Wybrzeże Sztuki, czyli rzut oka na tematy tabu - podsumowanie festiwalu

1 maja 2013 (artykuł sprzed 7 lat)
Łukasz Rudziński

Po raz szósty trójmiejska publiczność miała okazję zetknąć się z szeroko komentowanymi i kontrowersyjnymi spektaklami, które powstały poza Trójmiastem. Za nami szósta, z pewnością nie najlepsza edycja przeglądu Wybrzeże Sztuki, która skoncentrowana była wokół tematów kontrowersyjnych.



Siłą Festiwalu Wybrzeże Sztuki jest - paradoksalnie - brak dookreślonej, narzuconej odgórnie formuły, co pozwala zapraszać organizatorom dowolne produkcje, które wyróżniły się w ostatnich latach na tle polskiego teatru. Tak jak w poprzednim roku, festiwal jest również okazją do prezentacji spektakli Teatru Wybrzeże. W tym roku były to: zauważone i docenione w kraju - "Amatorki" oraz "Czarownice z Salem". Przyznać trzeba, że obie trójmiejskie produkcje należały do najsilniejszych punktów programu.

Obok "Czarownic z Salem" najciekawszą propozycją był "Nietoperz" TR Warszawa, wyreżyserowany przez Kornéla Mundruczó. Spektakl rozgrywa się w zamykanej właśnie klinice, gdzie pacjenci samodzielnie poddają się eutanazji. Gdzieś w tle pobrzmiewa tu echo "Zemsty Nietoperza", przywoływanej przez czekającego na śmierć eksdyrygenta Gustawa, z którym w "ostatnią drogę" postanawia wyruszyć jego żona, Irys. To spektakl-instalacja, oparty na aktorskim warsztacie, niepozbawiony gorzkiego humoru (wirtualne parówki na talerzach, czyli nawiązanie do tragicznej, do niedawna, sytuacji finansowej TR Warszawa) i świetnych rozwiązań scenograficznych. Przedstawienie nie zamyka się w publicystyce. "Za" i "przeciw" eutanazji są tutaj kwestią wtórną wobec ludzkich motywacji, potrzeb i chorób cywilizacyjnych. "Nietoperz" okazuje się gorzką lekcją człowieczeństwa, zaprezentowaną przez bardzo dobry zespół aktorski.

Na drugim biegunie znajduje się "Balladyna" Teatru Polskiego w Poznaniu. Duet Marcin Cecko (autor tekstu) i reżyser Krzysztof Garbaczewski postanowili pobawić się konwencją niskobudżetowych filmów grozy oraz serialu i na resztkach tekstu Słowackiego zbudować nową, alternatywną historię. Rodzina Balladyny prowadzi laboratorium, w którym trwają badania genetyczne nad ziemniakami i nasionami. Tytułowa bohaterka jest pozbawioną hamulców morderczynią, mityczne Gopło ma w sobie coś z wyspy z serialu "Lost", a Kirkor okazuje się inwestorem, który po prostu lubi towarzystwo kobiet (w każdym wieku).

Spektakl obronić można jako pastisz i autotematyczną farsę z inscenizacji "Balladyny". Motywacje Balladyny są ośmieszone, a ona sama bardzo manierycznie odegrana przez Justynę Wasilewską (m.in. fatalna improwizacja na temat roli kobiety i oczekiwań teatralnej publiczności). Bardzo słabe aktorstwo koresponduje z chaosem i gonitwą pomysłów reżyserskich, wprost proporcjonalnie do czasu trwania spektaklu coraz bardziej szalonych i nieskładnych, aż do unicestwienia "akcji" spektaklu występem zespołu cipedRAPskuad. Lubiący eksperymenty formalne i estetyczne Garbaczewski tym razem kompletnie się pogubił (prawie jedna trzecia publiczności opuściła teatr przed końcem przedstawienia).

Dwa najbardziej gorące tytuły przeglądu - "Lubiewo" Teatru Nowego w Krakowie i "Paw królowej" Starego Teatru w Krakowie okazały się rzetelnymi adaptacjami prozy (odpowiednio, na podstawie książek Michała Witkowskiego oraz Doroty Masłowskiej). "Lubiewo" przygotowane przez Piotra Siekluckiego to wybór anegdot z książki Witkowskiego, ograniczający się do ciekawostek na temat "podziemnego" życia dolnośląskich homoseksualistów. Dwie "przegięte cioty" - jak sami o sobie mawiają bohaterowie spektaklu, nazywając siebie Lukrecja i Patrycja, wspominają dobre, stare czasy. To pogodne, żartobliwe, ubarwione niewybrednym językiem Witkowskiego wspominki, których puenta (świetne taneczne solo Mikołaja Mikołajczyka jako AIDS) jest już zupełnie na serio pełnym serdeczności ukłonem w stronę homoseksualistów.

