stat

Ciekawe zawody: Mistrz ceremonii i ślub jak z filmu

6 grudnia 2018, 9:00
Agnieszka Śladkowska

Przemysław Ludziejewski od pięciu lat pomaga parom zrealizować marzenie o wyjątkowym ślubie. Choć przez gości najczęściej mylony jest z nowatorskim urzędnikiem, w rzeczywistości po prostu go... odgrywa. O roli mistrza ceremonii opowiada w ramach cyklu "Ciekawe zawody". W zeszłym miesiącu o pracy testera rozmawialiśmy z Barbarą Zaleską, kolejny wywiad już za miesiąc.



Wyobrażenie o wyjątkowym ślubie często kłóci się z dość specyficzną przestrzenią sali urzędowej i samym urzędnikiem, któremu nie zawsze starcza pozytywnego nastawienia. Czy to główny powód, dla którego pary trafiają do ciebie?

Przemysław Ludziejewski: Przychodzą do mnie z dwóch powodów. Pierwszy to problem z urzędową formą ślubów. Zbyt suchą i bez emocji. Miałem parę, która niedawno zawierała umowę kredytową i stwierdziła, że wszystkie śluby, które widzieli do tej pory w urzędzie, niewiele odbiegały właśnie od procedury zaciągania kredytu. Drugi powód to względy formalne. Szczególnie przy związkach mieszanych, gdzie jedno z partnerów jest z Polski, a drugie z innego kraju. Liczba formalności jaką trzeba spełnić sprawia, że dużo wygodniej jest im na przykład wziąć ślub w Londynie, a w Polsce przygotować samą ceremonię, prowadzoną przez wynajętą do tego osobę. Do kwestii formalnych warto też dodać samo miejsce ślubu. Choć od dwóch lat mamy ustawę umożliwiającą wzięcie go poza urzędem, to po stronie urzędnika leży wyrażenie zgody na takie ustępstwo. Plaża, szczyt wieżowca, pokład statku, balon - to miejsca, na które urzędnicy najczęściej nie wyrażają zgody, tłumacząc, że nie są one wystarczająco godne takiej uroczystości.

Nikt nie mówi potem, że to był taki ślub na niby?

- Pary właśnie tę ceremonię traktują jako ich najważniejszy, wymarzony ślub, nawet jeśli mają ich kilka. Ostatnio z ciekawości zapytałem o to parę, która miała trzy śluby. Jeden religijny, drugi formalny, za granicą, i trzeci - w Polsce. To właśnie ta ostatnia ceremonia wiązała się z najsilniejszymi emocjami i była dla nich najważniejsza. Co do gości, to zdecydowana część nie domyśla się, że to ślub symboliczny. Młodzi z reguły biorą ten formalny w urzędzie po cichu. Często też dają znać, żeby nie wyprowadzać gości z błędu. Dlatego korzystam z takich symboli jak łańcuch z orłem czy wizerunek godła. Czasem po wszystkim podchodzą do mnie goście i chwalą, jak postępowym jestem urzędnikiem, albo pytają, jakie trzeba mieć "wtyki", żeby urząd zgodził się na taki niestandardowy ślub. Wiele razy słyszałem też, że takie śluby do tej pory widzieli tylko w filmach.

Rola mistrza ceremonii to twój wymarzony zawód?

- Na pewno łączy wszystko, co lubię i w czym się dobrze czuję. Mam 32 lata, długo szukałem swojej drogi zawodowej. Wiele lat pracowałem jako kelner. Naprawdę uwielbiałem tę pracę, choć w Polsce nie postrzega się jej dobrze. Dużą frajdę sprawia mi kontakt z klientem. Pracowałem też w Szwecji przy sadzeniu lasu, rozwoziłem pizzę, pracowałem w biurze. Przełomem był dla mnie staż w dziale marketingu firmy spedycyjnej. Dostałem tam własny projekt, czyli zorganizowanie imprezy firmowej. Początkowo sam pomysł nie wzbudzał dużego entuzjazmu pracowników. Jednak zadbałem o atrakcje i marketing wewnętrzny, tak, że ostatecznie wszyscy na imprezę pojechali i byli bardzo zadowoleni. Wtedy zrozumiałem, że moja droga to właśnie organizowanie różnego rodzaju wydarzeń. Poznałem moją przyszłą żonę, która pracowała jako konsultant ślubny. Jej firma potrzebowała dla jednej z par mistrza ceremonii, w planach było wynajęcie aktora, ale moja żona ze swoją szefową stwierdziły, że przecież jestem ja, a w takich wystąpieniach bardzo dobrze sobie radzę. Faktycznie zawsze lubiłem występy przed publicznością. Grałem kiedyś w kapeli punkrockowej, występowałem w grupie fireshow, grałem solo. Bardzo mnie ucieszyła ta propozycja. Po pierwszej ceremonii pojawiły się kolejne. Kiedy mieliśmy zostać rodzicami, żona była już kierownikiem swojego oddziału firmy franczyzowej - żeby zachować ciągłość i obsłużyć klientów, którzy byli w trakcie przygotowań, zacząłem jej pomagać i tak ostatecznie pełniłem też rolę konsultanta ślubnego. Sam mistrz ceremonii to praca, z której nie da się raczej wyżyć, jest ona za to bardzo fajnym dodatkiem do głównego zajęcia.

