stat

Wirtuoz akordeonu, kolekcjoner i animator. Rozmowa z Pawłem A. Nowakiem

18 maja 2018 (artykuł sprzed 1 roku)
Ewa Palińska

Podczas niedzielnego koncertu w Oliwskim Ratuszu Kultury Paweł A. Nowak będzie promował swój najnowszy krążek, zatytułowany "Accordion Virtuoso". Zobacz, jak przebiegały prace nad płytą.


Jest wirtuozem akordeonu, ale i propagatorem muzyki wykonywanej na tym instrumencie. Z jego inicjatywy powstało pierwsze w Polsce Muzeum Akordeonów i instrumentów pokrewnych, a Międzynarodowy Festiwal Akordeonowy, który od kilkunastu lat organizuje w Sulęczynie, wypracował sobie rangę najważniejszej imprezy tego typu w Polsce. Z Pawłem A. Nowakiem, który podczas koncertu 20 maja w Oliwskim Ratuszu Kultury będzie promował swoją najnowszą płytę "Accordion Virtuoso", rozmawiamy m. in. o trudnych akordeonowych początkach, miłości do Kaszub oraz imponującej kolekcji instrumentów.



Ewa Palińska: Z muzyką jest jak z miłością - jednych trafia strzała Amora i zakochują się od pierwszej chwili, u innych jest to proces, który trwa znacznie dłużej. Jak było w pana przypadku?

Paweł A. Nowak: Pochodzę z muzykalnej rodziny. Większość uroczystości i spotkań rodzinnych nie mogło się obejść bez śpiewów przy akompaniamencie gitary, akordeonu czy harmonijki ustnej. Zawsze ciągnęło mnie do muzyki. Jako mały chłopiec miałem marzenie, aby dostać keybord, a nie np. super piłkę czy rower. Poszedłem na przesłuchania do szkoły muzycznej we Wrzeszczu z nadzieją nauki gry na fortepianie, ale on nie zmieściłby się do mieszkania na Żabiance. Zresztą rodzice nie mieli chyba wtedy funduszy na taki zakup, więc stanęło na akordeonie, ku memu niezadowoleniu.

Fakt. Grać na takim instrumencie (według "Hymnu akordeonistów") to nie grzech, a zwykły pech.

Nie był to łatwy czas. Koledzy ze szkoły wyśmiewali mnie za granie na akordeonie. Nie wiem, na ile była to zazdrość, a na ile postrzeganie przez nich akordeonu jako obciachu. Kiedy przeniosłem się do szkoły na Gnilnej (Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna I i II st. im. Feliksa Nowowiejskiego w Gdańsku) wszystko zmieniło się na lepsze. Znalazłem się w środowisku, które podobnie jak ja pasjonowało się muzyką. To był duży zwrot w mojej edukacji muzycznej. Mniej więcej w tym czasie zakochałem się w akordeonie, mimo, że 3 lata wcześniej chciałem rezygnować edukacji muzycznej... Dziś akordeon to całe moje życie, to pasja, która stała się sposobem na życie. W tej kwestii jestem wielkim szczęściarzem.

Kochasz muzykę poważną? Tutaj znajdziesz najciekawsze majowe koncerty dla melomanów


Jak ocenia pan postęp, jaki dokonał się w podejściu zarówno publiczności, jak i kompozytorów do akordeonu? Łatwiej być akordeonistą dzisiaj niż 20 lat temu?

Moim zdaniem 20 lat temu akordeonistom było łatwiej, a to dlatego, że było ich po prostu mniej, a rynek muzyczny potrzebował dobrych artystów. Właśnie pod koniec lat 90. ten instrument zaczął być coraz bardziej widoczny i popularny. Zespoły muzyczne i soliści z tamtych lat, którzy mieli dobry pomysł na muzykę, są dzisiaj bezkonkurencyjni. Mam tu na myśli chociażby Kroke czy Motion Trio. Dzisiaj można zaobserwować bardzo dużą rotację składów, wykonawców, a rynkiem muzycznym często rządzą nie tyle umiejętności, co pokazanie się w TV lub umiejętność robienia dobrego show. Poza tym poziom muzyczny młodych akordeonistów szybuje w górę z każdym miesiącem. Wszystko rozwija się w zawrotnym tempie. Trzeba się mieć na baczności! (śmiech)

Zrównały się też szanse - w rekrutacji do publicznych szkół muzycznych może wziąć udział każdy, kto spełnia określone wymagania, a i ceny instrumentów przestały być dla wielu rodzin zaporowe.