Zaś "Paw królowej" (reżysera Pawła Świątka i dramaturga Mateusza Pakuły) konsekwentnie przekłada na język teatru realia książki Masłowskiej, gdzie przenikliwy słuch na rzeczywistość łączy się z chaosem informacyjnym i szumem medialnym, a błyskotliwe spostrzeżenia ze zwyczajnym bełkotem. Spektakl jest rzetelnie zrealizowany, sprawnie zagrany przez aktorów, którzy niczym na sali do squasha, mierzą się z kolejnymi kwestiami, odbijając je między sobą i od siebie niczym piłki. To coś z pogranicza koncertu hip-hopowego (melorecytacje) i nowoczesnego teatru. Ale... "Paw królowej" oparty jest na tekście, który - jak to przy innych próbach prozatorskich Masłowskiej - jednych zachwyci, innych zniesmaczy. Ja należę do tych drugich.

Wyjątkowo silnie reprezentowany był na festiwalu nurt studencki. Ze studentami aktorstwa z Krakowa, Łodzi i Wrocławia pracowali doświadczeni reżyserzy. Zdecydowanie najlepiej proporcje między prezentacją młodych aktorów z Wrocławia a wartością artystyczną spektaklu rozłożyła Monika Strzępka, której "Love & Information" należało na najciekawszych spektakli całego Wybrzeża Sztuki. Rozpisana na 56 epizodów sztuka Caryl Churchill pozwala zajrzeć w sferę uczuć, emocji, lęków, pragnień i potrzeb każdego z nas, zaś rozbuchana, wręcz niechlujna przestrzeń spektaklu to wymarzone miejsce, by sprawdzić siłę aktorskiego wyrazu. I tę ocenić należy zaskakująco wysoko (niektórzy aktorzy koniecznie jednak powinni popracować nad artykulacją).

Z kolei krakowskie "Ufo.Kontakt" Iwana Wyrypajewa i studentów PWST zaliczyć można do udanych prób budowania iluzji i deziluzji. Kreacja aktorska ograniczona jest do minimum, bowiem to opowieść twarzą w twarz z widzami, o tym, czym dla bohaterów był kontakt z Obcymi. Nie każdy aktor potrafił unieść ciężar tej konfrontacji, choć ujmująca wiara w dobro i wartościowość człowieka, jakim hołduje w swoim teatrze Wyrypajew, budzą sympatię.

Niestety kompletnym nieporozumieniem okazał się spektakl "Shopping and fucking" przygotowany przez Grzegorza Wiśniewskiego ze studentami łódzkiej "filmówki". Nie pomogła przyzwoita reżyseria. Żaden z młodych aktorów nie podołał swojej roli, a fatalna dramaturgia przedstawienia znacznie osłabiła drastyczną wymowę tekstu Marca Ravenhilla opartego na traumach i ekstremalnych doświadczeniach homoseksualnych.

Jeśli ktoś szukał odpowiedzi na motto przewodnie festiwalu czy "fajnie być Bogiem", to na VI Wybrzeżu Sztuki raczej go nie odnalazł. Zabrakło wybitnych produkcji, aktorskiego i reżyserskiego mistrzostwa, choć nie brakowało bardzo dobrego teatru. Warto w dalszym ciągu pokazywać teatralne eksperymenty, poszerzać granice prezentowanego w Trójmieście teatru o rewiry, do których rzadko sięgamy (bardzo dobry pomysł by prezentować spektakle studenckie). Okazja by bliżej przyjrzeć się w teatrze tematyce gejowskiej, bioetyce, eutanazji czy kontaktom z UFO nie trafia się często. Dobrze, że mamy festiwal, który to umożliwia.
Nowoczesny teatr:
18%

zachwyca mnie i inspiruje, chętnie oglądam nawoczesne inscenizacje

37%

zaskakuje mnie i ciekawi, bywa odkrywczy, bywa nieudany

45%

irytuje mnie i nudzi, nie ma sensu udziwniać tego, co można przedstawić jasno i klarownie

zakończona

łącznie głosów: 62