stat

Wybrzeże Sztuki dla wymagających. Relacja

15 listopada 2019, 11:00
Łukasz Rudziński

Spektakle tegorocznego Wybrzeża Sztuki są bardzo różne na poziomie formy i treści, ale pod jednym względem wydają się bardzo podobne - pod względem stosunku do widza, traktowanego jako partner, który musi się zaangażować i wykonać pewną pracę, by wyjść z teatru usatysfakcjonowanym. Impreza potrwa w Teatrze Wybrzeże do 16 listopada.



Na ulicy wojna-polsko ruska



Stwierdzenie z leadu tego tekstu może wydać się zaskakujące w stosunku do spektaklu, który otworzył przegląd Wybrzeże Sztuki - "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" Teatru im. Juliusza Słowackiego w Warszawie. W końcu sztuka Doroty Masłowskiej w reżyserii Pawła Świątka to brawura i aktorskie szarże wykorzystujące mechanizm kabaretu, farsy i innych gatunków kojarzonych z niezbyt wyrafinowanymi gustami. Tyle że już sam ironiczno-absurdalny tekst Masłowskiej przełamuje stereotyp, z którego czerpie. Główny bohater - dresiarz Silny - jest czułym romantykiem, wrażliwcem w krokodylej skórze, który pod płaszczykiem agresji i prymitywnych odruchów maskuje niepokój i niezgodę na otaczającą go rzeczywistość.

Spektakle dramatyczne w Trójmieście


Paweł Świątek w swoim spektaklu częściowo rezygnuje z tej postaci. Kwestie Silnego-narratora wypowiadają aktorki grające kolejne kobiety Silnego. W ten sposób pozostaje on nieobecny, ale stale przywoływany na scenie w formie kabaretowych skeczy czy psychodram, które wziąć można za formę ustawień systemowych (tzw. konstelacji rodzinnych) rodem z terapii hellingerowskiej. Obserwujemy więc kolejne dziewczyny Silnego, odgrywające siebie i swojego partnera z przeszłości, wydobywając przy tym te wątki książki Masłowskiej, które są poświęcone relacjom Silnego z nimi i resztą świata.

Spektakl jest bardzo efektowny dzięki koncertowej grze zespołu aktorskiego. Pierwsze skrzypce gra tutaj Katarzyna Zawiślak-Dolny w roli Magdy (pierwszej dziewczyny Silnego), ale zadbano, by każda z bohaterek była inna i odsłaniała inne oblicze relacji z Silnym. Zaskakuje aktualność tekstu Masłowskiej sprzed 17 lat i siła tego opartego na aktorskiej brawurze przedstawienia, które dowcipnie lawiruje między brutalnym, wulgarnym językiem ulicy a świetnie skomponowaną przez Masłowską polszczyzną.

Dlaczego Ewelina płacze?



Krańcowo odmienne w temperaturze i tempie akcji jest kameralne spotkanie aktorów z widzami w przedstawieniu "Ewelina płacze" z TR Warszawa w reżyserii Anny Karasińskiej. Ta reżyserka bardzo często buduje nietypowe relacje między aktorami a widzami, a jej spektakle to bardziej performansy niż pełnoprawne sztuki, dlatego tekst miewa w nich znaczenie drugorzędne. W "Ewelina płacze" aktorzy TR Warszawa grają przypadkowych dublerów-wolontariuszy, grających ich samych. I tak Adam Woronowicz to Kasia, która gra Adama Woronowicza, Rafał Maćkowiak jest na scenie Moniką, mającą za zadanie zagrać Maćkowiaka, podobnie jest z Marią Maj (na scenie prezentującą się jako Janek). W kontrze do nich jest Ewelina Pankowska - ona z kolei gra Ewelinę, która ma za zadanie zagrać Magdalenę Cielecką.

