stat

Dom pełen tajemnic. Recenzja filmu "Ostatnia rodzina"

22 września 2016 (artykuł sprzed 3 lat)
Tomasz Zacharczuk
Ostatnia rodzina - zwiastun:

Nie ma wątpliwości, że tragiczne losy rodziny Beksińskich stanowiły wręcz idealną kanwę do filmowej opowieści. Kluczowe było jednak, aby nie zmarnować tego cennego potencjału i pokazać bohaterów z nieco mniej znanej, intymnej perspektywy. Debiutancki film Jana P. Matuszyńskiego spełnia wszystkie pokładane w nim nadzieje. To idealny filmowy produkt bez żadnych znaczących wad, który spokojnie może aspirować nie tylko do polskich, ale i światowych nagród przemysłu kinematograficznego.



Wzięcie na warsztat skomplikowanych relacji rodzinnych i ukazanie osobistych dramatów, jakie przez dziesiątki lat nękały bliskich wybitnego malarza i grafika było nie lada wyzwaniem. Gdy okazało się, że ekranizacją tragicznych losów Zdzisława i Tomasza Beksińskich zajmie się młody, debiutujący twórca, wielu drapało się po głowie ze zdziwienia i zaskoczenia, nie ukrywając jednocześnie obaw o zmarnowanie bezcennego potencjału ukrytego w tytułowej rodzinie. Matuszyński wszystkim zagrał jednak na nosie, zebrał doskonałą ekipę filmową, zatrudnił fantastycznych aktorów i stworzył jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat i być może jeden z najlepszych debiutów w historii polskiego kina.
Czwartego dnia festiwalowego święta w Gdyni dostaliśmy w końcu film piękny i kompletny, bez żadnych znaczących uszczerbków, który jest klasą samą w sobie


"Ostatniej rodziny" w żadnym przypadku nie należy traktować jako typowego filmu biograficznego. Daleko mu do dokumentalizowanych form, w których dbałość o chronologię faktów i nienaganna charakteryzacja aktorów przykrywają w dużej mierze sens filmowej opowieści i zabijają jakąkolwiek artystyczną kreatywność. Oczywiście w dziele Jana P. Matuszyńskiego nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych elementów, ale tym, co decyduje o końcowym sukcesie jest przede wszystkim głęboko przemyślany scenariusz i sposób, w jaki filmowcy zekranizowali specyficzną więź łączącą członków rodziny Beksińskich.

Bo właśnie niezwykle zagmatwane, podszyte wzajemnymi pretensjami i niewykrzyczanymi żalami relacje głównych postaci nadają rytm filmowej opowieści. Znakomicie napisane przez scenarzystę, Roberta Bolestę, dialogi nie tylko odsłaniają nam kawałek po kawałku osobowość każdej z postaci, ale przede wszystkim opisują tryb działania nieco dysfunkcyjnej rodziny. Pochłonięty pracą i rejestrowaniem każdego skrawka rodzinnego życia ojciec paradoksalnie najmniej czasu znajduje na wyrażanie podstawowych emocji i uczuć. Unika zażyłości z synem, który wyraźnie grzęźnie w emocjonalnej pustce. Nie potrafi ani kochać, ani do końca nienawidzić, ani ostatecznie po prostu żyć. Cała odpowiedzialność za desperackie czasami łatanie tych rodzinnych dziur spoczywa na wyciszonej i ukrytej pomiędzy dwoma wiodącymi charakterami matce. Swoisty trójkąt, wykorzystując idealnie skrojony scenariusz i uzupełniony trafioną obsadą, stanowi perfekcyjną mieszankę skrajnych postaw i emocji. Wszak, jak zauważa filmowy Zdzisław, rodzina to grupa ludzi, którzy tak jak się kochają, tak się nienawidzą.

W tej filmowej rodzinie nietrudno uwierzyć w każdą prezentowaną emocję. Chemia pomiędzy aktorami jest nieprawdopodobnie realistyczna, niemal wyczuwalna na tyle, że przestajemy Andrzeja Seweryna, Aleksandrę Konieczną i Dawida Ogrodnika traktować jak aktorów. Dla nas po prostu są Zdzisławem, Zofią i Tomaszem Beksińskimi. Wszystko, co się między nimi dzieje, każde wypowiedziane zdanie, każdy monolog, każda umiejętnie zainscenizowana relacja przekonuje nas w stu procentach co do autentyczności ekranowej prawdy. W kinie to niemal bezprecedensowa sytuacja, w której odtwórcy ról całkowicie znikają. Stają się swoimi postaciami, które bez cienia wstydu zapraszają widza do przekroczenia progu mieszkania rodziny Beksińskich.
W kinie to niemal bezprecedensowa sytuacja, w której odtwórcy ról całkowicie znikają. Stają się swoimi postaciami, które bez cienia wstydu zapraszają widza do przekroczenia progu mieszkania rodziny Beksińskich


