stat

Gdańsk zawsze miał szczęście do kina. Rozmowa z filmoznawcą Krzysztofem Kornackim

21 stycznia 2016 (artykuł sprzed 4 lat)
Tomasz Zacharczuk

- Sztuka filmowa pojawiła się w Gdańsku zaledwie dwa lata po przełomowym odkryciu braci Lumiere. To pokazuje, jak wielki potencjał tkwi w tym mieście - mówi filmoznawca, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego i Gdyńskiej Szkoły Filmowej, Krzysztof Kornacki. Historia kina nad Motławą to niemal równie burzliwe dzieje, jak przeszłość samego miasta i jego mieszkańców.



Tomasz Zacharczuk: Gdańsk w filmie i film gdański. Brzmi podobnie, ale różnica między tymi hasłami jest jednak dość znacząca.

Krzysztof Kornacki (urodzony w Gdańsku nauczyciel akademicki, doktor habilitowany, prof. nadzwyczajny Uniwersytetu Gdańskiego, filmoznawca, pracownik Katedry Kultury i Sztuki Instytutu Filologii Polskiej, specjalizuje się w historii kina polskiego, autor książek o filmie, wykładowca Gdyńskiej Szkoły Filmowej, Akademii Filmu Polskiego): Na pewno. Gdańsk w filmie oznacza każdą reprezentację ekranową Gdańska, także w tych filmach, które nie odnoszą się bezpośrednio do tego miejsca i tej tematyki. Dotyczy to sytuacji, gdy Gdańsk pokazany jest choćby tylko w krótkim epizodzie. Jednak nawet taka krótka migawka może, podobnie jak cała sztuka filmowa, bardzo mocno zadziałać na wyobraźnię. Takich gdańskich obrazków było w kinematografii około stu kilkunastu, łącznie z serialami i filmami telewizyjnymi. Natomiast film gdański to już takie dzieło, które bezpośrednio łączy się z miastem i trudno w tym przypadku wyobrazić sobie, żeby akcja była osadzona w innym miejscu. Istotne są tu odwołania, np. do historii, jak w "Westerplatte" czy "Wolnym mieście", czy do polityki jak w "Człowieku z żelaza". Były też przedziwne twory, jak na przykład "Panienka z okienka" z 1964 roku. Film gdański i o Gdańsku, ale z samym Gdańskiem mający niewiele wspólnego, bo wszystkie sceny nakręcono w Lublinku pod Łodzią. Specjalnie zaaranżowano hale produkcyjne na imitację Gdańska, łącznie nawet z pomnikiem Neptuna. Dlaczego wybrano rekonstrukcję zamiast żywych krajobrazów? Ciężko powiedzieć. Twórcy tłumaczyli wtedy, że nowoczesne oblicze Gdańska nie pasowało do XVII-wiecznej fabuły.

Zakładam, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że gdańska kinematografia liczy już sobie prawie 120 lat. W tym przypadku mamy chyba czym się chwalić, choć spory wkład mieli w powstanie gdańskiej filmografii niemieccy twórcy.

Rzeczywiście. Według mojego rozeznania, pierwszym filmem, w którym pokazano Gdańsk była produkcja z 1897 roku, na której widać cesarza Wilhelma II odwiedzającego gród Neptuna. To swego rodzaju fenomen, bo film powstał zaledwie niecałe dwa lata po wynalezieniu kinematografu! Można więc śmiało stwierdzić, że Gdańsk w filmie zaistniał równocześnie z początkiem filmu.

Zaskakiwać może też kolejny ciekawy fakt. Pierwszym zachowanym kadrem, w którym widzimy Gdańsk wcale nie jest ujęcie przedstawiające tak dobrze kojarzone motywy jak Żuraw czy Westerplatte.

I spory w tym udział ma po raz kolejny wspomniany cesarz. W 1911 roku powstał krótki film przedstawiający konną paradę obserwowaną przez Wilhelma II. W końcowej scenie kawalkada wjeżdża na teren wojskowych koszar we Wrzeszczu. Gdy konfrontujemy ze sobą hasła Gdańsk i film, to z pewnością nasuwają się nam doskonale znane obrazki Głównego Miasta. Tymczasem wcale nie one rozpoczęły karierę Gdańska na wielkim ekranie.

