Filmy, które straszyły nas w dzieciństwie

27 listopada 2020, 13:30
Tomasz Zacharczuk

Za dnia niepozorny mebel, po zmroku wylęgarnia wszelkiej maści potworów. Zamiast porozrzucanych po pokoju ubrań wielu z nas do szafy wolało upychać różnorakie dziecięce fobie i straszydła. Osobną półkę zajmowały wypełzające z telewizyjnych ekranów kreatury. Działający niczym przeciwieństwo środka nasennego Freddy Krueger, otępiała jak w psychodelicznym transie Buka czy chichoczący złośliwie Diabeł Piszczałka. Oto osobliwy gabinet filmowych i serialowych dziwadeł, które mąciły beztroskę dzieciństwa i nie pozwalały spokojnie zasnąć. Nawet przy włączonej lampce.



Prześladowały częściej niż polująca na niesforne dzieci Czarna Wołga. Wywoływały obrzydzenie porównywalne z widokiem szpinakowej brei na talerzu. Powodowały strach jak przed połknięciem owocowej pestki, z której rzekomo miało wyrosnąć w naszym brzuchu drzewo. Niepokojące filmowe, serialowe, a nawet bajkowe postaci potrafiły oddziaływać na dziecięcą wyobraźnię skuteczniej niż rodzicielskie przestrogi i miejskie legendy. Żartobliwie można stwierdzić, że rujnowały przy okazji domowe budżety, bo ktoś musiał przecież opłacać rachunki za włączone do późnej nocy lampki, których światło ochraniało najmłodszych przed koszmarami.

Najsłynniejsze maratony filmowe



Dziś większość podnoszących ciśnienie tytułów wywołuje raczej uśmiech niż trwogę, a na budzące strach postaci patrzymy już z przymrużeniem oka. Nie oznacza to jednak, że tak łatwo puściliśmy w niepamięć liczne chwile grozy i nieprzespane noce, za które odpowiedzialni są nie tylko bohaterowie podglądanych pomimo rodzicielskiej cenzury horrorów. Czasami "niebezpieczeństwo" kryło się w niewinnym kinie familijnym, a nawet dobranocce. Przygotowaliśmy zestaw filmów i postaci, których towarzystwo raczej nie umilało nam dzieciństwa.

"Przyjaciel wesołego diabła" (1986), reż. Jerzy Łukaszewicz



On kudłaty, durnowaty, straszył dzieci głupkowaty. Diabeł Piszczałka, choć psotny, złośliwy i marudny, był właściwie całkiem pocieszny, uczynny i pomocny. Nijak miało się to jednak do nieco odstręczającego wyglądu. Włochaty, pomarszczony i wydający dziwaczne dźwięki stwór pląsający z wielgachnym widelcem potrafił przestraszyć nie na żarty i wywołać niejedną dziecięcą traumę, która zostawiała ślad w psychice jeszcze na długie lata. To o tyle zaskakujące, że postać Piszczałki wyszła spod pióra tego, który stworzył przecież Adasia Cisowskiego, Jacka i Placka czy Basię Bzowską.

Powieść Kornela Makuszyńskiego w 1986 r. zekranizował Jerzy Łukaszewicz, dla którego był to reżyserski debiut. Diabeł Piszczałka powrócił jeszcze dwa lata później w "Przyjaciołach wesołego diabła", ale twórcom niespecjalnie udało się ocieplić jego wizerunek (scena burzy, podczas której Piszczałka zagląda przez okno, to dla wielu traumatyczne wręcz przeżycie). Im więcej upływało czasu, tym zapewne większa była nasza sympatia względem pokracznego stwora, który był tak naprawdę osamotnionym wyrzutkiem poszukującym przyjaciół. Wydaje się, że po latach w końcu ich znalazł.

"Laleczka Chucky" (1988), reż. Tom Holland



Stworzona przez Dona Manciniego rudowłosa lalka była na tyle szkaradna, że cała historia o "zaklętej" w zabawce duszy seryjnego zabójcy nie miała już większego znaczenia dla kilkulatka, który choćby przypadkiem w ekranie telewizora dostrzegł upiorną facjatę Chucky'ego. Przeżycie na tyle traumatyczne, że cień podejrzeń natychmiastowo padał też na domowe zabawki, którym trzeba było się baczniej przyjrzeć i upewnić, czy aby na pewno nie przejawiają morderczych skłonności.

