stat

Zażywasz - przegrywasz. Recenzja "Fazy Delta" Teatru Wybrzeże

14 stycznia 2012 (artykuł sprzed 8 lat)
Łukasz Rudziński

Jakoś tak wychodzi, że najlepiej uczymy się na własnych błędach. Do bólu moralizatorski spektakl "Faza Delta" to dowód, że nie zawsze. Na podobną "fazę" do tej, jaką Wybrzeże złapało w drugiej połowie ubiegłego roku, musimy jeszcze poczekać.



Autor sztuki "Faza Delta", Radosław Paczocha odkrył rzecz niezwykłą - ludzie pod wpływem narkotyków i alkoholu tracą kontakt z rzeczywistością, co może być szkodliwe nie tylko dla nich, ale też dla ich otoczenia. Tak się dzieje z bohaterami "Fazy Delta", którzy przeszarżowują w umilaniu sobie sobotniego wieczoru. Odlot i "ostra faza" Miśka, Mastodonta, Liszaja i Justyny kończy się tragicznie - śmiercią przypadkowych osób, które znalazły się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie.

Odkryciem Paczochy dzieli się ze światem Adam Orzechowski, reżyser przedstawienia i dyrektor Teatru Wybrzeże. Ponieważ autor dramatu w ciekawy i efektowny sposób preparuje język ulicy, reżyser przekłada sztukę na scenę z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie zważając na niuanse. Tak więc z relacji sprawozdawczej post factum, jaką wykorzystał Radosław Paczocha w swoim tekście, Orzechowski czyni szkolną psychodramę, koncentrując się na wiernym oddaniu kolorytu postaci.

Bohaterowie opisują nie tylko zdarzenia, ale też reakcje i zachowanie swoich towarzyszy. Oglądamy liczne miniscenki i etiudy, w których aktorzy po prostu ilustrują tekst. Wcześniej jednak, na początku spektaklu, słuchamy statycznej deklamacji Miśka, Mastodonta czy Liszaja i oglądamy chaotycznie krzątającą się po scenie Justynę. Dopiero gdy "kwas" (który "zarzucają" sobie bohaterowie spektaklu) zaczyna działać, surowa, niemal naga przestrzeń ustępuje miejsca kolorowemu klubowi Legenda, gdzie imprezują bohaterowie "Fazy Delta" (pomysłowa i bardzo trudna technicznie - jak na możliwości Malarni - scenografia Magdaleny Gajewskiej).

Adam Orzechowski do tekstu Paczochy wprowadza kosmetyczne zmiany (np. pierwsze kwestie Justyny wkłada w usta jej kolegów) i ponownie (jak w "Wiele hałasu o nic") robi na scenie talk-show, tym razem parodiujący program "Mam Talent". Główną myśl sztuki streścić znanym można sloganem reklamowym: "zażywasz - przegrywasz". Jeśli ktoś rozumiał jego sens zanim przyszedł do teatru, to nie odkryje tu nic nowego.

Pecha miała debiutująca w Wybrzeżu Sylwia Góra-Weber, która swoimi offowymi spektaklami (w Sopockiej Scenie Off de BICZ i Fundacji Teatru BOTO) dała się poznać jako ciekawa, wszechstronna aktorka. Tym razem nie ma pomysłu na rolę wulgarnej, prymitywnej barmanki Justyny i stanowi najsłabsze ogniwo w zespole aktorskim.

Na uwagę zasługują dwaj jej koledzy. Piotr Witkowski jako Liszaj to zahukany, prosty chłopak z sąsiedztwa, od pierwszych chwil budzący sympatię i sprawiający wrażenie takiego, który w tarapaty wpada mimochodem. Witkowski gra poczciwego drania konsekwentnie od początku do końca przedstawienia. Znacznie trudniejsze zadanie ma Michał Jaros w roli Miśka. Chociaż wybór aktora o wyglądzie studenta matematyki na naładowanego testosteronem, przygłupiego i niebezpiecznego kibola wydaje się oczywistą obsadową pomyłką, Jaros bardzo dobrze sobie radzi sobie z tą rolą. To zdecydowanie najciekawsza postać gdańskiej "Fazy Delta".

Spektakl Orzechowskiego, podobnie jak tekst Paczochy, przesycony jest tanim moralizatorstwem. Paczocha nie kończy sztuki na tragedii, tylko dokładnie opisuje następstwa "gorączki sobotniej nocy". Reżyser z kolei ostatnią część spektaklu wzoruje na serialach z rozpraw sądowych w stylu TVN-owskiej produkcji "Sędzia Anna Maria Wesołowska".

Przedstawienie pewnie sprawdziłby się jako sztuka prezentowana w ośrodkach wychowawczych dla trudnej młodzieży (z uwagi na rzadko spotykaną w teatrze liczbę przekleństw trudno zapraszać na nie młodzież szkolną, choć tematyka wydaje się skierowana właśnie do nastolatków).

Kolejny raz w spektaklu Orzechowskiego drażni kompletny brak zaufania do inteligencji widza. Reżyser sięga po najprostsze i najbardziej łopatologiczne środki, w tym banalne odwołania do kultury masowej (np. powtórzenie słynnego "gestu Skiby" z koncertu w katowickim Spodku - aktorzy wypinają nagie pośladki tuż przed widzami pierwszego rzędu). Każda myśl wyłożona zostaje dobitnie, by nie pozostawić cienia wątpliwości co jej autor miał na myśli, a cała intryga jest bardzo przewidywalna.

Chociaż finał sztuki trudno nazwać happy endem, można wyjść z teatru z podnoszącym na duchu przeświadczeniem, że zło jednak bywa czasami ukarane. Zawsze to już coś.