami chciałoby się wręcz dać porwać nurtowi opowiadania - szkoda, że autorka nie zdecydowała się wykorzystać dziejów rodziny do stworzenia fikcyjnej powieści, choć może w tym temacie nic straconego. Odnieść można wrażenie, że autorka tak bardzo skupiła się na oddaniu "prawdy" o swojej rodzinie, że stało się to wręcz jej przysłowiową kulą u nogi. Książka więc posiada ogromną i nie do przecenienia wartość historyczną i intelektualną, a także pokaźny ładunek emocjonalny, jednakże literacko jest niestety słaba.

Redaktorskie wpadki



Winę za ten stan rzeczy ponosi również (a może przede wszystkim) redaktor. W "Sadze rodziny Grzeszczaków" pojawiają się różnego rodzaju brudy stylistyczne, zmiany narracji, niepotrzebne powtórzenia infantylizujące książkę i sprawiające, że ma się poczucie niedopracowania redakcyjnego, co nie przydaje tej pozycji zalet. Przykładowo, na stronie 53 mowa o adopcyjnych rodzicach: "Ich historia jest mi szczególnie bardzo bliska, bo w 1947 stali się moimi adopcyjnymi rodzicami, ale o tym napiszę później". I za chwilę, na stronie 57: "Pary, która została potem moimi kochanymi przybranymi rodzicami, ale o tym napiszę w dalszej części pamiętnika." Trudno nie odnieść wrażenia, że to jest kalka, przepuszczona przez redaktora i niezauważona przez autorkę, która wszak nie pisze pamiętnika. Notabene autorka raz pojawia się jako narratorka w 1. osobie, innym razem pisze w 3. osobie (Janka, Józef, Laura, Rozalia itd.).

Pojawiają się także nieścisłości typu: "Był rok 1944" (s.124), a chwilę dalej "Nadszedł rok 1944" (s.127) - czytelnik gubi się więc w toku narracji. Innym razem autorka pisze o zwyczaju nazwanym "pobterebend", czyli "tłuczeniu szkła przed domem weselnym" (s.69). Tymczasem "polterabend" to "zwyczaj polegający na tłuczeniu szkła i porcelany przed domem rodzinnym narzeczonej". Nie wiadomo zatem, czy to błąd, czy tak nazywano ten obyczaj w tej rodzinie.

Duża Historia i małe historie



Zofia Smalewska stara się mówić też co nieco o tej historii przez wielkie H, która dzieje się w tle jej opowieści rodzinnych, ale robi to odrobinę nieporadnie. O wiele lepiej idzie jej właśnie opisywanie małych historii, prywatnych, intymnych.

Mam osobiście duży problem z tą książką, która z jednej strony zachwyca pojemnością wydarzeń i tym, ile jedna rodzina jest w stanie przeżyć i wycierpieć, a potem odrodzić się na nowo niczym Feniks z popiołów. Jest to podziwu godne. Z drugiej jednak lektura pozostawia w poczuciu niedopracowania i niedosytu.

O autorce

Autorka, Zofia Maria Smalewska, to urodzona w 1947 roku w Choszcznie (zachodniopomorskie) absolwentka Akademii Rolniczej w Szczecinie. Obecnie mieszkanka Gdańska, dzieciństwo spędziła w Słupsku, gdzie debiutowała jako poetka i autorka opowiadań. W latach 2010-2017 należała i tworzyła w słupskiej grupie literackiej "Wtorkowe spotkania". Publikowała w antologiach poezji powiatu słupskiego, e-tygodniku pisarze.pl, w miesięczniku "Akant", w "Powiecie Słupskim". Wydała dwa tomiki wierszy "Ja kobieta" (2013) oraz "Smaki życia i miłości" (2017). Tyle dowiadujemy się z okładki książki, niewiele więcej o autorce znajdziemy w Internecie.