Jazda bez siodełka

1 sierpnia 2001 (artykuł sprzed 20 lat)
Pewnie sobie od razu myślicie, że będzie mowa o czerpaniu masochistycznej przyjemności z jazdy na samej sztycy, zawiodę Was. Mówię to od razu, żeby ci z was którzy się rozczarują - nie pisali do mnie potem ściskających za gardło listów... Zresztą to chyba było oczywiste - nawet gdybym próbował - na pewno utrzymałbym to w tajemnicy :-)

Zatem już wiemy o czym nie będzie, malkontenci dawno wcisnęli ALT+F4 a ci z was którzy postanowili, że będą czytać dalej.... niech czytają :-)

Rzecz działa się nie tak dawno temu, kiedy jeszcze nasze lasy pokrywał biały puch a na ulicach samochody tańczyły sambę. Czyli po prostu pod koniec lutego anno domini 1999. Ostatni dzień sesji egzaminacyjnej, całodzienne czekanie przed gabinetem jakiegoś podstarzałego typka, któremu trudno jest wmówić, że się cokolwiek wie... tym bardziej jak się wie niewiele chociaż powinno się wiedzieć . Mimo wszystko udało się.... W porze kiedy normalni [?] ludzie zasiadają przed telewizorem po ciężkim dniu pracy w stoczni, ja pełen entuzjazmu wybrałem się na rower. Należy się tutaj trochę uwagi siostrze matki natury - pogodzie. Ona to bowiem była głównym sprawcą tragedii...

Otóż tego tego dnia dopisała jak nigdy... jeżeli mieliście kiedyś ochotę zgubić się w górach albo dowiedzieć się jak wygląda życie po wschodniej stronie Uralu - to był ten dzień ! Po krótce - widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, płatki śniegu były wielkości pięści... no może monety pięciozłotowej, a temperatura nie wyskakiwała zbytnio powyżej zera... absolutnego. Dla mnie nie stanowiło to jednak przeszkody - w końcu mam lampki i zapał [-ki :].

Po dłuższym zastanawianiu się, czy na krótką przejażdżkę jest sens brać klucze do roweru - schowałem do kieszeni swój magic-portfel, przerobiony kiedyś z pieniężno - dokumentowego na kluczowo-łatkowy. Ubrałem się, owinąłem nogi gazetą, jak ruski żołdak owija w onuce i śmignąłem do lasu. Acha - głupek nie jestem więc zawczasu kupiłem baterie do lampek.

No i zaczęło się - dość głęboki śnieg i kompletny prawie brak widoczności sam w sobie stanowił wyzwanie. I to nie lada wyzwanie - szczególnie, że stwierdziłem nie bez racji, że w goglach narciarskich będę wyglądał śmiesznie [ a nie ? ] więc ich po prostu nie założyłem. Po kilku minutach oczy miałem zamglone przez te białe pięciozłotówki - oczywiście nie mogło mnie to powstrzymać. Wtedy nic nie mogło mnie już powstrzymać i jak to zawsze ze mną bywa - krótka przejażdżka zamieniła się w pokonanie MUT*. Głośna muzyczka sączyła się ze zmarźniętych słuchawek [zawsze to lepiej zmroźić słuchawki nisz uszka..]. Niestety nic nie trwa wiecznie i nawet las oliwski musiał się kiedyś skończyć. Wyjechałem więc na ulicę. To był dopiero cyrk. Nie będę wam tutaj przynudzał jak śmiesznie wyglądały samochody robiące zakręty o 180 stopni na prostej drodze, zupełnie bez widocznej przyczyny [ukryta to lamerstwo kierowców jak mniemam].

Postanowiłem, że czas już chyba wracać do domu i decyzja ta z perspektywy czasu nie wydaje się głupia [jeśli to co się zdarzyło - zdarzyłoby się i tak]. Po kikunastu minutach jazdy po ulicy pomyślałem [tak, tak] sobie, że można by spróbować po chodniku - zawsze to bezpieczniej. Wtedy to przekonałem się, że w zimie wszystki krawężniki są za wysokie, zbyt kanciate i zupełnie niewidoczne. Czyli mówiąc po ludzku - zwinąłem śnieżną glebę.

