Captain Ape: Nie będzie miękkiej gry

4 marca 2020, 7:00
Patryk Gochniewski

Dżony i Szuster to dwie znane postaci na trójmiejskiej scenie undergroundowej. Po kilku latach poszukiwań i prac powracają z nowym zespołem. Captain Ape czerpie przede wszystkim z klasyki punk rocka, ale nie brakuje tu też wielu ciekawych smaczków, które przyciągają uwagę słuchacza. Już w czwartek, 5 marca w Drizzly Grizzly, będzie można zobaczyć i posłuchać, jak im to wszystko wyszło.



Koncerty rockowe w Trójmieście


Patryk Gochniewski: Na początek trochę pogrzebię wam w życiorysach. Wasze poprzednie formacje - The Meizterz i Ritchie Violence - wydały tylko po jednym albumie i tyle. Koniec historii, koniec kariery. Trochę brzmi jak klątwa.

Dżony: Masz rację, choć należy rozróżnić, że z The Meizterz działaliśmy przez około sześć lat i zagraliśmy niemal sto koncertów w całym kraju, a nawet trafiło się coś za granicą, podczas gdy z Ritchie Violence zagraliśmy lokalnie, raptem kilka sztuk, i na tym koniec.

Szuster: Jak mówisz o tej klątwie to faktycznie - aż strach się bać, co przyniesie jutro. Niemniej jednak warto też dodać, że Captain Ape narodził się bezpośrednio z The Meizterz i był poniekąd rozwinięciem tego, co tam zaczęliśmy. Do tego stopnia, że nawet kawałek wcześniejszego materiału, po odpowiednim przearanżowaniu stał się częścią setu Captain Ape. Tak że starych fanów czeka kilka - oby miłych - niespodzianek. 

Nie boicie się, że z Captain Ape może być podobnie? Z czego w ogóle wynikało, że tamte zespoły nie przetrwały - zły moment?

Dżony: W obu przypadkach wszystko rozbiło się o kwestie personalne, osobiste. Jeśli chodzi o The Meizterz, to Grzechu - basista - wyjechał za pracą do Warszawy i nie było już dalszej motywacji, by kontynuować ten projekt. A co się tyczy Ritchie Violence, to koledzy chcieli zrobić swój osobny projekt, więc zostaliśmy we dwóch i tak to się skończyło. Z Szusterem znamy się z jednej klasy od ogólniaka. Będzie kilkanaście lat. A gramy razem niewiele krócej. Na takim fundamencie chyba łatwiej zbudować coś trwałego.

Szuster: Zredukowanie kadry drastycznie zmniejszyło też nasz potencjał demokratyczny - nie ma jak się przegłosować. Więc, choćby nie wiadomo co, musimy dyskutować i argumentować. Na szczęście lata znajomości już nas na to przygotowały, tak że póki co w przyszłość patrzymy bez strachu.

Teraz jednak wracacie. Praktycznie po czterech latach. Co was skłoniło, aby spróbować ponownie?

Szuster: Wracamy, ale tylko pośrednio, bo tak naprawę nigdzie się nie wybraliśmy -  przez ten cały czas graliśmy próby i ostatecznie dość naturalnie wyewoluował z tego pomysł na duet. Zatem do powrotu na scenę skłonił nas zwykły ośli upór, no i pewność, że jesteśmy gotowi dać z siebie najlepsze, co możemy. Na starcie powiedzieliśmy sobie, że ma być dobrze albo wcale. I tego się trzymamy.

Dżony: Ja też przez cały ten czas eksperymentowałem z instrumentem, który stanowi podstawę naszego brzmienia - Schecter Hellcat - którego producent nazywa gitarą barytonową, a który ja osobiście nazywam "gitarobasem". Rozmiarowo mieści się on bowiem gdzieś pomiędzy gitarą a basem, a do tego jest strojony o oktawę niżej niż standardowo. Przy tym wszystkim posiada sześć strun, ale znacznie grubszych niż w typowej gitarze. Jednocześnie mam to wpięte we wzmacniacz gitarowy i basowy, a po drodze jeszcze kilka efektów. Myślę, że na tym jeszcze nie koniec poszukiwań brzmieniowych.

