Uziemieni. Recenzja filmu "Polot"

24 października 2020, 9:00
Tomasz Zacharczuk
Polot - zwiastun:

Bohaterowie pełnometrażowego debiutu Michała Wnuka marzą o finansowej samodzielności i zawodowym sukcesie. Własne ambicje chcą wznieść równie wysoko, co zaprojektowany przez nich sterowiec. Podobnymi przesłankami kierują się twórcy filmu. Sęk w tym, że po imponującym starcie następuje dość spektakularny upadek. I to jeszcze zanim cała produkcja osiągnie przyzwoity pułap. W "Polocie" jest zbyt mało... polotu, a zbyt dużo zmarnowanego potencjału. Szczególnie aktorskiego w postaci świetnie zapowiadającego się tria Musiałowski/Włosok/Kulm.



Repertuar kin w Trójmieście


Karol (Maciej Musiałowski), Dionizy (Eryk Kulm jr) i Mariusz (Tomasz Włosok) znają się od dziecka. Prowadzą raczej beztroski tryb życia, choć każdy z nich coraz poważniej myśli o życiowej stabilizacji i finansowej niezależności. Katastrofa lotnicza, w której ginie ojciec Karola, wydaje się punktem zwrotnym procesu wchodzenia w dorosłość. Przyjaciele postanawiają wspólnie zrealizować niespełnione marzenia zmarłego mężczyzny i zakładają spółkę, która ma wprowadzić na rynek model innowacyjnego sterowca. Im bardziej angażują się w ambitny projekt, tym coraz szybciej tracą do siebie zaufanie. Biznes zaczyna pożerać pielęgnowaną od lat przyjaźń, a wkrótce każdy z bohaterów błyskawicznie będzie musiał zweryfikować własne oczekiwania.

Debiutującemu w pełnym metrażu Michałowi Wnukowi dość sprawnie wyszło portretowanie współczesnych dwudziestoparolatków, którzy intuicyjnie balansują pomiędzy nie do końca przekreśloną jeszcze młodzieńczą beztroską a nieukształtowaną w pełni dojrzałością. Pragną sukcesu i realizacji marzeń, choć nie potrafią obrać sprecyzowanego kierunku działań. Oczekują zysków, lecz nie są przygotowani na straty. Szukają drogi na skróty, ale nie wiedzą, gdzie chcą dojść. Karol, Dionizy i Mariusz reprezentują "nieuczesaną" filozofię życia, która często zbyt mocno zaburza zdroworozsądkowe myślenie. Bohaterowie "Polotu" bujają w obłokach o wiele sprawniej niż zaprojektowany przez nich sterowiec, choć powinno być odwrotnie.

Tymczasem rzeczywistość okazuje się bardziej przyziemna. Przyziemny zresztą jest sam film Michała Wnuka, któremu nie udało się dolecieć przynajmniej do poziomu poprawności. Satysfakcji dostarcza w zasadzie tylko kilkunastominutowy prolog, w którym bez większych zgrzytów udało się twórcom naszkicować zarys fabuły i przedstawić pokrótce głównych bohaterów. Historia zdaje się mieć niezły potencjał, ekranową paczkę przyjaciół dość szybko da się polubić, a i realizacyjnie nie za bardzo jest się do czego przyczepić. Im szybciej jednak filmowcy mnożą wątki, im mocniej napędzają akcję (choć tylko iluzorycznie, bo przez większość czasu wieje po prostu nudą), tym coraz śmielej wkracza chaos.

I to na każdej płaszczyźnie. Od coraz bardziej absurdalnych zwrotów akcji, poprzez fragmentaryczną i niespójną fabułę, po dziwaczne montażowe zabiegi, które co rusz wybijają nas z rytmu i powodują mimowolne spoglądanie na zegarek. "Polot" pod kątem realizacyjnym długimi fragmentami przypomina poszatkowany przypadkowymi ujęciami teledysk, w którym fabuła pełni raczej funkcję nawigacyjną, nakreśla tylko tło opowieści, a nie decyduje o jej kształcie. Historia początkującej spółki nieco narwanych młodzieńców szybko więc traci impet i przestaje interesować. Tym bardziej, że większość wątków i relacji pomiędzy postaciami wydaje się być po prostu urwana, niedopowiedziana, niechlujnie poprowadzona, mdła i bezbarwna.

Wywołuje to dezorientację, bo w pewnym momencie trudno już nadążyć za intencjami filmowców. Motyw podążania za marzeniami zostaje sprowadzony do błahej opowiastki o dorabianiu się kosztem przyjaciół i ukochanej. Historia wystawionego na próbę koleżeństwa wydaje się zmarginalizowana, a wątek miłosny tak niedbale poprowadzony, że trudno znaleźć większy sens w eksponowaniu go na pierwszy plan. "Polot" sprawia wrażenie filmu składającego się z kilku części, choć żadna z nich nie pasuje do pozostałych. Opowieść zupełnie się nie zazębia, pozostawiając ogromny niedosyt.

Tym większy, że w obsadzie filmu można znaleźć reprezentantów młodego pokolenia polskich aktorów, którzy wydają się być na wznoszącej fali. Maciej Musiałowski brylował całkiem niedawno w "Hejterze", Tomasz Włosok zaliczył kapitalny występ w "Jak zostałem gangsterem", a Eryk Kulm jr był jedną z wiodących postaci ekipy "Mowy ptaków". Młodzieńczy "dream-team" w "Polocie" został jednak uziemiony i żaden z jego członków nie wzbił się na swój nominalny, wysoki pułap. Najlepiej wypadają we wspólnych scenach, których z upływem czasu jest jednak coraz mniej. Indywidualnie nie dostają pola do popisu. Kolejny raz zawodzi scenariusz.

Kreacje Poli Błasik, a szczególnie Izabeli Kuny (która w zagadkowych okolicznościach znika w połowie filmu), również należy raczej umieścić po stronie niepowetowanych strat, choć każda z pań z całą pewnością poradziłaby sobie z bardziej rozbudowaną i przemyślaną rolą. Jedynie na niezawodnego jak zawsze na dalszym planie Andrzeja Konopkę udało się znaleźć odpowiedni patent. Postać Stana Pacaka idealnie wręcz wpisuje się w jego aktorskie emploi, a scena biznesowych negocjacji w hotelowym pokoju to swego rodzaju aktorska mini-szarża (acz z głową) i pokaz kunsztu opartego na humorze oraz charyzmie.

"Polotowi" polotu na pewno zabrakło, ale brakujących ogniw jest tu znacznie więcej. Zbyt wielu, by debiut Michała Wnuka uznać za choć połowicznie udany. To raczej mało wyrazisty, dość skromny w środkach i treści manifest młodego pokolenia dorobkiewiczów marzących o tym, by wzbijać się szybko i wysoko. A to niemal zawsze powoduje równie błyskawiczny i jeszcze bardziej spektakularny upadek. Podobnie jest z samym filmem, który nie jest w stanie wznieść się choćby na taki pułap, co krążący wielokrotnie po ekranie sterowiec.

OCENA: 4,5/10