Chciałoby się więcej. Recenzja filmu "Venom 2: Carnage"

17 października 2021, 12:00
Tomasz Zacharczuk

Nowy "Venom" napina okazałe muskuły, wywija wielgachnym jęzorem i szczerzy błyszczące kły, ale nie musi się zbytnio natrudzić, by przeskoczyć poprzeczkę dość nisko zawieszoną przez twórców "jedynki". Stojący za kamerą kontynuacji Andy Serkis wydaje się, że nareszcie naprowadził wygadanego drapieżnika na właściwe tory, lecz pole manewru nadal zawężają słaby scenariusz i otwarta dla młodszej publiczności kategoria wiekowa. "Carnage" ogląda się jednak ze znacznie większą przyjemnością niż poprzednią odsłonę. Wciąż jednak, jak tytułowy bohater, można odczuwać nieposkromiony głód.



Trzech lat producenci ze studia Sony i Marvela potrzebowali, by zdemontować pierwszego "Venoma" na czynniki pierwsze i wgrać niezbędną aktualizację. Zabieg udał się tylko połowicznie. O ile w co najmniej zadowalający sposób rozbudowano relację pomiędzy Eddiem Brockiem a pasożytującym na nim symbiontem, o tyle nadal ten nietuzinkowy duet nie ma właściwie czym się wykazać, a fabuła ponownie pozostawia wiele do życzenia. Z filmem Andy'ego Serkisa jest więc trochę tak jak z głównym bohaterem, który posiada dwa kontrastujące ze sobą oblicza.

Z tą jednak kluczową różnicą, że przeciwieństwa Brocka i Venoma tworzą całkiem owocną symbiozę i dają widzowi mnóstwo frajdy, podczas gdy wady i zalety samej produkcji wzajemnie się ścierają i często wprawiają publiczność w konsternację. Szklanka jest jednak bardziej do połowy pełna niż pusta, bo "Carnage" choć stawia niepewne i małe kroki, to zmierza w dobrą stronę. Trzeba jednak zaznaczyć na wstępie, że komiksowy Venom z powodu zaniżonej kategorii wiekowej wciąż ma zakaz wstępu na ekran i diametralnej zmiany w jego filmowym wizerunku po prostu nie ma. Przybysz z kosmosu to bardziej udomowiony zwierzak niż dziki drapieżnik.

Sprawdź gdzie grają film Venom 2

Zamknięty w ciele Eddiego Brocka (Tom Hardy) symbiont zamiast ludzkich mózgów pożera więc kurczaki i specjalny rodzaj czekolady, a przymusową dietę funduje mu zaborczy właściciel. Obaj panowie wciąż mają wyraźne problemy w komunikacji i różnice zdań, które często kończą się domowymi bijatykami i demolowaniem i tak obskurnego już mieszkania. Brock powoli odbudowuje swoją dziennikarską wiarygodność, ale Venom niemiłosiernie się przy tym nudzi i szuka kolejnych okazji, by dać upust dzikim instynktom. I właśnie wtedy na filmową scenę wkracza Cletus Kasady (Woody Harrelson), osadzony w San Quentin psychopata, który podczas wywiadu z Eddiem zyskuje znacznie więcej niż medialną sławę.

"Venom 2" to tak naprawdę bardziej kumpelska historia o dwóch charakternych typach niż ekranizacja komiksu. Zabawa jest jednak lepsza niż w przypadku "jedynki". Więcej zdjęć (3)

"Venom 2" to tak naprawdę bardziej kumpelska historia o dwóch charakternych typach niż ekranizacja komiksu. Zabawa jest jednak lepsza niż w przypadku "jedynki".

mat. prasowe/ UIP

"Venom 2" to tak naprawdę bardziej kumpelska historia o dwóch charakternych typach niż ekranizacja komiksu. Zabawa jest jednak lepsza niż w przypadku "jedynki".

mat. prasowe/ UIP

Opowiastka zamiast komiksowej ekranizacji



Obecność Harrelsona w obsadzie sugerowałaby, że w przeciwieństwie do filmu z 2018 roku wreszcie tytułowy bohater zyska godnego antagonistę. Poniekąd tak się dzieje, bowiem czerwony symbiont sporo nabroi na ulicach San Francisco i rzuci nie lada wyzwanie Venomowi. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że postać Cletusa jest mocno przerysowana, a wcielający się w niego doskonały, skądinąd, aktor zwyczajnie przeszarżował. Kasady to taki prehistoryczny ekranowy psychopata, który najlepiej chyba odnalazłby się w kiepskich ekranizacjach "Batmana" za czasów Joela Schumachera.

Jego bardzo pretekstowa i przewidywalna historia również nie przekonuje, a na domiar złego rzutuje na cały film. Nowy "Venom" niczym nas specjalnie nie zaskoczy. Brakuje tutaj przełamania schematów, odczuwalnych fabularnych wstrząsów, odrobiny niekontrolowanego szaleństwa i luźnej improwizacji. Zaproponowana przez Serkisa i jego scenarzystów formuła jest po prostu skromną opowiastką, którą można streścić w kilkadziesiąt sekund. Zresztą niewiele dłużej pamięć o fabule będzie nam towarzyszyć także po seansie. Zazwyczaj w takich przypadkach sporo nadrabia akcja napędzana efektami specjalnymi, ale i na tym polu "Venom" grzęźnie w przeciętności.