Chucky znów rozrabia. Recenzja "Laleczki"



Utrwalony w popkulturze wizerunek Chucky'ego ewoluował w kolejnych filmowych projektach, dostarczając fanom serii większej dawki dowcipu niż grozy. Humorystycznego potencjału postaci nie dostrzegali na pewno najmłodsi widzowie, którym raczej nie było do śmiechu na widok wielkich oczu, rudej czupryny i demonicznego uśmieszku. "Grzeczny chłopczyk" (jeden z pol. tytułów "Laleczki...) potrafił sporo nabroić w niejednym młodym umyśle.

"Akademia Pana Kleksa" (1983), reż. Krzysztof Gradowski



Ekranizacja prozy Jana Brzechwy już samym psychodelicznym klimatem mogła wywoływać lekki dyskomfort i niemałą konsternację za sprawą choćby mechanicznego Adolfa, demonicznego Golarza Filipa (Leon Niemczyk) czy pojawiającego się w kontynuacji "Akademii...", niepokojącego Wielkiego Elektronika (Henryk Bista). Bodaj największe spustoszenie w młodych umysłach powodowała jednak wataha krnąbrnych wilków wyposażonych w stalowe pyski i świecące czerwonym blaskiem ślepia.

Sceną, która na długo potrafiła utknąć w pamięci, był marsz wilczych hord z chorągwiami i płonącymi pochodniami w asyście heavymetalowego kawałka grupy TSA. Obrazek raczej średnio wpisujący się w konwencję kina familijnego. Z dzisiejszej perspektywy oczywiście cała sekwencja wygląda dość kiczowato, a w maszerujących wilkach nie trudno dostrzec statystów przebranych w wątpliwej jakości kostiumy. Jak doskonale jednak wiemy, dziecięca wyobraźnia pewne aspekty wyolbrzymia, więc ujadanie ze strachu było całkiem zrozumiałą reakcją na wilczy pochód.

"Koszmar z ulicy Wiązów" (1984), reż. Wes Craven



Gdy prawie 40 lat temu Wes Craven wymyślił seryjnego mordercę atakującego swoje ofiary we śnie, zapewne zdawał sobie sprawę, że pogrzebał tym samym wszelkie szanse na odebranie kiedykolwiek Orderu Uśmiechu. Freddy Krueger od momentu debiutu na wielkim ekranie stał się uosobieniem dziecięcych lęków, z których poniekąd sam powstał. Reżyser "Koszmaru..." przyznał, że jako kilkulatek panicznie bał się bezdomnego błąkającego się po okolicy, w której młody Wes pomieszkiwał z rodzicami. Jegomość rzekomo ubrany był w stary, znoszony świąteczny sweter i kapelusz, a jego twarz pokrywały pooparzeniowe blizny.

Wyszukany styl uśmiercania ofiar we śnie Craven zaczerpnął natomiast z opisywanych w amerykańskich mediach tajemniczych zgonów azjatyckich imigrantów. Zmarłych kilka dni przed śmiercią miały nękać koszmary tak upiorne, że młodzi mężczyźni starali się nie spać tak długo, jak było to możliwe. Gdy po kilku dniach w końcu usnęli, budzili się z wrzaskiem, po czym umierali, a przyczyn dziwacznych zgonów nie potrafił ustalić żaden z powołanych biegłych. Możliwe, że była to tylko jedna z legend, które miały dodatkowo wzmocnić wydźwięk "Koszmaru...". Jakby jeden Krueger to było mało...

"To" (1990), reż. Tommy Lee Wallace



Jak dorosły facet w pstrokatych fatałaszkach, z trupiobladym makijażem, sztucznymi włosami i piłeczką zamiast nosa nadaje się do zabawiania najmłodszych? Osobiście nigdy nie mogłem tego pojąć i nie znam osoby, która miałaby z klaunami jakieś szczególnie pozytywne wspomnienia. A już na pewno nie z tymi filmowymi. Wykreowany przez Stephena Kinga Pennywise to prawdziwy koszmar osób cierpiących na koulrofobię, czyli paniczny strach przed klaunami właśnie.

"To": recenzja filmowej wersji telewizyjnego serialu



Filmowy Pennywise z kanałów Derry wygramolił się po raz pierwszy w 1990 r. w dwuczęściowym telewizyjnym serialu i wywołał prawdziwy popłoch wśród nastoletniej części widowni. Nie dość, że klaun, to w dodatku morderca z sadystycznym poczuciem humoru i przerażającym spojrzeniem. Trudno wyobrazić sobie gorszą kombinację, kiedy ma się kilka lub kilkanaście lat. I cóż miały począć biedne dzieciaki, gdy nawet dorośli członkowie ekipy filmowej uciekali gdzie pieprz rośnie na widok ucharakteryzowanego Tima Curry'ego. Aktora wcielającego się w postać Pennywise'a podobno unikano jak ognia w przerwach między ujęciami. Wystarczająco wymowne.