"Cpt. Ape" to chyba bardziej epka niż pełnoprawny album.

Dżony: Tak, zdecydowanie jest to epka. Nie jesteśmy zawodowymi muzykami i nikt ani nic za nami nie stoi, a całe to muzykowanie musimy pogodzić z życiem prywatnym i zawodowym. Powód takiego, a nie innego rozmiaru albumu jest więc prozaiczny i podyktowany tym, że wszystko wydajemy własnym sumptem. Tak jak Szuster wspominał - na samym początku uzgodniliśmy, że nie mamy czasu na kompromisy i robimy albo dobrze, albo wcale. No, a wiadomo, że nie ma i dobrze, i tanio. Myślę jednak, że te sześć kawałków w zupełności uświadamia słuchaczowi, z czym ma do czynienia.

Macie jeszcze coś w zanadrzu - planujecie longplay?

Dżony: Do premierowego koncertu zostało tylko kilka dni, a dopiero co dostaliśmy pierwsze płytki z tłoczni. Towar jest tak gorący, że aż parzy. Tak że na razie skupiamy się na koncertowaniu i promocji obecnego materiału. Numerów w zanadrzu mamy drugie tyle co na płycie, więc na pewno, jak przyjdzie co do czego, to ukaże się i longplay.

Szuster: Zdecydowanie nie chcemy zwalniać tempa i planujemy cisnąć temat dalej. Myślę, że longplay to nie pytanie z kategorii "czy" tylko raczej "kiedy".

Ta płyta jest zaskakująca. W tak krótkim czasie upchnąć tyle smaczków - naprawdę jestem pod wrażeniem.

Dżony: Dzięki! Cieszę się, że to dostrzegasz. Przy tak okrojonym składzie, na pewno nie sprawdziłoby się granie na jednej strunie zagrywek typu zwrotka-refren, zwrotka-refren - nikt nie chciałby tego słuchać. Łącznie z nami. Dlatego staramy się urozmaicać kawałki, choć oczywiście też nieprzesadnie, bo to nie ta muza. Ale nie myśl też, że był to jakiś celowy, wykalkulowany zabieg. Po prostu tworzymy tak, jak nam w duszy gra. Ja bym powiedział, że te kawałki właściwie zrobiły się same. Zresztą, niektóre partie ciągle zmieniamy - na żywo niekoniecznie usłyszysz to, co zostało zarejestrowane na płycie.

Dużo tu jest czerpania z klasyki. Słychać Motorhead, The Stooges, trochę też System Of A Down ze swoich początków, sięgacie i po brzmienie stonerowe, nie wspominając już o bezpardonowości, którą prezentowali niegdyś Gallows.

Dżony: Motoheadowy "vibe" to zdecydowanie moja zasługa i pewnie nigdy nie wyzbędę się tej inspiracji, ale też nie widzę powodu, dla którego miałbym próbować to zmienić. Pozostałe zespoły, które wymieniasz, oczywiście znam, ale nie nazwałbym ich moją inspiracją. Bez wątpienia kapele z nurtu hard&heavy stanowią bazę moich inspiracji oraz podstawowy repertuar na mojej playliście, ale zdarza mi się też słuchać gatunków całkowicie niepowiązanych z muzyką, jaką gramy. Tak że może tutaj należy upatrywać się źródła smaczków w naszych utworach, o których wspomniałeś wcześniej.

Szuster: A mi porównanie z Gallows i The Stooges zdecydowanie schlebia - myślę, że tym, co łączy muzę, z której czerpiemy, to punkowa postawa i energia. Nie da się ukryć, że wszystko, co razem skleiliśmy ostro z tego czerpie i jestem przekonany, że jakbyśmy zaczęli wymieniać się inspiracjami, to właśnie ta punkowość jest wspólnym mianownikiem, niezależnie od tego, w jakiej szufladce gatunkowej ostatecznie można byłoby to osadzić.

Dżony: Ja, szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak nazwać to, co gramy, bo jest tu po trochu wszystkiego: rock, punk, metal, hardcore... Ale całość zdecydowanie opiera się właśnie o punk rock.


