stat

Akustyczne oblicze LemOn w Starym Maneżu

24 listopada 2019, 8:00
Patryk Gochniewski

Sobotni, akustyczny koncert LemOn w Starym Maneżu był pełen zaskoczeń. Odmienione aranżacje i odmieniony lider formacji, Igor Herbut. To był jeden z tych występów, który pozwolił pomyśleć publiczności, że występujący na scenie są ich znajomymi. Bliskość, luz i bezpretensjonalność.



LemOn to jeden z tych zespołów, którego popularność niektórym trudno wyjaśnić. Nie grają muzyki, która na co dzień pojawia się w komercyjnych radiach. Nie mają łatwych w odbiorze kompozycji, bo przecież ich budowa i wykonanie nie pomagają we wspólnym śpiewaniu (co dobitnie pokazał refren "Będę z tobą" - każdy na widowni śpiewał na swoją melodię), nie ma tu wielu refrenów zapadających od razu w pamięć. Nie są też specjalnie porywający na scenie. Są raczej klasycznymi przedstawicielami okołorockowej niszy. Czerpiący od wielu wielkich, jak np. Republika, zamknięci w swoim świecie, jacyś tacy... uduchowieni. Trochę odklejeni od otaczającego ich świata.

Koncerty: muzyka alternatywna w Trójmieście


Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że właśnie jeden taki zespół przebija się przez tę kopułę wtórności, płytkości oraz plastiku i trafia do mas. Dlaczego? Nie wiadomo, zapewne to był po prostu ten czas i ten moment. Taką właśnie formacją jest LemOn. Pojawili się nagle i weszli na szczyt. Dziś może na tym szczycie już nie są, jednak wciąż pozostają bardzo blisko niego. Wyprzedają koncerty, ich płyty cieszą się ogromnym zainteresowaniem, a lider - Igor Herbut - jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej wziętych młodych muzyków w Polsce.

LemOn akustycznie w Starym Maneżu:

I to właśnie w głowie wokalisty od pewnego czasu kiełkował pomysł akustycznej trasy, na której wybrzmią najpopularniejsze i najlepsze piosenki zespołu. Zdecydowano, że to będzie właśnie ten jesienno-zimowy okres. Aura sprzyja takim intymnym występom, gdzie bliskość na linii artysta-widz jest zatarta niemal całkowicie.

W Starym Maneżu publiczność zobaczyła zespół w świetnej formie. Widać, że te koncerty zostały bardzo dobrze przemyślane i przygotowane. Od aranżacji po oświetlenie. Tu nie było przypadku. I LemOn można lubić lub go nie trawić - tutaj nie ma półśrodków, co w przypadku artystów jest niezwykle istotne - ale trzeba im oddać, że wiedzą, co robią. A raczej co robi; bo to Herbut jest mózgiem całego tego przedsięwzięcia.

Patrząc i słuchając tego, co działo się na scenie, starałem się pojąć fenomen zespołu. Nie można tu mówić o charyzmie. Raczej tajemnica może przyciągać. Ta z jednej strony egzaltowana, ale z drugiej całkowicie niewymuszona duchowość wokalisty ma w sobie coś intrygującego. Jednak trzeba zauważyć, że z Herbutem coś się stało. Jak sam wielokrotnie podkreślał, jest teraz szczęśliwy. I to było widać pomiędzy utworami. Herbut stał się drugim Podsiadło - sypał niezliczonymi anegdotami, wdawał się w dyskusje z publicznością, czasem nawet pokazał standuperski sznyt i błyskotliwość, kąśliwie komuś odpowiadając. Do tej pory przecież emanował werterowskim wręcz usposobieniem. To bardzo duża zmiana i to na lepsze.

Druga sprawa to teksty. Niby głębokie, niby wielowarstwowe, ale jednak ocierające się o grafomanię. Granica między ambicją i śmiesznością jest w sztuce bardzo cienka. Herbut umie balansować na niej tak, że potrafi utrzymać się po właściwej stronie.

Ale przecież na koncerty chodzą ludzie, którzy chcą ich słuchać i oni dostali naprawdę świetne widowisko. Bo, mimo że wiele na scenie się nie działo, to wszystko świetnie było ze sobą zgrane. Wszystko było w punkt. No i wokal - Igor Herbut jest świetnym wokalistą, tego nie można mu odmówić. Fantastycznie odnajduje się w zespole, który uwielbia trudne, połamane linie melodyczne. Słychać wszak było, że jeszcze jest nie do końca wyleczony, jednak w żadnym stopniu nie wpływało to na odbiór.

Nie można też zapominać o reszcie zespołu, która tej wizji lidera świetnie wtórowała. Trudno nie było zwrócić uwagi na jazzujące partie pianina, które nadały nowego, ciekawszego wydźwięku dotychczasowej twórczości LemOn. Zupełnie inaczej brzmiała też perkusja, ale to też na plus - bardzo dobrze został zestrojony ten koncert. Widać, że ta trasa jest dla muzyków ważna. To nie był tylko pomysł na akustykę, że wyjdą i zagrają bez prądu. To miał być ukłon w stronę słuchaczy, którzy stoją przy nich już tyle lat i którzy wciąż utrzymują ich blisko tego wspomnianego szczytu.

LemOn odwdzięczył się nie tylko bardzo dobrym koncertem, ale też ta intymność, która panowała, pozwoliła na zbliżenie się do ludzi. Żarty, trochę harmidru na scenie - to wszystko sprawiło, że występ wyglądał jak zamknięta próba dla znajomych. Naturalność i swoboda. Igor Herbut z kolegami mieli kolejny pomysł, który świetnie wypalił. Ta trasa, jej popularność, jest tego najlepszym dowodem.

LemOn akustycznie w Starym Maneżu:

Na koniec kilka słów w stronę publiczności. A raczej jej części. Na jedną z tych rzeczy zwrócił też uwagę Igor Herbut. Grzecznie, z żartem, ale jednak - używanie fleszy na koncercie. Niezrozumiały jest fakt niewyłączania lampy. Przecież wystarczy jedno dotknięcie ekranu, aby to zrobić. Druga sprawa, to kącik dyskusyjny na tyłach sali. Koncert to nie jest czas, ani miejsce, żeby urządzać sobie dyskusje na temat życia, związków, pracy czy zdrowia. Jest to drażniące dla tych, którzy przyszli posłuchać muzyki oraz niekulturalne w stosunku do wykonawców.