Illusion, Michał Miegoń i Gravelord. Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

4 kwietnia 2018 (artykuł sprzed 2 lat)
Jarosław Kowal

Illusion nagrywa najlepszy album, jakiego fani mogliby oczekiwać, Michał Miegoń najdziwniejszy, a młode, niemalże zupełnie nieznane Gravelord przypomina, jak gra się metal - tak wygląda kolejna porcja trójmiejskich nowości wydawniczych.



Illusion - "Anhedonia" (Presscom)


W tym roku minie dziesięć lat od pamiętnego dnia, kiedy ze trzy przedziały fanów z Nowego Portu wyruszyły na drugi koniec Polski, by uczestniczyć w wielkim święcie, jakim była reaktywacja "naszych", zespołu Illusion. Byłem tam, byłem pod samą sceną i chłonąłem tę doniosłą atmosferę, jakby miał to być ostatni koncert na świecie. W planie był powrót jednorazowy, na szczęście Illusion zostało na dłużej.


Po wydanych cztery lata temu "Opowieściach" wielu oczekiwało dawnego brzmienia, ale po pierwsze musiałoby to oznaczać, że muzycy Illusion drepczą w miejscu i nie potrafią otworzyć się na nowe pomysły; a po drugie nawet ich albumy z lat 90. znacząco różniły się od siebie. Wystarczy porównać "Kły" w dwóch zarejestrowanych wersjach - nagranie ze studia (otwierające debiutancki materiał) jest wyraźnie "grzeczniejsze", łagodniej zaśpiewane od wściekłej wersji z koncertowego "4 Bolilol Tour". Illusion nie jest więc substancją stałą, ale mam silne podejrzenie, że akurat "Anhedonia" sentymentalnych fanów w stu procentach zadowoli.

"Opowieści" odebrałem jako album refleksyjny, momentami wręcz chwytający za gardło (ten teledysk do "O przyszłości"!), ale od 2014 wiele się zmieniło, w tym sytuacja polityczna, co - jak sądzę - nie pozostało bez wpływu na zespół. Buntowniczy, punk rockowy duch zawsze silnie przenikał przez teksty Illusion, ale nigdy wprost, nigdy ze wskazywaniem konkretnych nazwisk czy sytuacji, dzięki czemu po dziś dzień dokładnie każdy z dawnych tekstów zachował aktualność. "Anhedonia" kontynuuje tę tradycję, to repertuar kipiący od gniewu, a zarazem podany w niejednoznaczny sposób, co ułatwia identyfikowanie się z nim.

Już pierwszy utwór, singlowe "Kto jest winien?" to nieco pogłębiony (żeby nie użyć "dojrzalszy", zbyt mocno dyskredytującego wcześniejsze działania) protest przeciwko przemocy, jaki Illusion w przeszłości wielokrotnie manifestowało. Nie padają tu tak bezpośrednie słowa, jak w "Vendetcie", nie ma tak opisowych historii, jak w "Na luzie", jest natomiast szereg pytań, z tytułowym na czele, na które nie ma jednej odpowiedzi, a które warto sobie zadawać, zanim przystąpi się do zabawy w domorosłego sędziego. Komunikat jest o tyle silniejszy, że towarzyszy mu brutalny podkład w niczym nie ustępujący "Keff", "Nikt" czy innym przygniatającym kawałkom z "trójki" - najagresywniejszego wydawnictwa Illusion.

To charakterystyczne brzmienie, jakiego żaden inny zespół nigdy nie zdołał skopiować (choć niejeden próbował), wypełnia całe trzydzieści dwie minuty albumu. Riffy z "Od zawsze donikąd", "Tchórza" czy "Zanurzam się" (jeden z najlepszych utworów, jakie wyszły spod palców tej czwórki muzyków) w naturalny sposób wpasowałyby się do materiału z "6" i z perspektywy wieloletniego fana nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego ciągu dalszego dla dyskografii Illusion.


Michał Miegoń - "Plastic Chants" (Music is the Weapon)


Często praktykowanym zwyczajem jest stawianie nawiasu przy nazwisku muzyka i wymienianie w nim projektów, które współtworzył. W tym przypadku konieczne będzie jednak poświęcenie całego akapitu, ponieważ mamy do czynienia z artystą bardziej płodnym niż Marlon Brando - Michałem Miegoniem (The Shipyard, Made in Poland, Kiev Office, 1926, Bubble Chamber, Marla Cinger, Pure Phase Ensemble, Sting Nie Zagra w Kazachstanie, Doki Ensemble, Karol Schwarz All Stars, Borowski/Miegoń, Heart & Soul, Khad!Affi, Sunday Pagans).