"Candyman" (1992), reż. Bernard Rose



Co prawda tytułowy bohater nie był może tak przerażający jak wspomniane wyżej trio, ale wykazywał równie wielką determinację w polowaniu na ofiary. Wszak mowa o mordercy, który zamiast ręki miał olbrzymi hak, nie służący bynajmniej do wieszania na nim ubrań czy obrazów. To, co jednak w postaci Candymana intrygowało młodego widza najbardziej, to swoisty rytuał wywoływania czarnoskórego zabijaki. A zna go doskonale każdy, kto w szkolnej toalecie próbował zaimponować rówieśnikom. Instrukcja dla przypomnienia: wymawiamy pięciokrotnie "Candyman", stojąc frontem do lustra.

W rasowym slasherze Bernarda Rose'a za plecami nieszczęśnika, który podjął wyzwanie, pojawiał się w tym momencie barczysty mężczyzna i bez zbędnych ceregieli robił użytek z podręcznego haka. W szkolnej rzeczywistości natomiast przy czwartym "candymanie" najczęściej ktoś trącał kosz na śmieci lub trzaskał drzwiami, po czym cała grupa śmiałków, rechocząc, wybiegała na korytarz. Postać z filmu Bernarda Rose'a nie była może największym dziecięcym koszmarem, ale towarzysząca jej zabawa dostarczała dreszczyka grozy podczas szkolnej przerwy lub klasowego biwaku.

"Gremliny rozrabiają" (1984), reż. Joe Dante



Słodkiego i sympatycznego Gizmo filmowemu Billowi zazdrościł pewnie każdy dzieciak, który nieświadomy potwornych scen rozpoczynał seans "Gremlinów". Wystarczyło zapewne kilkanaście minut, by młodzi widzowie szybko zmienili zdanie. Z włochatego i uroczego mogwaja "wypączkowało" bowiem stado rozwydrzonych, awanturniczych i wywołujących odrazę stworów. A wystarczyło trzymać się trzech żelaznych zasad: nie wystawiać Gizmo na światło, unikać kontaktów z wodą i nie karmić go po północy.

Oczywiście film Joe Dantego miał mimo wszystko mocno komediowy charakter, o co zresztą zadbał odpowiedzialny za produkcję Steven Spielberg. Pierwotne plany scenarzystów były bowiem bardziej śmiałe, żeby nie powiedzieć wręcz drastyczne (gremliny miały np. pożerać domowe zwierzątka i... urywać ludziom głowy). "Gremliny" zamiast rasowego horroru stały się jednak komedią fantasy z całkiem niegłupim morałem dla najmłodszych: przestrzeganie zasad może nas trzymać z dala od kłopotów.

"Muminki" (1990)



"Cieszcie się, bo wreszcie są. Wasze Muminki" - śpiewał Wiktor Zborowski. Ale uśmiech szybko znikał z twarzy, gdy wchodziła ONA - cała na szaro - otoczona mgłą i chłodem, który niemal przenikał przez telewizyjny ekran. Ponura postać o zwalistej sylwetce, z ogromnymi, otępiałymi oczami i wyszczerzonymi zębami, które wprost elektryzowały młodą widownię. Buka, co niegrzecznych dzieci szuka. Tak naprawdę szukała ciepła i podążała za światłem, zamrażając wszystko wokół, łącznie z wpatrzonymi w ekran dzieciakami, które zesztywniałe ze strachu nie potrafiły nawet wydać z siebie dźwięku.

Nikt tak nie potrafił niszczyć zabawy w dzieciństwie jak pojawiająca się znikąd Buka, która po latach stała się niemal kultową postacią. W wykreowanej przez Tove Jansson Dolinie Muminków roiło się od innych niewiele mniej niepokojących postaci. Poczynając od zrzędliwej Czarownicy, kończąc na równie przerażających co Buka Hatifnatach - bladych, podłużnych stworkach ze zdeformowanymi, małymi dłońmi, które wiły się jak w psychodelicznym transie. Aż trudno uwierzyć, że "Muminki" były jedną z najpopularniejszych bajek w historii polskiej telewizji.
Czy w dzieciństwie bałeś się jakiegoś filmu/serialu?
64%

tak, do dziś pamiętam to uczucie

23%

tak, ale wspomnienia się zatarły

13%

nie, nie przypominam sobie takiego lęku

zakończona

łącznie głosów: 1110