Zło się rozprzestrzenia powoli - o "Czarownicach z Salem" Teatru Wybrzeże

25 kwietnia 2013 (artykuł sprzed 7 lat)
Łukasz Rudziński

Gdzie się kończy z pozoru niewinna zabawa, a zaczyna zło? O tym, że władza, duma i uprzedzenie oraz żarliwy fanatyzm prowadzić mogą innych na śmierć, przekonują "Czarownice z Salem" Teatru Wybrzeże. Na Dużej Scenie powstał bardzo mocny w wyrazie i precyzyjnie zbudowany, udany spektakl na temat istoty ludzkiego zła.



Właściwie przedstawienie wyreżyserowane przez Adama Nalepę (z powodzeniem wystawiał wcześniej w Wybrzeżu "Blaszany bębenek" Grassa, "Kamień" Mayenburga czy "Nie-Boską Komedię" Krasińskiego) nie mówi nam o świecie niczego nowego. Trudno za odkrywczą uznać diagnozę, że władza uzależnia i deprawuje, nieodwzajemniona miłość może mieć siłę niszczącą, a fanatyzm niebezpiecznie przybliża fanatyków-oskarżycieli do czynów zarzucanych oskarżonym. Jeśli własne uprzedzenia podsycone zostaną lękiem i psychozą tłumu, to o tragedię nietrudno. Taka wydarzyła się przeszło 420 lat temu w Salem, gdzie skazano na śmierć i powieszono 19 osób oskarżonych o uprawianie magii. A jednak spektakl Teatru Wybrzeże wstrząsa i bardzo sugestywnie, choć momentami nieco naiwnie, obrazuje siłę manipulacji.

Cała Duża Scena Wybrzeża wyłożona jest ziemią, która z czasem coraz bardziej przypomina błoto. Reżyser nie ukrywa ścian teatru, aktorzy grają na bardzo dużej przestrzeni bardziej przypominającej plan filmowy niż klasyczną scenę (cierpi na tym głos, który czasem, zwłaszcza jak aktorzy grają tyłem do widzów, rozprasza się, przez co część kwestii w dalszych rzędach widowni jest słabo słyszalna). Filmowo zbudowana scenografia Macieja Chojnackiego składa się z kilku elementów, z których najważniejszym jest ruchoma miniscena, przesuwana przez zespół ekipy technicznej w towarzystwie muzyki rockowej i świateł stroboskopowych. Z prawej strony sceny kilkanaście aluminiowych rur w zależności od potrzeb posłuży za dzwon kościelny, las lub rekwizyt tańca erotycznego w wykonaniu nawiedzonych dziewczyn.

Nastrój potęguje potężna materiałowa zasłona w tle, podświetlana różnokolorowymi światłami oraz muzyka. Na scenie postawiono fortepian, na którym gra autor muzyki Marcin Mirowski (świetna warstwa brzmieniowa przedstawienia, bardzo bogata dźwiękowo, budująca nastrój grozy i napięcia).

Kolejny raz Nalepa dał popis wyśmienitej współpracy z aktorami. Drugą z rzędu świetną (po roli Pauli w "Amatorkach") kreację tworzy Katarzyna Dałek jako Abigail Williams - z jednej strony wyrachowana, zimna i zepsuta prowodyrka pogromu czarownic, z drugiej pełna namiętności, szaleńczo zakochana dziewczyna. Po latach bez wielkich kreacji dramatycznych w szczytowej formie jest Mirosław Baka, który w roli nieszczęsnego ukochanego Abigail - Johna Proctora - opowiada właściwie osobną historię męskiej siły i słabości, której powodem są, a jakżeby inaczej, kobiety.

Po raz pierwszy w pełnej krasie w Wybrzeżu zobaczyć można potencjał aktorski Sylwii Góry-Weber. Rola demonicznej Tituby (świetna scena jej przesłuchania przez sąd) pozwala jej rozwinąć skrzydła - zaskakuje nie tyle jej drapieżność (znana choćby z produkcji offowych), co intrygujący, "brudny" wokal, podczas wykonywania standardów muzyki rockowej. Bardzo ciekawie też wypada nestorka Wybrzeża - Krystyna Łubieńska w roli 14-letniej Ruth Putnam. W dramatycznych epizodach wyróżnia się również Katarzyna Z. Michalska czyli "nawiedzona" Mary Warren. Zresztą, aktorsko wszystko jest w "Czarownicach..." dokładnie poukładane (ciekawa rola drugiego planu Macieja Szemiela jako służbisty-żandarma Clinta Cheeversa). Szkoda tylko, że reżyser nie miał specjalnie pomysłu na pełne obłudy i fałszu małżeństwo Putnamów, więc Magdalena Boć i Krzysztof Matuszewski zmuszeni są odgrywać płaskie, jednowymiarowe postaci, choć oboje nie raz udowodnili, że stać ich na znacznie więcej.

Adam Nalepa nie prowadzi jednak spektaklu jednoznacznie w kierunku zgrabnej, niemal filmowej historii (momentami, w drugim akcie, zbliżonej wręcz do "Quo vadis"), choć w duecie z dramaturgiem Jakubem Roszkowskim tworzy prawdziwe sceny-perełki (jak rozmowa Johna i Elisabeth Proctor z Mary Warren, czy spotkanie Abigail i Johna), na miarę tak wybitnych spektakli jak opolska "Matka Joanna od Aniołów" w reż. Marka Fiodora czy lubelscy "Bracia Kamarazow" w reż. Janusza Opryńskiego. Zaraz jednak iluzja opowieści rozbijana jest zerwaniem akcji dramatycznej, wprowadzeniem ekipy technicznej na scenie, "wyjściem z roli" aktorów, songami wykonywanymi przez Sylwię Górę-Weber czy fragmentami tekstu czytanymi przez Krystynę Łubieńską.

Zdarzają się tu sporadycznie inscenizacyjne pomyłki (zbyt długa scena sądu na początku drugiego aktu, wspomniane fragmenty czytane przez Łubieńską), jednak to spektakl perfekcyjnie przygotowany, gruntownie przemyślany i przede wszystkim bardzo dobrze wykonany. A Teatr Wybrzeże znów ma przedstawienie, o którym głośno będzie również poza Trójmiastem.
Co najbardziej kształtuje ludzki charakter?
9%

motywacje, jakimi się kierujemy

22%

okoliczności, w jakich się znajdujemy

7%

ludzie, których poznajemy

62%

własne życiowe doświadczenia i konieczność wyboru

zakończona

łącznie głosów: 68