Bezradność w stylu retro. O "Norze" w Teatrze Wybrzeże

24 października 2020, 12:00
Łukasz Rudziński

Najnowsza premiera Teatru Wybrzeże przekonuje, że "Nora" Henrika Ibsena ani trochę się nie zestarzała. Przeciwnie - dzisiaj tekst poświęcony kobiecie, która dojrzewa do walki o godność osobistą i swoją pozycję społeczną, wydaje się boleśnie aktualny. Forma zaproponowana przez Radosława Rychcika w spektaklu, którego premiera odbyła się 23 października na scenie Stara Apteka, pozostawia jednak pewien niedosyt.



Sprawdź repertuar Teatru Wybrzeże


Radosław Rychcik, reżyser gdańskiej "Nory", przyzwyczaił widzów do swojej fascynacji popkulturą (czego najlepszy przykład mieliśmy w świetnych "Dziadach", prezentowanych w 2014 roku w Teatrze Wybrzeże na Festiwalu Wybrzeże Sztuki) oraz do zainteresowania bohaterami bagatelizowanymi, traktowanymi niepoważnie i z przymrużeniem oka, jak książę Hamlet z "Hamleta" wystawionego w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach i wyróżnionego na Festiwalu Szekspirowskim w 2011 roku.

W "Norze" Teatru Wybrzeże doszło właściwie do pogodzenia tych dwóch perspektyw, bo spektakl umieszczono we wczesnych latach 60. XX wieku w Stanach Zjednoczonych (o czym oprócz krzykliwej scenografii i efektownych kostiumów Łukasza Błażejewskiego przekona nas fragment transmisji z feralnego przejazdu USA Johna Kennedy'ego z Jacqueline Kennedy, tuż przed zamachem na prezydenta USA). Obecność tego materiału filmowego w spektaklu jest bardzo znacząca - chwilę później główni bohaterowie sztuki Ibsena - Nora i jej mąż mecenas Helmer - wracają z balu i nieprzypadkowo oboje wyglądają jak prezydencka para Kennedych tuż przed zamachem.

Przyglądamy się przede wszystkim tytułowej Norze (Dorota Androsz). Na początku w długiej scenie misternie przygotowuje ona prezenty na święta Bożego Narodzenia do przeboju śpiewanego przez Pata Boone'a "I'll Be Home". W muzyce przygotowanej przez Michała Lisa oprócz nastrojowych brzmień i budowanych w typowo filmowy sposób emocji dla podkreślenia dramaturgii poszczególnych scen, znajdą się jeszcze dwa szlagiery Beatlesów - "Rock And Roll Music" oraz "Happiness Is A Warm Gun". Reżyser pozwala nam dokładnie wsłuchać się w słowa piosenek, szczególnie tej pierwszej i ostatniej, kiedy działania sceniczne zredukowane są do minimum.

Z kolei "Rock And Roll Music" urasta do brawurowej etiudy tanecznej i punktu kulminacyjnego całego spektaklu - wtedy przerażona Nora, która panicznie boi się odkrycia prawdy o występku sprzed lat przez męża, wykonuje inspirowany rock'n'rollem performans taneczny. Dorota Androsz w formie tańca zawarła desperację, lęki, obawy, które jej bohaterka stara się zagłuszyć transowymi niemal, rozpaczliwymi ruchami. Ten akt poświęcenia i strachu przyciąga i fascynuje, będąc zdecydowanie najlepszą sceną całego przedstawienia.

Od pierwszych chwil uderza pedantyczna wręcz dokładność Nory w wykonywaniu swoich codziennych, domowych obowiązków. Nim otworzy komukolwiek drzwi, jak rasowa gospodyni domowa dba o idealny porządek w mieszkaniu oraz swój nienaganny wygląd i szeroki uśmiech na twarzy, z którym wita wchodzących. Ten słynny amerykański "keep smiling" wygląda wręcz karykaturalnie, bo Nora "zakłada" go tuż przed otwarciem drzwi, w oczekiwaniu na męża Helmera (gra go Grzegorz Gzyl), przyjaciela domu doktora Ranka (Robert Ninkiewicz) czy podczas wizyt dawno niewidzianej przyjaciółki pani Linde (Katarzyna Kaźmierczak). Tylko najścia adwokata Krogstada (Cezary Rybiński) przerażają ją, bo łączy ją z nim sekret, który bardzo chce zachować w tajemnicy przed mężem.

Nora w wykonaniu Doroty Androsz jest zdeterminowana, by zadowolić męża, który traktuje ją jak dziecko - sama powie w końcu, że była lalką-zabawką w jego rękach. Ta relacja podszyta jest od początku lękiem i próbą sprostania oczekiwaniom, które w gruncie rzeczy są Norze obce. Grzegorz Gzyl z Helmera czyni pozbawionego właściwości, przywiązanego do tradycyjnych wartości konserwatystę, który zwykł traktować swoją żonę jako "świergocącego skowroneczka" i "uwijającą się wiewióreczkę". Napięcia pomiędzy nimi na scenie właściwie nie ma, bo reżyser wszystkie postaci traktuje jako bohaterów sitcomu (w pewnym momencie po niektórych kwestiach, puszczany jest z offu śmiech publiczności - celowo w momentach zupełnie nieśmiesznych). Kwestie wypowiadane są beznamiętnie, niemal mechanicznie, dla podkreślenia, że pełno w nich pustych frazesów.

Pewnie dlatego Robert Ninkiewicz, długimi momentami także Katarzyna Kaźmierczak i zwłaszcza Cezary Rybiński nie budują interesujących ról. Ich bohaterowie są raczej rekwizytami, potrzebnymi reżyserowi do opowiedzenia o przemianie Nory z potulnego kotka w wyemancypowaną kobietę, patrzącą na rzeczywistość przez pryzmat własnych potrzeb i korzyści. Finałowa rozmowa między małżonkami to głos nowej, odmienionej Nory, która wie czego chce i na co godzić się dłużej nie zamierza. Gdy Helmer zauważa, że "nikt jednak nie poświęci dla ukochanej osoby honoru", Nora mu odpowiada "setki tysięcy kobiet tak robią". Gorycz bijąca z tych słów ma potężną siłę oddziaływania. Reżyser wszystko to zamyka bardzo mocną puentą.

"Nora" Teatru Wybrzeże jest spektaklem na ważny temat, przeprowadzonym w sposób bardzo konsekwentny. To misternie utkana opowieść, w której awans społeczny, feminizm i ludzkie słabości są połączone rozmyślnie poprowadzoną przez Radosława Rychcika siecią zależności. Słabość reżysera do amerykanizowania swoich spektakli jest tutaj nie tyle wadą, bo dramat Ibsena jest ponadczasowy i bardzo dobrze pasuje do zaproponowanych przez twórców realiów, co wyraźną i zbędną w moim odczuciu manierą. Większą siłę oddziaływania spektakl miałby w realiach nam współczesnych, bo przecież w Polsce "tu i teraz" wciąż dochodzi do licznych przypadków ubezwłasnowolniania kobiet.

Jak zostać aktorem?



Nowa premiera Teatru Wybrzeże z pewnością jest jednak ważnym głosem w tej kwestii, ukazującym stosunek do kobiet przez uprzywilejowanych mężczyzn i bezradność mężczyzn pozbawionych swojej pozycji.