Wspomniane filmy, choć bardziej powinniśmy nazywać je filmikami, wyszły spod ręki niemieckich filmowców. Kiedy w takim razie do Gdańska przekonali się polscy twórcy?

Trzeba było trochę poczekać, ale już w 1927 roku. 27-letni wówczas Henryk Szaro nakręcił pierwszy polski film z wykorzystaniem Gdańska, "Zew morza". Było to o tyle ciekawe, że niemieccy twórcy, choć wiele razy uwieczniali Gdańsk w filmach dokumentalnych i reportażach (jeden z nich przedstawiał nawet rozegraną w Gdańsku walkę bokserską), to ani razu nie zdecydowali się na film fabularny. Wyprzedzili ich Polacy i w 1927 roku Henryk Szaro nakręcił utrzymaną w konwencji romansu opowieść o marynarzu Stachu (Jerzy Marr) i jego ukochanej Hance (Maria Malicka). Widzimy tam choćby fragmenty Głównego Miasta.

Udało się więc uprzedzić zachodnich sąsiadów, ale to Niemcy pokolorowali gdańskie filmy i to już w latach 40.!

Tak naprawdę, jeśli dokładnie poszukamy i przekopiemy się przez masę amatorskich filmów, to te kolorowe produkcje można już znaleźć znacznie wcześniej. Ale to w 1943 roku profesjonalni filmowcy pokazali w kinach Gdańsk z pełną paletą barw. Był to rodzaj filmu panoramicznego, w którym pokazywano miasta leżące nad Wisłą. Końcowy, ponad 2-minutowy fragment, poświęcony był właśnie Gdańskowi.

Druga wojna światowa to już kino propagandowe pełną parą w wykonaniu Niemców. Po 1945 roku nareszcie do głosu dochodzą polscy filmowcy. Z jakimi narracjami w gdańskich filmach mamy do czynienia właśnie po zakończeniu zbrojnych działań?

Bogata grupa gdańskich filmów układa się w kilka charakterystycznych narracji. Pierwszą można nazwać: "Jak feniks z popiołów", czyli filmowe dokumentowanie procesu odbudowywania Gdańska. Najpierw w dokumentalnej formie, poprzez filmy Polskiej Kroniki Filmowej, a później w filmach, które nie mówiły wprost o odbudowie z powojennych zniszczeń, ale umieszczały akcję wśród remontowanych ulic i kamienic. W "Do widzenia, do jutra" Zbyszek Cybulski z dumą oprowadza po Gdańsku Margueritte. W "Żonie dla Australijczyka" Edward Dziewoński i Wiesław Gołas celowo dyskutują na tle nabierającego nowego blasku Głównego Miasta. Takie filmy jak "Jadą goście, jadą" czy "Poradnik matrymonialny" to filmy, w których było widać radość po odbudowie Gdańska.

Drugą formą narracji było podkreślenie przynależności Gdańska do Polaków. Wątek ten dość mocno wpisywał się w kino propagandowe, nasycone socrealizmem i kwestionujące niemiecką tożsamość Gdańska. Trzecią narracją jest tzw. Gdańsk przemysłowy. Jak przemysłowy, to oczywiście stocznia i port. W takich filmach jak "Banda" czy "Molo" widać wprost dumę rozpierającą tamtejszych robotników, a polskie stocznie prezentowane były na ekranie jako chwalebne osiągnięcie polskiej gospodarki. Szybko to się skończyło, bo w 1970 roku robotnicy wyszli na ulice i nieświadomie rozpoczęli kolejny etap w historii gdańskiego kina. Gdańsk niepokorny to Gdańsk stricte polityczny, walczący o prawa człowieka, przeciwstawiający się władzy i cenzurze, gloryfikujący wolność. Doskonale widać to choćby w "Człowieku z żelaza" Wajdy. Okres ten odznaczył się mniejszym zainteresowaniem filmowców Gdańskiem, spadkiem produkcji filmowych, nawet aktorzy i ludzie kina rzadziej pojawiali się nad morzem. Coroczny festiwal filmowy zapoczątkowany w Gdańsku przeniesiono do Gdyni. To była kara za wspomnianą niepokorność.

Co możemy powiedzieć o współczesnym filmie gdańskim?


Właściwie powiela on poprzednie schematy i wpisuje się w znane już wcześniej narracje, próbując je rewidować. Dotyczy to np. lokalnych symboli, jak np. próba rozliczenia mitu "Solidarności".