Wracając do tematu - wszyscy wiemy, że nasze rowerki nie są takie bezawaryjne i że czasem coś się zepsuć musi. To oczywiste. Wiemy również, że może się zepsuć w niezbyt sprzyjających okolicznościach - to również oczywiste. Najczęściej jednak wystarcza odrobina zapału, umiejętności oraz narzędzi i wszystko da się naprawić. No właśnie.

Po kilkunastu minutkach od zwinięcia owej gleby poczułem nagle dziwną lekkość pod czterema [literami] i szybko się zorientowałem, że czegoś mi tam brakuje. Nie, nie, wcale nie pewnej [na szczęście zdublowanej] części ciała. To było na swoim miejscu. Brakło za to siodełka...... no i koniec żartów - zaczęły się schody. Siodełko nie mogło sobie wybrać gorszego miejsca na odpadnięcie - do domu około 10 km, do najbliższej budki telefonicznej jakieś 2... A do tego ta śnieżyca, zaspy i późna pora. No nic miłego - mówię wam !

Zatrzymałem się jak tylko mi się to udało i rozpoczęły się poszukiwania. Siodełko znalazło się bez trudu - taki ze mnie as. Gorzej było ze... śrubką mocującą je do sztycy. Ale co to dla mnie, kilka nurków w zaspę, trochę macania chodnika [ciekawe co sobie pomyśleli ludzie w przejeżdżających tramwajach...] i. znalazło się !! Radość spotęgował fakt, że przypomniałem sobie o moim magicu-portfeliku i o tym, że oczywiście zaraz to przykręcę i pojadę dalej...

No i tak by się stało, gdyby nie to, że bezlitośnie zadziałało prawo Murphy`go a nawet dwa na raz :
  • jak można coś spieprzyć to zawsze się znajdzie ktoś kto to zrobi [ja]
  • jeśli coś może się nie udać - na pewno się nie uda...
Po krótkich poszukiwaniach w portfeliku z przykrością stwierdziłem, że nie mam takiego rozmiaru klucza. Pięknie - w nogi już zimno, jestem głodny... ale mam kartę telefoniczną.

Wtedy dopiero pomyślałem, że nie wszystko stracone. Postanowiłem zadzwonić po taksówkę. Jak pomyślałem tak zrobiłem [niestety] - skierowałem się w stronę najbliższej budki.

Już po paru metrach okazało się, że jazda bez siodełka nie jest taka zabawna jakby się mogło wydawać. Na stojąco nie da sie opanować poślizgu. No więc poprowadzę - pomyślałem, i jak pomyślałem tak zrobiłe [drugi raz niestety].

Dotarcie do budki nastręczyło trochę problemów [spróbujcie w letnich SPD iść po zaśnieżonym i oblodzonym chodniku, prowadząc rower.] Upragniony cel pojawił się w zasięgu wzroku. Zaraz będę w domu, już za chwilke....

Po raz kolejny tego dnia zdziwiłem się niewąsko. Otóż kto by wpadł na to, że w takim spokojnym i kulturalnym kraju jakim jest Polska, jakiś bandzior może urwać słuchawkę w budce, no kto ???

Ja nie... a jednak - ktoś urwał i ten nieprzyjemny fakt dotarł do mojej świadomości po dobrych kilku minutach wpatrywania się w ten nieszczęsny telefon.

Teraz pewnie myślicie sobie tak : no dobra jak on wreszcie dotarł do domku ? Od razu was rozczaruję - nigdy się nie dowiecie :-) Uuuuu słyszę jęk zawodu :-) Albo myślicie sobie tak - ale nudy, po co on to napisał ? [od razu przypomnę, że mogliście nacisnąć tą zbawczą kombinację klawiszy....]
  • a] ku przestrodze
  • b] z potrzeby ekspresji

Jazda bez siodełka to naprawdę nic przyjemnego. Nie wierz tym, którzy mówią inaczej...

* MUT - Moja Ulubiona Trasa

Przejechał się i opisał : Paweł Neugebauer

Parametry trasy

Region - Trójmiasto i okolice

Poziom trudności - trudny

Znajdź trasę rowerową