Jest taka scena w thrillerze "Ojczym" z 1987 roku, w której tytułowy psychopata posługujący się kilkoma osobowościami na chwilę przystaje i głośno zastanawia się: "Kim ja tutaj jestem?". Musi w myślach przejrzeć katalog stworzonych przez siebie postaci, przypomnieć sobie właściwą historię i błyskawicznie wcielić się w rolę. Jeżeli przyjrzycie się Miegoniowi przed każdym jego występem, to odniesiecie wrażenie, że odgrywa dokładnie tę samą scenę, że przez ułamek sekundy porządkuje dziesiątki napisanych przez siebie utworów, by mieć jasność, "kim tutaj jest". Tym razem okazuje się, że jest sobą samym, bo chociaż okładka tego nie zdradza, to w sieci "Plastic Chants" podpisano imieniem i nazwiskiem. Największe zaskoczenie ma jednak inne źródło, bo oto człowiek sprawiający wrażenie niemalże zrośniętego z gitarą elektryczną korzysta z niej w taki sposób, że bez zapoznania się z kontekstem powstawania albumu często trudno ją zidentyfikować.

Gwoli ścisłości, nie mamy do czynienia z jakąś tam gitarą, a z gitarą zabawkową, dodatkowo preparowaną, przemienioną w narzędzie, które wśród większości dzieciaków budziłoby wyłącznie grozę. Weźmy na przykład utwór "Acedia" - Darren Aronofsky śmiało mógłby wykorzystać go na ścieżce dźwiękowej do "Mother!". Samo słowo oznacza zresztą religijne wypalenie, a tematyką całego albumu jest negatywny wpływ złych myśli kumulowanych w wyobraźni na ciało i duszę człowieka, a więc metafizyczny horror w wydaniu przeznaczonym do pobudzania zmysłu słuchu. Do osiągnięcia zamierzonego celu Miegoń wykorzystał tak niecodzienne i dziwaczne środki, że prawdopodobnie wielu odbierze jego pomysł jako całkowicie niemuzyczny. Warto jednak zadać sobie trud skupienia się na tych dźwiękach, dać im przyzwolenie na roztoczenie swojej mrocznej aury, bo tak naprawdę najciekawsze na "Plastic Chants" jest granie nie na nietypowym instrumencie, lecz granie nastrojem.

Gravelord - "I" (wydanie własne)


Dużo i często narzekam na lokalną scenę metalową. Owszem, stąd pochodzi Behemoth - dzisiaj jedna z największych metalowych kapel na świecie; owszem, kilka zespołów sprzed lat (z Hektor, Medebor czy Yattering na czele) nagrało albumy, które odcisnęły wyraźny ślad na sposobie uprawiania tego gatunku w Polsce, ale podczas gdy Śląsk wciąż może pochwalić się dziesiątkami znakomitych kapel, u nas nie dzieje się prawie nic. Teraz powinno pojawić się "ale" i argumentacja dowodząca, że album "I" to powiew świeżości. Tak się jednak nie stanie, bo siłą tego materiału jest coś zupełnie innego - brzmienie przypominające nagrania z przełomu lat 80. i 90.

Gravelord zdaje się wyznawać podobną filozofię, co protoplaści black metalu - Hellhammer czy Venom. "[...] Nie było w nas obsesji na punkcie idealnie nastrojonych gitar lub żeby wszystko idealnie się zgadzało, bardziej zależało nam na emocji. [...] Nie zależy mi na tym, żeby Stephen Hawking albo ktoś inny analizował tę muzykę. Wolę już, żeby jakiś dzieciak, udając, że gra, padł na kolana i przyznał: Tak, to jest niesamowite" [D. Patterson, "Black Metal. Ewolucja kultu] - przekonywał Cronos, lider niesławnego Venom, a gdańskie trio to spadkobiercy tej myśli, którzy na swoim surowym, brutalnym, ekstremalnie szybkim debiucie wywołują ducha pierwotnego metalu, w którym muzyka była celem samym w sobie i nikomu nawet przez myśl nie przechodziło, żeby ją spieniężać.

Dla jednych - i tych będzie najwięcej - takie granie to zaledwie garażowy chaos, dla mnie to metal w najszczerszej formie. Nie skamielina odsłaniająca przed nowymi pokoleniami zamierzchłe, trudne do wyobrażenia czasy, nie żerowanie na sentymencie, tylko świetna energia trzech młodych ludzi doskonale zdających sobie sprawę z tego, co robią, dla kogo to robią i z jakich pobudek. Mam nadzieję, że nie dadzą się skusić na w pełni profesjonalne nagrania w przyszłości, bo z takim graniem jest podobnie jak z oglądaniem filmów na kasetach VHS - nie po to sięga się po nie w 2018 roku, żeby zachwycać się jakością dźwięku i obrazu.