stat

Zanussi: Chyba już czas, abym próbował być mistrzem

20 października 2010 (artykuł sprzed 9 lat)
Marta Nicgorska

Krzysztof Zanussi to obok Andrzeja Wajdy i Krzysztofa Kieślowskiego najbardziej rozpoznawalny polski reżyser filmowy. Zaliczany do grona najwybitniejszych polskich scenarzystów, indywidualista, erudyta. Złośliwi mówią o nim - moralista. Reżyser wielu wspaniałych filmów m.in. Życie rodzinne, Barwy ochronne, Struktura kryształu, Iluminacja, Spirala, Cwał, Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. W niedzielę (24 października o 18 reżyser będzie gościem DKF Blondynka w Gdańsku.



Marta Nicgorska: Pański wizerunek publiczny jest wyraźny: Krzysztof Zanussi to człowiek światowy, wykształcony, elegancki, ważący słowa i ujmujący uprzejmością. W pańskich żyłach płynie włoska krew, na co wskazuje chociażby nazwisko, ale wulkanicznej osobowości nie odziedziczył pan po swoim ojcu?

Krzysztof Zanussi: Śródziemnomorskich cech w sobie nie znajduję, a te, które miałem wytępiłem skutecznie.

Ale mimo, że nie ma pan włoskiego temperamentu, czy czuje pan sentyment do słonecznej Italii?

Nie tylko do Italii. Włochy są dla mnie w jakiś sposób wyróżnione, bo stamtąd pochodzi moja rodzina, ale mieszkam we Francji, tam płacę podatki. Poza tym Francja jest ojczyzną wszystkich artystów na wygnaniu, jest więc i moim domem.

Jest pan artystą na wskroś europejskim. Reżyserował pan w teatrach w Mediolanie, Palermo, Bonn, Bazylei, Rzymie. Wiele filmów powstało w koprodukcji z parterami zagranicznymi. Dlaczego szuka pan wsparcia poza Polską? Czy to wynik braku zaufania do rodzimej kinematografii?

Żyjemy w czasach globalizacji. Od dawna mam możliwości, aby realizować swoje plany za granicą. Tematyka mojej twórczości bywa dość uniwersalna, transgraniczna. Kiedyś była to droga do uniezależnienia się od tych dość dokuczliwych uwarunkowań krajowych i dziś jest to droga, która zapewnia większą wolność.

Dlaczego nie posłuchał pan ojca, który marzył, by został pan inżynierem budownictwa?

Ojciec chciał, abym studiował architekturę, bo w mojej rodzinie wszyscy coś budowali, a ja nie czułem takiej potrzeby. Chciałem zostać fizykiem.

A wybrał pan niełatwą drogę artysty.

Studiowałem fizykę i filozofię. Kiedy dostałem się do klubu dziennikarzy na Foksal, zrobiłem tam swój pierwszy film amatorski. W szkole filmowej pod okiem Andrzeja Munka nauczyłem się warsztatu. Ukończyłem reżyserię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. A zawód uzyskałem za pomocą prób i błędów.

Kogo uważa pan za swojego mistrza?

Moi mistrzowie już dawno odeszli. To były przed wszystkim fascynacje młodości. Z zachwytem patrzyłem na Roberta Bressona i Ingmara Bergmana. Na pewno moim mistrzem w zawodzie był Stanisław Różewicz, Wojciech Has, którego bardzo cenię i Andrzej Munk, któremu wiele zawdzięczam. Dziś w moim wieku to już mało kogo mam wokół siebie, kogo mógłbym nazwać swoim mistrzem. Chyba już czas, abym sam próbował być mistrzem.

O pańskich filmach mówi się, że to kino moralnego niepokoju. Pan sam nazywa je rodzajem ludzkiej mowy. Czy jest jakiś wspólny mianownik pańskich filmów?

Gdyby był, to powinni to odkryć krytycy, filmolodzy, a ja nie mogę ich wyręczać.

Dominujące wątki w pańskim kinie to wolność, zniewolenie, moralne wybory człowieka, związki człowieka z absolutem, motyw miłości, szczęścia i śmierci. Są to tematy leżące w centrum rozważań humanistyki. Jakie są pańskim zdaniem humanistyczne wyzwania nowego wieku?

Humanistyka stoi przed wielkimi pytaniami, na które musi odpowiedzieć, a boję się, że bardzo ich unika. Jeśli humanistykę traktować tak jak Protagoras, który uważał, że człowiek jest miarą wszystkiego, to pojawia się pytanie: co my widzimy w człowieku i jakie wyciągamy wnioski z tego, czego się o nim dowiadujemy. A dowiadujemy się bardzo dziwnych rzeczy. Ostatnio została zakwestionowana nasza tożsamość gatunku. Możemy ulepszyć nasz gatunek. Pytanie, czy tego chcemy.

Pańskie kino to kino autorskie. Do wielu filmów napisał pan scenariusze.

Tak, chociaż nie wyłącznie, bo kilka filmów zrobiłem na podstawie cudzych tekstów, które były zupełnie nie moje. Ale to rzeczywiście przypadki wyjątkowe.

Jest pan człowiekiem bardzo aktywnym. Podróże, konferencje, festiwale, produkcje filmowe - to wszystko pochłania mnóstwo czasu. Kiedy pan odpoczywa?

Odpoczynek polega na tym, żeby w życiu złamać monotonię. Żeby się wyhamować i znaleźć trochę ciszy wyjeżdżam poza miasto. Jestem w ciągłym ruchu i nie mam zbyt wiele czasu wolnego. Na pewno moją pasją jest przekazywanie czegoś młodym, kontakt z ludźmi. Mam nieustannie okazje do spotykania się z ludźmi w rożnych miejscach na świecie i to jest moje duże szczęście.

Czy jest jakiś film, o zrobieniu którego pan marzy?

Blisko 15 lat zabiegam o kostiumowy film o Jadwidze Andegaweńskiej. Mam na to pieniądze z Polskiego Instytutu Filmowego, mam zagranicznych producentów, natomiast nie mogę zdobyć zainteresowania Telewizji Polskiej, a bez jej wsparcia tego nie zrobimy, bo to jest dość drogi projekt.

A czy jest coś, czego w swoim zawodowym życiu pan żałuje?

Owszem, że wielu scenariuszy, przypuszczalnie najlepszych, nie udało mi się zrealizować.