Wybrzeże Sztuki wysokiej. Podsumowanie Festiwalu Wybrzeże Sztuki

5 lipca 2010 (artykuł sprzed 10 lat)
Łukasz Rudziński

Tegoroczna edycja Wybrzeża Sztuki dała możliwość trójmiejskiej publiczności poznania spektakli typu "naj": najwyżej ocenianych, najlepiej zrealizowanych i najbardziej kontrowersyjnych. Szkoda jednak, że festiwal skurczył się do przeglądu trzech przedstawień.



Przez tydzień zaprezentowano na scenach Teatru Wybrzeże trzy spektakle należące do ścisłego topu polskiego teatru. Przyjechali czołowi reżyserzy, ważne, wielokrotnie nagradzane w kraju i za granicą realizacje, które nigdy wcześniej nie dotarły do Trójmiasta. Otrzymaliśmy wielką dawkę ambitnego i wymagającego teatru.

"Oczyszczeni" Sarah Kane w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego są wielkim, ponad czasowym poematem o miłości. Miłość ta z tradycyjnym, romantycznym jej rozumieniem nie ma nic wspólnego - bywa toksyczna i uzależniająca, poniża, zniewala, sprawia ból, wystawia na tortury, ale też daje siłę przezwyciężyć wszelkie przeszkody i osiągnąć szczęście. Tekst najbardziej znanej europejskiej brutalistki obfituje w wulgaryzmy, drastyczne i pełne przemocy obrazy. Ale wszyscy bohaterowie są równi wobec potrzeby miłości - domaga się jej sadystyczny doktor odcinający swoim pacjentom-ofiarom kończyny, podstarzała prostytutka bezradnie pląsająca w peep-show, albo dziewczyna kochająca swojego zmarłego brata kazirodczą miłością.

Te i inne pokaleczone przez życie postaci świadomie poddają się wymyślnym torturom, nie tylko tym cielesnym - tylko tak potrafią manifestować swoje uczucia. I chociaż rewolucyjny dekadę temu spektakl dziś nie zaskakuje ani użytymi środkami formalnymi, ani ujęciem wielokrotnie powtarzanego tematu, to dalej zadziwia wciąż wyjątkowo precyzyjną kompozycją obrazu i ogromną siłą wyrazu.

"Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej w reżyserii Grzegorza Jarzyny stanowi ironiczny obraz Polski, przefiltrowany przez polskie i niemieckie kompleksy narodowe. Masłowska w najlepszym jak dotąd swoim tekście, za pomocą negacji, opowiada historię między pokoleniowego polskiego domu, w którym nikt nie ma własnej przestrzeni, nawet miejsca, by "nie zasłaniać innym ich pola widzenia". Do portretu Polaka utkanego ze złudzeń, niespełnionych oczekiwań i poszukiwania kolejnych promocji w Tesco, dodaje nieudanego, potencjalnego filmowca i zakakującą, bardzo udaną puentę.

Reżyser za Masłowską wskazuje stereotypy narodowe, oblewając je pełną tkliwości ironią. Polskość tutaj nie jest postrzegana jako choroba, tylko kłopotliwy bagaż targany przez nas przez życie. Jednak Jarzyna bardzo zachowawczo podszedł do tematu, który wprawnie przeniósł z literatury na scenę, co samo w sobie wydaje się dużą sztuką. Najlżejsza z festiwalowych propozycji wywołała również najmniejsze wrażenie - nikt nie wychodził trzaskając drzwiami, jak na "Oczyszczonych" i nie mógł powiedzieć, że nie rozumie jak w przypadku trudnej, filozoficznej "Persony. Marilyn".

"Persona. Marilyn" Krystiana Lupy w jego reżyserii pokaz aktorskiej wirtuozerii w wykonaniu Sandry Korzeniak, tytułowej Marilyn Monroe. Aktorka warszawskiego przedstawienia ma wyraz twarzy, pozę, mimikę, gesty i seksowny, aksamitny głos wielkiej Marilyn. Nie wciela się jednak w ucieleśnione marzenie milionów mężczyzn - pozostaje poza tą postacią, dlatego każde padające ze sceny w jej kierunku "Marilyn" wywołuje małą konsternację. Starcie z wizerunkiem jednej z najsłynniejszych kobiet świata okazuje się dla reżysera bazą wyjściową do spiętrzenia paradoksów tożsamości związanych ze sztuką i życiem prywatnym- oglądamy Marilyn, jej aktorską próbę Gruszeńki z "Braci Karamazow" Fiodora Dostojewskiego i wreszcie samą Korzeniak podczas którejś z prób, gdy zapłakana mówi, że nie potrafi sprostać wyobrażeniom o Marilyn.

Wielka szkoda, że "Persona. Marilyn" zaprezentowana została bez drugiej części - "Persony. Ciała Simone" - stanowiącej nie tylko kontynuację, ale też dopełnienie scenicznego obrazu części o Marilyn Monroe (obie części stanowią dyptyk i często pokazywane są w Teatrze Dramatycznym dzień po dniu). Zmagania Sandry Korzeniak i podwójna tożsamość postaci pogłębiona zostaje w roli Małgorzaty Braunek (słynna Oleńka Billewiczówna w "Potopie" Jerzego Hoffmana), która podjąć się ma roli francuskiej filozof Simone Weill. Dopiero w konfrontacji tych dwóch całkowicie odmiennych kreacji scenicznych widać jak organicznie obecna w konstrukcji spektaklu jest "Persona" Ingmara Bergmana. Zresztą finałowa scena "Persony. Marilyn" jest nie tylko zwiastunem, ale wręcz prologiem drugiej części.

Trudno nie docenić wielkiego wysiłku organizatorów, by pokazać trójmiejskiej publiczności cenione, szeroko komentowane, wywołujące gorące polemiki spektakle. Jest jednak również rewers takiej decyzji - III edycja Wybrzeża Sztuki pozbawiona została wszelkich imprez towarzyszących, w tym cieszącej się wielkim zainteresowaniem instalacji przestrzennej i wydarzeń artystycznych, skierowanych do szerokiej publiczności. Zamiast festiwalu, Wybrzeże Sztuki staje się przeglądem kilku wartościowych propozycji teatralnych. Może w kolejnej edycji uda się przywrócić festiwalowi nieco szerszą, interdycyplinarną perspektywę i obok wielkich produkcji teatralnych nie zamykać Wybrzeża Sztuki na taniec, performance, działania plastyczne?
Czy Wybrzeże Sztuki powinno wyglądać jak miniona edycja?
36%

zdecydowanie nie, trzy świetne spektakle to stanowczo za mało

32%

nie, brakuje innych wydarzeń, dostępnych za mniejsze pieniądze

14%

raczej tak, wolę trzy dobre spektakle niż różnej jakości pokazy dodatkowe

18%

oczywiście! odpowiada mi obecny kształt festiwalu

zakończona

łącznie głosów: 22