Takie zestawienie bohaterów pozwala aktorom dowcipkować na swój temat, decydując, do jakiego stopnia będą ciągnąć tę autoironiczną karykaturę budowaną na dwuznaczności swojej roli. Szybko jednak okazuje się, że zadanie przerasta Ewelinę, która czuje się bezradna wobec kolegów i wybucha płaczem ("ja chyba jestem z innej grupy" - wyjaśnia w końcu przez łzy). Reżyserka podkreśla ten kontrast - w finale Ewelina pada bez czucia na scenę, a po niej teatralnie robią tak pozostali. Po chwili Kasia, Monika i Janek podnoszą się do braw, ignorując niereagującą na nic Ewelinę. W końcu "fałszywa" Magdalena Cielecka zostaje przez nich po prostu zaciągnięta na zaplecze. Napięcie między rzeczywistymi emocjami, uosabianymi przez Ewelinę a grą aktorską pozostałych skłania do refleksji, czego my, widzowie, oczekujemy i gdzie w teatrze jest miejsce na autentyczność i prawdę.

Życie to dług spłacany do śmierci



Najbardziej zaskakujące jest jednak przedstawienie Jana Klaty z Teatru Nowego Proxima w Krakowie - "Dług". Do spektaklu zaangażowano czworo wyrazistych aktorów - Bartosza Bielenię, Marcina Czarnika, Monikę Frajczyk i Małgorzatę Gorol. W odróżnieniu od wielu spektakli Klaty tym razem scenografię zredukowano do minimum. Czwórka aktorów w dżinsowych kurtkach stanowiących zarówno górną, jak i dolną część ich kostiumu, w osobliwych butach z noskami z przodu i z tyłu buta, ma do dyspozycji cztery stoliki z silikonowymi odlewami głów, do których mówią "na ucho" o długu, dłużnikach czy gospodarce wolnorynkowej.

W kolejnych wariacjach na temat głównego motywu obserwujemy wątek mordu Raskolnikowa na lichwiarce ("Zbrodnia i kara"), dobijanie targu w sprawie kredytu Antonia z Shylockiem ("Kupiec wenecki"), sceny podpisania cyrografu przez doktora Fausta z Mefistofelesem ("Faust"), fragment mowy Sokratesa na temat natury długu ("Sokrates i państwo") - wszystko inspirowane książką "Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat" Davida Graebera.

Aktorzy w piosenkach pomiędzy scenkami sugerują, że długi mamy od pierwszych chwil życia, a pragnienie posiadania przeważa nad zdrowym rozsądkiem, przez co wpadamy w długi, które niekiedy zostają jedynym dziedzictwem dla kolejnych pokoleń. Spektakl jest też wykładem z gospodarki i wolnego rynku - padają stwierdzenia ile wynosi dług publiczny Polski (1 bilion 5 miliardów złotych), że 98 proc. światowego kapitału jest wirtualne, zaledwie ułamek znajduje się więc w obiegu pieniężnym. Poznajemy autentyczną historię długów jednego z aktorów.


Czemu to wszystko służy? Z jednej strony uniwersalizuje zagadnienie, które od dawna jest doskonale znane. Reżyser nie przekazuje nam niczego odkrywczego. Opisuje i diagnozuje stan rzeczy w sposób porażająco naiwny, czyniąc spektakl długimi momentami dosłownym wykładem o neoliberalizmie i podstawach gospodarki, sięgając przy tym po literaturę i muzykę (jak zawsze u Klaty świetną). Z drugiej strony to przykład opartego na aktorach i choreografii teatru transgatunkowego, który w takiej mikro skali jest u tego reżysera czymś nowym, świeżym i w ogólnym rachunku udanym. "Dług" przekonuje, że Jan Klata nie potrzebuje wielkich inscenizacyjnych zabawek, by stworzyć spektakl dowcipny i żywiołowy, którego siłą oczywiście są aktorzy.

Frekwencja, czyli ludzie głosują nogami



Wybrzeże Sztuki cieszy się ogromnym zainteresowaniem publiczności. Tym większa szkoda, że od lat nie ma spotkań z artystami po spektaklach. Wszystkie dotychczasowe przedstawienia oglądały nadkomplety widzów. To cieszy i sygnalizuje, że takich propozycji - zbudowanych z ciekawych, często kontrowersyjnych i niełatwych w odbiorze produkcji - bardzo w Gdańsku brakuje. Nie inaczej będzie podczas zamykającego imprezę spektaklu "Capri - Wyspa Uciekinierów" w reżyserii guru polskiego teatru - Krystiana Lupy (15 i 16 listopada, godz. 18 na Dużej Scenie Teatru Wybrzeże, bilety 80-150 normalne i 60-120 ulgowe).