stat

Wojciech Mann opowiadał o swojej książce w Sopotece

7 kwietnia 2019, 11:00
Magdalena Raczek

W sobotę, w samo południe, w Sopotece odbyło się kolejne spotkanie z cyklu Biesiad Literackich, z powodzeniem organizowanych od lat przez Agencję Artystyczną R&K Nehrebeccy. Tym razem zaproszonym gościem był człowiek, którego przedstawiać chyba nikomu nie trzeba - Wojciech Mann: dziennikarz muzyczny, satyryk, aktor, lektor, pedagog, tłumacz, a także autor piosenek i książek.



Spotkania literackie w Trójmieście


To właśnie wokół jednej z książek, napisanych przez zaproszonego gościa, toczyło się spotkanie, a mianowicie wokół publikacji pt. "Artysta. Opowieść o moim ojcu", wydanej przez oficynę Znak. Książka ta, będąca jednocześnie wspomnieniem ojca Wojciecha - Kazimierza Manna, oraz swego rodzaju albumem prac tego niedocenianego za życia artysty-plastyka, stała się punktem wyjścia do rozmowy na różne tematy. Tradycyjnie prowadzący spotkanie - Krystian Nehrebecki - często odwoływał się do zawartych w niej informacji oraz cytował co ciekawsze fragmenty, choć przyznać trzeba, że cała książka warta jest przytoczenia.

Biesiady Literackie z Wojciechem Mannem odbędą się jeszcze dziś, tj. 7 kwietnia 2019 r. (niedziela) w dwóch miejscach: w Gdyni o godz. 12:00, w Gdyńskim Centrum Filmowym oraz w Rumi o godz. 17:00 w Domu Kultury "Janowo". Na wszystkie spotkania wstęp wolny.

- Nie oceniałem jego obrazków, były taką samą częścią mojej codzienności jak meble w mieszkaniu, firanki w oknach czy kolor ścian. Jednak słuchając mimochodem tego, co ojciec mówił o różnych wydarzeniach czy faktach artystycznych, zacząłem orientować się, jak ważne jest rozróżnianie tego, co brzydkie, a co ładne. Nie potrafię powiedzieć, czy wieloletnie obcowanie ze sztuką, którą tworzył, ukształtowało mój gust, ale z całą pewnością pozwoliło mi docenić to, co robił. Jakby na przekór oficjalnie dominującej szarzyźnie i braku fantazji tamtych lat jego obrazy uderzały feerią kolorów i śmiałością ich zestawiania - pisze w książce o ojcu Wojciech Mann.
Nietrudno było się domyślić, że spotkanie z tym charyzmatycznym dziennikarzem, nietuzinkową osobowością, a także wyjątkowym człowiekiem, cechującym się niezwykłą erudycją i specyficznym poczuciu humoru, przyciągnie tłumy jego wielbicieli. Tak też się stało - miejsca siedzące w Sopotece wypełniły się co do ostatniego krzesełka, a wielu co bardziej zaradnych przybyłych organizowało sobie na własną rękę "dostawki". Pozostali gromadnie tłoczyli się w dalszej części sali, skąd przysłuchiwali się rozmowie na stojąco. Wśród przybyłych nie brakowało ani młodszych, ani starszych - jak się okazuje Wojciech Mann ma fanów chyba w każdym wieku.

Myślę, że każdy, kto postanowił to piękne, słoneczne sobotnie wczesne popołudnie spędzić w sopockiej mediatece (nawet na stojąco) nie żałuje podjętej decyzji. Dyskusja bowiem nie tylko obfitowała w ciekawe anegdotki z życia Wojciecha Manna (zwłaszcza jego dzieciństwa), lecz również dała możliwość przeniesienia się w czasie i przestrzeni do Warszawy lat powojennych, gdzie żyli i mieszkali państwo Mannowie i gdzie tworzył bohater książki - Kazimierz Mann. Poza spodziewanym dowcipem, którym gość okraszał co jakiś czas swoją opowieść, nie brakowało w rozmowie wątków osobistych, nawiązań do czasów PRL-u czy prób scharakteryzowania twórczości plastycznej Manna seniora.