To prawda. Kiedy w 2000 roku rodzice kupili mi koncertowy akordeon, to było wydarzenie. W tej części Polski było tylko kilka takich instrumentów, dla wielu były obiektem marzeń i westchnień. Dzisiaj już nawet 10-letnie dzieci grywają na takich. Być może to, co mówię, brzmi jakbym był człowiekiem w podeszłym wieku, a jestem po 30., ale to tylko świadczy o tym, jak wiele zmieniło się przez ostatnie ponad 20 lat i jak wszystko idzie do przodu w zawrotnym tempie.

Jest pan nie tylko wirtuozem, ale i kolekcjonerem akordeonów.

Akordeony zacząłem zbierać w 1999 roku. Początkowo chciałem mieć tylko kilka egzemplarzy do wystroju pokoju, ale kiedy zgromadziłem kilkanaście sztuk postanowiłem zrobić małą ekspozycję połączoną z koncertem. Później instrumentów przybywało i kiedy było ich już około 50 pojawił się pomysł, aby otworzyć muzeum. Najbardziej zainteresowany tą kwestią był Sopot, czego dowodem były zorganizowane "na próbę" dwie wystawy, rok po roku, w sopockim Krzywym Domku. Sukces pełen, frekwencja bardzo zadowalająca, ale temat się rozmył. Po krótkim czasie przypadkowe spotkanie z wiceburmistrzem Kościerzyny spowodowało, że ruszyła machina powoływania do życia pierwszego w Polsce Muzeum Akordeonu w Kościerzynie.

Pawłowi A. Nowakowi udało się zebrać przeszło 300 instrumentów, które prezentuje nie tylko w Muzeum akordeonów, ale również podczas wystaw objazdowych. Zobacz relację z wystawy w Tczewie.

Ile instrumentów udało się panu pozyskać dla muzeum?

Moja kolekcja liczy obecnie około 330 sztuk i jest największym tego typu prywatnym zbiorem w Polsce. Znajdują się w nim egzemplarze z całego świata, niektóre z nich mają status jedynych na świecie. Niespełna połowę kolekcji można zobaczyć w kościerskim muzeum, natomiast pozostała część jest mobilna i można ją podziwiać na wystawach w całej Europie.

W jaki sposób wyszukuje pan kolejne eksponaty? Bo zakładam, że kolekcja cały czas się powiększa.

Instrumenty wyszukuję na całym świecie. Warto jednak wspomnieć, że wiele eksponatów to po prostu dary. Wiele osób woli zostawić u mnie instrument, niż go wyrzucać lub sprzedać jako wystrój knajpy. Te akordeony mają zazwyczaj ciekawą historię, nieraz bardzo tragiczną. Wiele z nich przeszło przez czasy II wojny światowej. Mimo niedługiej drogi do Kościerzyny dla wielu osób taka wycieczka jest nieosiągalna, dlatego liczę na to, że uda się także zorganizować taką ekspozycję w Trójmieście.

Co uważa pan za największy atut swojej kolekcji? Co najbardziej przykuwa uwagę zwiedzających?

Trudno wskazać jeden konkretny instrument. Szczególną wartość mają dla mnie francuskie flutiny, które, mówiąc najprościej, są prototypami akordeonu. Niezwykle ciekawy jest akordeon, który w manuale prawej ręki posiada dwie klawiatury - jak na organach. Jest też taki, który zamiast tzw. basów ma klawiaturę. Zwiedzający uwielbiają akordeon ustny, który nie ma miecha i trzeba w niego dmuchać tak jak w trąbkę. Duża część instrumentów to akordeony i harmonie, które charakteryzują się bardzo bogatymi zdobieniami (intarsje i inkrustacje), a one zawsze wzbudzają zachwyt, zwłaszcza pań.

W świadomości gdańskich słuchaczy funkcjonuje pan jako "nasz" twórca. Tymczasem biogram podpowiada, że coraz bardziej niż gdańskim jest pan twórcą kaszubskim.

Jestem na pewno i "wasz", i "nasz". Lubimy przyporządkowywać ludzi do konkretnych miejsc czy sytuacji, tymczasem w moim przypadku nie jest to takie proste. Jestem obywatelem Pomorza, przede wszystkim Kaszub, ale moje korzenie są gdańskie. Wychowywałem się na Żabiance, w Gdańsku wykształciłem, ale już od najmłodszych lat ciągnęło mnie na Kaszuby, a konkretnie do Sulęczyna, w którym każdego roku spędzałem sporo czasu. W każdym razie to w Gdańsku zacząłem organizować pierwsze koncerty akordeonowe. Miało to miejsce w Muzeum Poczty Polskiej, gdzie dzięki życzliwości dyrektora p. Wiesława Wołodko przez kilka lat organizowałem "Wieczory z akordeonem w muzeum".