Czy Gdańsk w filmie to tylko Żuraw, Główne Miasto i Westerplatte? Czy są miejsca o niewykorzystanym potencjale filmowym?

Na pewno do wykorzystania jest każde miejsce, ale gdyby sporządzić swego rodzaju mapę filmową Gdańska, to mielibyśmy dość jednoznaczne wyniki. W miejscu Głównego Miasta mielibyśmy mocno już wytartą plamę. Podobnie z Westerplatte. Można powiedzieć, że wokół pomnika filmowcy wydeptali ścieżynki, zwłaszcza twórcy PKF. Chętnie wykorzystywana była też Biskupia Górka. Nie zapominajmy o Nowym Porcie, który jednak często stanowił tylko tło dla kadrowanego Westerplatte. Pozostałe miejsca w Gdańsku wykorzystywano raczej pojedynczo, więc jest jeszcze sporo do nadrobienia, a przede wszystkim pokazania. Z ciekawostek dodam, że nawet Przymorze było pokazywane w polskim kinie - w filmie "Z tamtej strony tęczy" Piotrowskiego z 1972 roku. Widać doskonale moment budowy "falowców". Załapał się nawet mój czteropiętrowy blok, co mnie bardzo cieszy (śmiech).

Jak oceniłby pan potencjał filmowy Gdańska na tle pozostałych polskich miast?

Pod kątem atutów bezwzględnych Gdańsk nie miał szans mierzyć się z Warszawą, Wrocławiem czy Łodzią. Mam tu na myśli bliskość wytwórni i studiów filmowych, szerokie grono producentów, dużą dostępność do aktorów teatralnych i wszelką, ogólnie mówiąc, infrastrukturę filmową. To, co jednak Gdańsk wywyższało wśród wszystkich to atuty względne - kultura i historia. Pod tym względem Gdańsk miał ogromne szczęście posiadania tak wysublimowanej i wielowątkowej tradycji. Dzięki temu, miał też szczęście do kina i był raczej dość dobrze wykorzystywany do tej pory. Jak będzie dalej? Nie mam pojęcia. Miasto wciąż nie ma zaplecza filmowego z prawdziwego zdarzenia i to bardzo mocno determinuje twórców filmowych, żeby tu nie przyjeżdżać. A można stworzyć tak dogodne warunki, jak choćby we Wrocławiu, gdzie przemysł filmowy działa całkiem prężnie, dzięki regionalnemu funduszowi filmowego. Gdańsk zrezygnował z takiego rozwiązania. Gdynia jeszcze to ma.

Jakie w takim razie są szanse na to, żeby przemysł filmowy przeniósł się do Gdańska? Jak tego dokonać? I czy w ogóle jest to Gdańsku potrzebne?


Szczerze mówiąc, oceniłbym te szanse jako co najwyżej średnie. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś będzie tu budował od podstaw np. klaster filmowy. Raczej do wykorzystania są miejsca, które już istnieją. Gdańsk musi przyciągać tym, co ma, czyli przede wszystkim kulturą, historią, tradycją, pięknymi krajobrazami.

Tylko czy te historyczne wątki gdańskie już się w kinie nie przejadły?


Być może się przejadły, ale wystarczy spojrzeć na polską filmografię ostatnich 7-8 lat i zobaczyć, ile udało się zrealizować filmów historycznych. Podpowiem - blisko 80 łącznie z serialami. To znaczy, że wciąż o przeszłości chcemy rozmawiać i ją pokazywać. Jestem przekonany, że historia "Solidarności" czy drugiej wojny światowej będzie dalej inspirować polskich filmowców, a idealnym materiałem na dalsze opowieści ekranowe są gdańskie wątki, plenery i postaci związane nie tylko z tą lokalną historią. Wystarczy spojrzeć na takie obrazy jak "Strajk" Schlondorffa, "Człowiek z nadziei" Wajdy czy "Układ zamknięty" Bugajskiego. Myślę, że śmiało do tej przeszłości można wracać. Zwłaszcza, że jest ona gorzka, bolesna i niejednoznaczna. Gdyby było inaczej, to temat już dawno byłby "odfajkowany". Póki jednak ta historia dzieli, to wciąż jest o czym opowiadać. Również w Gdańsku.