Mogliśmy się zatem dowiedzieć o lwowskich korzeniach rodziny Mannów, o stryjach Wojciecha: Romanie (słynnym scenografie filmowym, tworzącym scenografie do obrazów, tj. m.in. "Do widzenia, do jutra", "Krzyżacy", "Matka Joanna od Aniołów" i wielu innych) oraz Tadeuszu (polskim biochemiku studiującym w Cambridge, autorze ponad 250 prac naukowych i książek), o tym, że ojciec dziennikarza przebywał w więzieniu, o ich sublokatorskim mieszkaniu na warszawskim Powiślu, gdzie dzielili łazienkę, toaletę i kuchnię z dwiema innymi rodzinami a sami zajmowali jeden pokój, o wystawnych kolacjach w słynnych stołecznych restauracjach po wypłacie taty, o tym, jakim Kazimierz był kierowcą i przede wszystkim, jakim był ojcem. To tylko niektóre z przytaczanych z książki i rozwijanych przez gościa opowieści.

- Ja nie wiem, jak oni się dogadywali - mówił o swoich rodzicach Mann. - Mama była raczej taką osobą przewidującą, zawsze potrafiła znaleźć schowany gdzieś w bieliźniarce zaskórnik, jakąś rezerwę, a ojciec kompletnie na to nie patrzył. To, co miał w portfelu, to było po to, żeby z tego skorzystać.
Wiele z tych historii miało akcent nie tylko humorystyczny, ale też nostalgiczny i wzruszający. Po tonie i postawie autora książki, a także po słowach z jej Wstępu i Posłowia można wywnioskować, że publikacja ta stała się dla Wojciecha Manna swoistym "poszukiwaniem" ojca, próbą zrozumienia go, a także - co zaznaczył na początku - chęcią przywrócenia jego twórczości potomnym, "zwrócenia uwagi na pracę i osiągnięcia ludzi, których dostatecznie nie doceniono ani za życia, ani po śmierci". A za takiego człowieka właśnie uznał autor swojego ojca.

Oczywiście przez pryzmat historii o ojcu poznajemy samego Wojciecha Manna, którego - jak przewrotnie powiedział na początku prowadzący spotkanie Krystian Nehrebecki - wydaje nam się, że wszyscy znamy, a tak naprawdę niewiele o nim wiemy. On sam stwierdził, że nie bardzo jako dziecko rozumiał twórczość ojca - "dla mnie obraz to był Matejko". Tymczasem Kazimierz nie miał sztalug, nie malował na płótnach ani też nie podejmował takiej tematyki jak Matejko. Jednak jak autor książki sam przyznał - z czasem zrozumiał, że poza dzieciństwem i młodością wśród artystycznych dokonań rodzica otrzymał od niego znacznie więcej.

- W związku z tym, że ojciec nie miał stałej pracy, nigdy w życiu nie było sytuacji, że on musi na którąś godzinę zdążyć, podpisać listę - coś takiego, co było normalnym trybem życia wszystkich dookoła, to ja tak przesiąkłem wiarą, że można tak żyć, że zrobiłem to samo. Nigdy nie miałem biurka i normowanych godzin pracy.
Usłyszeliśmy również całe mnóstwo innych ciekawych opowiastek, m.in. o "magicznym zielonym oku" pierwszego radia, z jakim Mann miał do czynienia, a które należało do ojca, o tym, jak rozkręcił radioodbiornik, by zobaczyć "maleńkie miasto" ukryte za jego pokrywą, jak tata czytał mu bajki, tłumacząc je bezpośrednio z niemieckiego, jak dwukrotnie wyrzucano go ze studiów (handel zagraniczny, na który namówiła go mama) i tym samym "przedłużał sobie młodość", po czym studiował filologię angielską na UW (opowiedział też śmieszną anegdotę z egzaminu wstępnego), bo "chciał wiedzieć, o czym oni śpiewają".

W takiej lekkiej i nieco nostalgicznej, choć wesołej atmosferze przebiegło to spotkanie, które minęło bardzo szybko. Na koniec jeszcze chętnie padały pytania od widzów, m.in. o współpracę z Krzysztofem Materną czy o początki kariery radiowej. Gość z dużą swobodą i zabawnie odpowiadał na nie wszystkie.

Organizatorzy ponadto zadbali o odpowiednią promocję książki - na początku spotkania wyświetlono prezentację wideo na temat tego wydawnictwa wraz z fragmentami tekstu, zdjęciami i reprodukcjami pochodzącymi z książki. Na koniec zaś można było "Artystę" zakupić i jak przystało na dobrym spotkaniu literackim - zdobyć autograf jego autora. Chętnych, by to uczynić, nie brakowało.