Czym te Kaszuby tak pana urzekły?

Kwestii miłości do Kaszub nie potrafię wyjaśnić tak jednoznacznie. Sulęczyno, które uważam za swoje miejsce na Ziemi, przyciągało mnie od dziecka. Czym? Do końca nie wiem. Tym czymś, czego czasem nie potrafimy wytłumaczyć. Na pewno jeziora, lasy, ludzie i ogólny klimat miejsca, wszystko bardzo autentyczne. Od najmłodszych lat miałem częste kontakty z rówieśnikami, dzięki czemu osłuchiwałem się z językiem kaszubskim. Od kiedy wszedłem w kaszubską rodzinę i sulęczyńską społeczność, mam jeszcze większy kontakt z tym językiem i niejednokrotnie się nim posługuję.

W Sulęczynie właśnie, a nie w Trójmieście, zdecydował się pan organizować najważniejszą imprezę akordeonową w kraju. Dlaczego tam?

Będąc jeszcze w liceum na Gnilnej miałem takie marzenie, aby zagrać koncert w Sulęczynie, i stało się. W 2003 roku wykonałem swój recital w tamtejszym kościele. Rok później z Ireneuszem Kordą, dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury, zorganizowaliśmy nieco większe wydarzenie pt. "Sulęczyńskie Spotkania Akordeonowe". Obie te imprezy dały początek obecnemu Międzynarodowemu Festiwalowi Akordeonowemu, który jest bez wątpienia największym tego typu wydarzeniem w Polsce. Teraz, z perspektywy kilkunastu lat wiem, że gdyby taka inicjatywa odbywała się w Trójmieście, to prawdopodobnie zginęłaby w gąszczu licznych wydarzeń artystycznych. Zresztą kto w dużym mieście pozwoliłby na organizowanie imprezy nastolatkowi... Chociaż wtedy wcale o tym nie myślałem. W Sulęczynie tworzyliśmy festiwal od podstaw, uczyliśmy się na własnych błędach, dzięki czemu teraz ta impreza jest oryginalną i cieszącą się bardzo dużym zainteresowaniem wizytówką gminy.

Znajomi muzycy, którzy niejednokrotnie mieli okazję z panem występować, podpowiedzieli mi, że jest pan nie tylko wirtuozem akordeonu, ale i świetnym konferansjerem. Czy przemawiania do publiczności trzeba się nauczyć, czy jest to umiejętność, z którą człowiek się rodzi?

Miło mi, że mam taką opinię u kolegów. Pierwsze szlify zdobyłem właśnie we wspomnianym wcześniej Muzeum Poczty Polskiej, gdzie prowadziłem organizowane przez siebie koncerty. Nie uważam się za konferansjera, ale lubię mieć kontakt z publicznością, bo to pomaga także w rozładowaniu tremy. Opowiadając słuchaczom o swojej muzyce zbliżam się do nich i pozwalam im lepiej zrozumieć to, co gram.

Kontakt z publicznością jest dla pana ważny?

Jest bardzo istotny, ale ważne jest też to, aby być po prostu sobą i niczego nie udawać. Nie mam ulubionej grupy słuchaczy. Uprawiam tak wiele stylów muzycznych, że niemal na każdym koncercie spotykam się z inną publiką.

Kiedy zapytałam jednego z kompozytorów, który ze swoich utworów lubi najbardziej odpowiedział mi, że to tak samo, jakbym go zapytała, które ze swoich dzieci kocha mocniej niż inne. Z panem jest podobnie, czy może jest utwór bądź gatunek muzyczny, który wykonuje pan z większą radością niż inne?

Doszedłem do takiego momentu w życiu, że gram w zasadzie tylko to, co lubię i co daje mi satysfakcję. Lubię jazz, tango, muzykę klezmerską, francuskie musette, a także muzykę klasyczną. Nie potrafię się ograniczyć do jednego gatunku. Mam radość z uprawiania tak wielu stylów i być może dzięki temu to, co robię, jest według mnie cały czas świeże. Gdybym ograniczył się np. tylko do tanga, na pewno szybko bym się nim znudził.

Jakie jest pana największe muzyczne marzenie?

Nie lubię rozmawiać o marzeniach, to dla mnie niemalże intymny temat. Mogę powiedzieć tylko tyle, że niemal wszystkie, które dotychczas miałem, już się spełniły. Nieustannie stawiam sobie cele, mniejsze i większe, które są także pewną formą marzeń i konsekwentnie wdrażam je realizuję.