Tym razem Venom ma komu stawić czoła, ale czerwony symbiont i Cletus Kasady tak naprawdę mają niewiele do przekazania widzom, a jeszcze mniej do opowiedzenia o sobie. Więcej zdjęć (3)

Tym razem Venom ma komu stawić czoła, ale czerwony symbiont i Cletus Kasady tak naprawdę mają niewiele do przekazania widzom, a jeszcze mniej do opowiedzenia o sobie.

mat. prasowe/ UIP

Tym razem Venom ma komu stawić czoła, ale czerwony symbiont i Cletus Kasady tak naprawdę mają niewiele do przekazania widzom, a jeszcze mniej do opowiedzenia o sobie.

mat. prasowe/ UIP

Jest Hardy, jest hardo



Jest dynamicznie, ale równie przy tym chaotycznie, bowiem w scenach ekranowej rozróby trudno doszukać się jakiejkolwiek choreografii czy smakowitych szczegółów. Widzimy więc, że dzieje się sporo, ale co dokładnie, często pozostaje już w sferze domysłów. Wykonanie ewidentnie więc kuleje, ale tempo filmu o dziwo jest całkiem niezłe. Całość na pewno nie nuży tak jak pierwsza odsłona, a wspomniana prostota fabuły akurat w tym aspekcie ma swoją wartość. Podobnie jak długość filmu, bo nieco ponad półtorej godziny to idealny metraż na tak luźną i angażującą opowieść.

Prawdziwy skok jakościowy względem filmu Rubena Fleischera sprzed trzech lat widać jednak przede wszystkim w zacieśnianiu więzi pomiędzy Venomem a Eddiem. "Carnage" to tak naprawdę osadzony w komiksowym uniwersum "buddy-movie", w którym dwaj partnerzy szczerze się nie znoszą, ale zarazem nie mogą bez siebie funkcjonować. Choć i tego próbują. Nareszcie czuć tutaj zabawę. Toma Hardy'ego i Michelle Williams swoimi rolami. Scenarzystów pisaniem soczystych i zabawnych dialogów. W końcu też widzów upojonych tą nonszalancką z obu stron przyjaźnią Venoma i Brocka. Trzy lata temu ten duet potrzebował znacznie więcej czasu. U Serkisa ma go aż nadto, ale o jakimkolwiek przesycie nie może być mowy. Wręcz przeciwnie, nowy film zaostrza apetyty na znacznie więcej - więcej Venoma, więcej Hardy'ego. Aktor znów dźwiga ciężar produkcji, ale tym razem jakby z większą przyjemnością i mniejszym wysiłkiem.

Kontynuacja "Venoma" daje nadzieję na to, że przybysz z kosmosu nareszcie doczeka się pełnoprawnej ekranizacji, bo na razie mamy raczej do czynienia z mniej lub bardziej udanymi próbami. Więcej zdjęć (3)

Kontynuacja "Venoma" daje nadzieję na to, że przybysz z kosmosu nareszcie doczeka się pełnoprawnej ekranizacji, bo na razie mamy raczej do czynienia z mniej lub bardziej udanymi próbami.

mat. prasowe/ UIP

Kontynuacja "Venoma" daje nadzieję na to, że przybysz z kosmosu nareszcie doczeka się pełnoprawnej ekranizacji, bo na razie mamy raczej do czynienia z mniej lub bardziej udanymi próbami.

mat. prasowe/ UIP

Venom wciąż potrzebuje swobody



Pytanie brzmi jednak: czy w takiej formule opowieść o symbioncie i jego nosicielu ma w ogóle dalej rację bytu? Obu filmom doskwiera przede wszystkim zaniżona kategoria wiekowa, która filmowcom zamyka bardzo wiele furtek. Venom jest tymczasem tak złożoną i z natury mroczną istotą, że w zamknięciu po prostu "dziadzieje". Producenci muszą w końcu uwolnić potencjał bohatera i samego Toma Hardy'ego, odkręcić hamulce, zdemontować tempomat i porządnie depnąć w pedał gazu, bo w takim spacerowym tempie daleko z "Venomem" nie zajadą. A ambicje są spore, co pokazuje scena po napisach.

Venom tymczasem nada hasa w kagańcu, ale smycz, na której trzymają go producenci jest już coraz dłuższa i luźniejsza. Dlatego "Carnage" będzie odpowiednią opcją zarówno dla tych, którym "jedynka" mimo wszystko przypadła do gustu, jak i tym, którzy oczekiwali nieco więcej. Z naciskiem na słowo "nieco", gdyż film Serkisa wciąż posiada więcej niewykorzystanego potencjału niż sprawdzonych rozwiązań. Venom powinien być gospodarzem dzikiej balangi, podczas której urwie nam się film. "Dwójka" przypomina natomiast niezłą imprezę, po której zdążymy jeszcze wrócić do domu przed północą i porządnie się wyspać.

OCENA: 6/10

Opinie wybrane


wszystkie opinie (34)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.