Bogini fado oczarowała Gdańsk

27 kwietnia 2015 (artykuł sprzed 5 lat)
Alicja Olkowska

4 lata temu wystąpiła w ogromnej Hali Gdynia, w tym roku przeniosła się do bardziej kameralnej Filharmonii Bałtyckiej, co zupełnie odmieniło i ułatwiło odbiór koncertu. Choć sala na Ołowiance nie była w stanie oddać atmosfery lizbońskich tawern, w których zazwyczaj słucha się, a wręcz celebruje fado, Mariza i tak zauroczyła trójmiejską publiczność.



Fado stało się znakiem rozpoznawczym Portugalii, tak jak tango kojarzy się z Argentyną, a flamenco z Hiszpanią. Rzewne pieśni, dla wielu w wersji tekstowej zupełnie niezrozumiałe, podbiły serca Polaków. Duża w tym zasługa miłośnika nurtu World Music i propagatora egzotycznych rytmów, Marcina Kydryńskiego, który po raz piąty patronował Sieście. Bilety na niektóre koncerty rozeszły się w ciągu kilku dni, a jedną z największych atrakcji był właśnie występ Marizy.

Piosenkarka, w której żyłach płynie mozambijska krew, jest ewenementem. Hermetyczne środowisko fadistów nie uznaje osób, które nie urodziły się w Portugalii (a najlepiej w samej Lizbonie), a mimo to wykonują ten trudny gatunek. Fado zarezerwowane jest dla wybranych, jednak Mariza, artystka jedyna w swoim rodzaju, udowodniła niedowiarkom, że nawet "obcy" mogą śpiewać poruszające pieśni Amalii Rodrigues, Królowej Fado. Przeciwnicy Marizy nie mogą jej również wybaczyć, że łączy klasyczne fado z jazzem i popem, a jako piosenkarka wszechstronna, lubi czasem uciec od muzyki lizbońskiej Alfamy i zaśpiewać np. ze Stingiem. Podczas każdego koncertu wchodzi w interakcję z publiką, wręcz kokietuje ją, co również nie podoba się ortodoksyjnym miłośnikom fado. Ona jednak najwidoczniej wie, co robi, bo każdy jej występ to muzyczna uczta i dobra... zabawa.

Pod koniec koncertu Mariza zeszła do publiczności i odśpiewała jeden z najważniejszych utworów w historii fado, "Ó Gente da Minha Terra".


Niedzielny koncert, podczas którego Mariza zaśpiewała m.in. "Barco Negro", "Meu Fado Meu" czy "Primavera", wyraźnie był podzielony na dwie części. Pierwsza, mocno osadzona w tradycyjnym fado, u wielu wywołała dreszcze i wzruszenie. Scenę często spowijał mrok, rozjaśniony jedynie delikatnym światłem. Posągowa Mariza wielokrotnie znikała z oczu widowni, by po chwili wyłonić się z ciemności i zaprezentować spektrum swoich wokalnych umiejętności.

Druga część, w trakcie której artystka przebrała się i zmieniła czarną suknię na czerwoną, była nieco lżejsza i bardziej skoczna. Nie mogło zabraknąć "guitarrady", stałego i uwielbianego przez słuchaczy punktu koncertu, czyli imponującej kilkuminutowej "walki" na gitary, podczas której muzycy prezentują swoją wirtuozerię. Publiczność Filharmonii Bałtyckiej zaliczyła również przyśpieszony kurs języka portugalskiego, kiedy po krótkim wprowadzeniu, wspólne odśpiewała część refrenu "Rosa Branca".

Mariza swobodnie czuła się pośród gdańskiej widowni. Opowiadała o swoim życiu, kilkuletnim synu, zmianach, jakie ostatnio u niej zaszły, dużo żartowała. Bez większego problemu skradła serca słuchaczy, którzy na koniec zgotowali jej owacje na stojąco, obsypali kwiatami i "wyprosili" aż pięć bisów. Kilkunastu szczęśliwców mogło nawet uścisnąć rękę piosenkarki, kiedy powoli kończąc występ, zeszła ze sceny i przechadzała się wśród publiczności, wykonując jeden z najważniejszych utworów w historii fado, "Ó Gente da Minha Terra".

Na występ Charlotte Dipandy publiczność musiała czekać ponad pół godziny, ale było warto.


Występ Marizy był przedostatnią atrakcją tegorocznej Siesty. 4-dniowe muzyczne święto zamknął koncert uroczej Charlotte Dipandy, który wpisał się w festiwalową tradycję, kiedy scenę przejmują afrykańscy muzycy i prezentują przyjemne, odprężające dźwięki. Noc Afrykańska i tym razem okazała się sukcesem, choć ruszyła z opóźnieniem. Zanim pojawił się Marcin Kydryński i zapowiedział Dipandę, publiczność zgromadzona w Parlamencie musiała odczekać ponad pół godziny. Szybko jednak doceniła muzykalność i wdzięk artystki z Kamerunu, która zresztą po raz pierwszy odwiedziła Polskę.

Piąta odsłona Siesty za nami i można ją uznać za udaną, chociaż mocno zdominowaną przez muzykę luzofońską. Jak co roku organizatorzy sprowadzili do Gdańska artystów znanych i cenionych, ale też ostatnie objawienia Muzyki Świata. Ponownie mieliśmy do czynienia z doskonałą mieszanką egzotycznych dźwięków, poruszającego fado i unikalnego klimatu, który jak magnes przyciąga tysiące fanów z całej Polski. Siesta to fenomen i marka sama w sobie. Kolejny raz publiczność dostała to, na co z niecierpliwością czeka cały rok.