Wewnątrz natomiast czeka nas nieprawdopodobna mieszanka podszytych żalem i pretensjami niedopowiedzeń, ostentacyjnego i niemal czarnego humoru, brutalnej agresji połączonej z artystyczną furią. Fascynujące jest rozbicie relacji pomiędzy ojcem a synem, dla których jedynym katalizatorem jest gotowa na wszystko matka. Emocjonalny trójkąt staje się dla głównych bohaterów niemal przekleństwem, ale jednocześnie jedynym zbawieniem w świecie, na którym każda z postaci na swój sposób się zawiodła. Podglądanie tych wzajemnych animozji, ale i wyrafinowanych, schowanych głęboko czułości, dostarcza widzowi nieziemskiej przyjemności okraszonej łzami wzruszenia i salwami śmiechu, jakie naprzemiennie przeszywają kinową salę.

Ogromna w tym zasługa znakomitych aktorów, którzy w "Ostatniej rodzinie" wyciągają z siebie to, co mają najlepsze. Andrzej Seweryn, nagrodzony już za rolę Zdzisława Beksińskiego na festiwalu w Locarno, kolejny raz prezentuje mistrzowski poziom, niezwykle wiarygodnie wcielając się w rolę słynnego malarza. Sposób, w jaki operuje słowem i gestem stwarza idealną iluzję samego Beksińskiego. Kroku dotrzymuje mu niezawodny Dawid Ogrodnik, który fenomenalnie oddał na ekranie skomplikowaną naturę rozedrganego emocjonalnie Tomasza. Nawet taki szczegół, wydawałoby się, jak imitowanie radiowego głosu znanego dziennikarza wywołuje wręcz ciarki na ciele. W tym osobliwym duecie znajduje się miejsce dla Aleksandry Koniecznej, która z każdą kolejną sceną zasłużenie zagarnia cały splendor i rozdziela buchające ego ekranowego małżonka i syna. Tak dobranej obsady ze świecą szukać, nawet w światowym kinie.

Przyklasnąć należy również Matuszyńskiemu, który odpowiednio wyważył na ekranie ciężar każdej z postaci, znalazł idealne proporcje pomiędzy sarkastycznym humorem a nostalgiczną zadumą, w stronę której nieuchronnie zmierza "Ostatnia rodzina". Przede wszystkim jednak nie zmarnował aż ośmioletniej pracy nad scenariuszem Roberta Bolesty. Tak wysoce zadowalający efekt końcowy nie byłby też możliwy bez świetnej pracy osób odpowiedzialnych za kostiumy i scenografię. Wszak na ekranie podpatrujemy ponadto postęp cywilizacyjny i technologiczny Polski od lat 70. aż po niemal czasy współczesne. Drobiazgowa dbałość o filmowe przestrzenie, przedmioty, ubrania i lokalizacje nie odbiega poziomem od pracy aktorów czy reżysera. Całość uzupełnia warstwa muzyczna oparta o znane kompozycje kojarzone z osobą Tomasza Beksińskiego z fantastycznie wybrzmiewającym w newralgicznej scenie "Nights in White Satin" The Moody Blues.

Cokolwiek by napisać o "Ostatniej rodzinie", nie odda to w pełni magii płynącej wprost z ekranu. Dziwactwa Zdzisława czy szaleńcze próby autodestrukcji Tomasza nie tylko charakteryzują nam każdą z postaci, ale po części pokazują, że nawet z pozoru rozbita emocjonalnie rodzina jest wartością samą w sobie. Poszczególni jej członkowie duszą się we wzajemnej bliskości, usychają jednak, gdy obok następuje przenikająca pustka.

Jeden z głównych kandydatów do Złotych Lwów poruszy z pewnością serca tych, którzy w kinie poza faktograficzną dbałością i technicznym kunsztem szukają szczerych emocji. Bo taki jest właśnie ten film. Szczery jak miłość Tomasza do muzyki, niejednoznaczny jak obrazy Zdzisława i stonowany jak żyjąca pomiędzy dwoma artystycznymi demonami Zofia. Czwartego dnia festiwalowego święta w Gdyni dostaliśmy w końcu film piękny i kompletny, bez żadnych znaczących uszczerbków, który jest klasą samą w sobie, nawet jeśli nie zostanie obsypany deszczem nagród.

OCENA: 10/10