Jak przebiegały prace nad krążkiem. Jest was tylko dwójka, domyślam się, że roboty było sporo.

Dżony: Cały materiał zarejestrowaliśmy na zasadzie "live in studio" w jeden lipcowy weekend 2019 roku u Łukasza Kumańskiego w DRIVE Recording Studio.

Szuster: Po prostu weszliśmy do studia i tak, jak staliśmy, nagraliśmy gitary i bębny. Całość nagrań została wbita na żywca - na "setkę" i bez żadnych zbędnych ceregieli.

Dżony: Co oznacza, że to, co można usłyszeć na płycie, jest skrajnie bliskie temu, co serwujemy na żywo. Oczywiście formuła "live in studio" dzieli się na "live" oraz na "in studio". Zatem partie gitarowe i wokalne zostały nagrane kilkukrotnie, żeby spotęgować efekt ściany dźwięku. Dodaliśmy też w postprodukcji kilka efektów typu reverb albo delay, ale nie ma tu nic, czego nie dałoby się odtworzyć na żywo. Generalnie, choć roboty - jak na dwa dni - faktycznie było sporo, to wszystko przebiegło sprawnie i konkretnie, a efektów każdy może posłuchać sam.

Co chcecie osiągnąć jako Captain Ape?

Dżony: Mamy już tyle lat i na tyle długo działamy w tej branży, że raczej nie myślimy na poważnie o spektakularnej karierze gwiazd rocka. Granie dobrych koncertów, w dobrym towarzystwie, w konkretnych miejscach, dla ludzi, którzy faktycznie chcą nas posłuchać i nagrywanie dobrych płyt, a na końcu czerpanie z tego wszystkiego przyjemności - dla mnie jest to wizja wystarczająco motywująca, by robić to, co robimy. Jeżeli z czasem odnajdziemy swoją niszę i wyrobimy sobie własną publikę - będę zupełnie zadowolony. A jeśli w pewnym momencie zadzwoni do nas Rick Rubin i zaproponuje współpracę, to pewnie też to rozważymy.

Szuster: W telegraficznym skrócie - dobrze grać i dobrze się bawić, jednocześnie. 

Ostatnio duety z kręgu muzyki niezależnej robią ogromne kariery. Twenty One Pilots, Royal Blood - widzicie w tym waszą szansę na zaistnienie na polskiej scenie rockowej?

Dżony: Kapele, które wymieniłeś, to jednak trochę inne, bardziej przystępne dla masowego słuchacza granie. Różnią się też nieco instrumentarium, choć Royal Blood faktycznie sobie cenię i w pewnym stopniu nazwałbym ich inspiracją. Nie zmienia to jednak faktu, że to, co nas odróżnia od dziesiątek innych kapel w podobnych klimatach, to właśnie nietypowy skład i instrumentarium, i jak najbardziej, traktuję to jako naszą kartę przetargową.

Szuster: Fakt, że tworzymy duet to raczej efekt naszego uporu, ale jest to z pewnością coś, co nas wyróżnia na trójmiejskiej scenie. Royal Blood było też poniekąd inspiracją technologiczną już w Meizterzach i zaowocowało eksperymentami z podpinaniem jednej gitary do dwóch wzmacniaczy. To ostatecznie doprowadziło do tego, że po odejściu Grzecha mogliśmy zacząć rozważać duet jako potencjalną drogę dla nas.

Macie sześć piosenek. Debiut na żywo przed wami w Drizzly Grizzly. Czego możemy się spodziewać?

Szuster: Mocnego ciosu w wątrobę, a potem opuchlizny i siniaków.

Dżony: Dokładnie tak - na koniec pozostaje nam zaprosić wszystkich na nasz koncert 5 marca, który będzie zarówno naszym debiutem scenicznym, jak również premierą naszego albumu w fizycznym wydaniu na CD. By dopełnić wieczoru, ściągnęliśmy też dwie sprawdzone ekipy - bytowskie czarty z The Black Thunder oraz poznańskie słowiki ze Snake Thursday, tak że na pewno nie będzie miękkiej gry.