To znaczy, że praca mistrza ceremonii nie jest dobrze opłacana?

- Nie, opłacana jest bardzo dobrze, tylko niestety jest bardzo sezonowa. Tak jak firma zajmująca się całą oprawą ślubu przyjmuje płatność w trzech ratach, dzięki czemu sezonowość nie jest tu odczuwalna, tak mistrz ceremonii dostaje swoje wynagrodzenie w terminie ślubu. Sezon ślubny to mniej więcej maj - wrzesień, od listopada do kwietnia bardzo rzadko zdarzają się pary, które organizują ślub i to jeszcze taki, który prowadzi mistrz ceremonii. Rynkowa cena za taką usługę to między 1,5 a 2 tys. zł. Gdyby para zdecydowała się skorzystać z opcji ślubu poza urzędem, który prowadzi urzędnik, to opłata wynosi 1 tys. zł plus tłumacz przy ślubach obcojęzycznych. Nawet biorąc stawkę na poziomie tego urzędowego tysiąca, to świetne wynagrodzenie. Choć trzeba pamiętać, że ta praca to nie tylko te 30 minut w dniu ślubu.

Co wchodzi w zakres takiej usługi?

- Rozmowy z parą, doradzanie rozwiązań, które się sprawdziły i odradzanie tego, co się nie sprawdza. Czasem cały scenariusz tego newralgicznego momentu i teksty przysięgi. Na koniec najważniejsze, czyli poprowadzenie całej ceremonii. Najdłuższy ślub, który prowadziłem trwał 16 minut. To 16 minut wielkich emocji, w tym czasie naprawdę bardzo dużo się dzieje.

Co jest największym wyzwaniem w tej pracy? Udziela ci się stres pary? W końcu tu nie ma drugiej szansy, wszystko musi wyjść za pierwszym razem.

- Stres występuje, ale na mnie działa motywująco i pobudza do działania. Na pewno największym wyzwaniem jest to, że wydarzenie dzieje się na żywo i trzeba reagować tu i teraz. Stworzyć parze taką bezpieczną przestrzeń, żeby skupili się na sobie, a nie na gościach. Wbrew pozorom problemem nie są pomyłki i silne emocje, bo one tylko pokazują, jak ważny jest to moment. Ja muszę być zawsze w gotowości, żeby pomóc z nich ładnie wybrnąć. Do tego utrzymuję też kontakt z gośćmi. Muszę skupić ich uwagę na wydarzeniu, co może być wyzwaniem, kiedy na plaży akurat pani w bikini rozkłada się z kocykiem tuż obok pary.

Pewnie pani z kocykiem podczas takiego ślubu w terenie to niejedyny problem.

- Racja. Najważniejszym czynnikiem, który może pójść nie tak jest oczywiście pogoda. W tym roku na jednym ze ślubów, który odbywał się w ogrodzie, było ponad 30 stopni w słońcu. Mężczyźni byli w garniturach, więc zanim przyszła panna młoda wszyscy byli spoceni. Problematyczne bywają też dzieci, które wszystkiego chcą dotknąć, a obok jest kosztowny sprzęt, sam sprzęt też może być źródłem problemów. To są jednak kwestie organizacyjne. Nie zmienia to faktu, że praca mistrza ceremonii to niesamowite zajęcie.

Co w tej pracy sprawia ci największą przyjemność?

- Ten moment, kiedy dwoje ludzi ogłasza światu, że bardzo się kocha i chce resztę życia spędzić razem jest piękny. To naprawdę wyjątkowe uczucie móc być wtedy z nimi. Słyszałem czasem zarzuty, że to ślub na niby, ale to nieprawda. Emocje i przemiana, których jestem świadkiem są prawdziwe.

Trójmiejski rynek pracy to różnorodność i ciągłe, dynamiczne zmiany. Ciekawe, niszowe profesje i zawody, które w chwilę zdobywają popularność. Chcemy pokazać czytelnikom nie tylko warte poznania profesje, ale także niezwykłych ludzi, którzy z pasją opowiadają o swojej pracy. Temu ma służyć cykl wywiadów "Ciekawe zawody".