Kłamstwo ma dobry zasięg. Recenzja filmu "(Nie)znajomi"

28 września 2019, 11:00
Tomasz Zacharczuk

"Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" jest filmowym rarytasem rodem z Italii, którym już od trzech lat zajadają się smakosze kina na całym świecie. Nic dziwnego więc, że z włoskiego przepisu upichcić sukces zapragnęli także Polacy. I wbrew pozorom na talerzu nie wylądowała odgrzewana w mikrofali pulchna mrożonka imitująca oryginalny smak, a apetyczna pizza na cienkim cieście, której nie powstydziłby się sam masterchef, Paolo Genovese. Zdecydowanie do schrupania!



Jeden apartament. Jeden suto zastawiony smakołykami stół, a na jego blacie siedem telefonów naszpikowanych skrzętnie skrywanymi przed otoczeniem tajemnicami. Wokół siedem pozornie bliskich sobie osób, którym niewinny wieczór w gronie przyjaciół wywróci życie do góry nogami. Schemat przewrotnego komediodramatu w reżyserii Paolo Genovese wydawał się wręcz banalnie prosty, lecz to właśnie w tej nieskomplikowanej, a zarazem niezwykle plastycznej i uniwersalnej strukturze tkwiła tajemnica sukcesu "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie".

Prawa do adaptacji włoskiej produkcji sprzedano już do kilkudziesięciu państw na całym świecie, a kłamać w miłym towarzystwie zamarzyło się także Polakom. Debiutujący za kamerą w pełnym metrażu Tadeusz Śliwa nie dość, że bardzo starannie przestudiował filmowy pierwowzór, to umiejętnie potrafił niemal gotowy przecież scenariusz odpowiednio przearanżować i dostosować go do polskich warunków. Rezultatem tych pieczołowitych starań jest jeden z najbardziej spójnych, przemyślanych i inteligentnych projektów tego roku w rodzimym kinie, w którym nienachalny humor świetnie zbalansowano z osobistymi dramatami.

Trzon polskiego remake'u bardzo mocno oparty jest na historii zaczerpniętej z włoskiego oryginału. W nowobogackim apartamencie Ewy (Kasia Smutniak) i Tomka (Tomasz Kot) dochodzi do spotkania grupki przyjaciół, którzy przy winie i wystawnych przekąskach chcą po prostu miło spędzić czas i nacieszyć się swoim towarzystwem. Zwyczajna kolacja nabiera wyraźnych rumieńców, gdy jeden z gości wpada na pomysł oryginalnej gry: telefony wszystkich imprezowiczów trafiają na stół, każdy sms zostaje publicznie odczytany, a każda rozmowa przełączana jest na tryb głośnomówiący.

Niektórzy ochoczo i z zaciekawieniem podejmują wyzwanie, ale są i tacy, którzy zdecydowanie mniej entuzjastycznie zapatrują się na rozłąkę z telefonem. Nie bez powodu. Wystarczy kilka minut nietypowej zabawy, by przekonać się, że w każdym z urządzeń, poza masą aplikacji, gadżetów i dodatków, zainstalowane są prywatne sekrety skrzętnie ukrywane nawet przed najbliższymi. Ich stopniowe ujawnianie zaowocuje emocjonalnymi wstrząsami, zaskakującymi wyzwaniami czy wręcz dramatycznymi manifestacjami. Każde odblokowanie telefonu przypomina jednorazowe otwarcie puszki Pandory. Czasem nas to bawi, niejednokrotnie potrafi wręcz przerazić.

Zarówno włoski oryginał, jak i polska kopia uświadamiają bowiem, jak niebezpiecznym i autodestrukcyjnym urządzeniem potrafi być dzisiaj naładowany elektroniką telefon. Bohaterowie "(Nie)znajomych" kilkoma kliknięciami demaskują niewiernych małżonków, ujawniają długi przyjaciół, a nawet ich orientację seksualną, przede wszystkim jednak boleśnie konfrontują siebie samych z własnymi słabościami i kompleksami. Świetnie uchwycił to Genovese, całkiem nieźle poradził sobie z tym również Śliwa, który do włoskiego skryptu przemycił sporo obserwacji polskiej klasy średniej.

Zafascynowany elektronicznymi gadżetami inteligent, który wydaje więcej niż ma, stłamszona przez męża żona, która natłok domowych obowiązków musi godzić dodatkowo z nieustanną krytyką ze strony teściowej czy para lekkoduchów, którzy zamiast finansowej i zawodowej stabilności preferują mało poważne biznesy z hodowlą psów czy produkcją serów. Polskie smaczki fabularne Śliwa znakomicie wkomponował w ramy włoskiego oryginału, dzięki czemu "(Nie)znajomi" chwilami podążają własną ścieżką, a widz zapomina, że ma do czynienia z zaskakująco udaną i doskonale bawiącą, ale jednak podróbką.

Porównań do oryginału nie da się oczywiście uniknąć, zwłaszcza, że niemal 90% fabuły bezpośrednio odwołuje się do scenariusza filmu Genovese. Owszem, pozostałe 10% jest w zasadzie kluczowe i to stanowi o sukcesie polskiej wersji, lecz nie zapominajmy, kto Polakom napisał nuty do tak pięknej gry. A propos gry. Jeśli w którymś z filmowych aspektów "(Nie)znajomi" przebijają pierwowzór, to z całą pewnością jest nim obsada. Wystarczy rzut oka na plakat, by spostrzec, że producentom (ciekawostka - jednym z nich jest Dawid Podsiadło) udało się zebrać na planie czołówkę polskich aktorów. Niejeden już podobny afisz potrafił mamić wzrok, jednak w tym przypadku mamy do czynienia ze 100-procentową jakością.

Cała siódemka nie dość, że znakomicie interpretuje zapisy scenariuszowe, to równie świetnie współgra ze sobą na ekranie. Właściwie już od pierwszych scen widzimy paczkę przyjaciół a nie aktorów z rozpisanymi skrupulatnie rolami. Ich wiarygodności nie sposób zakwestionować. Podobnie jak nie można im odmówić aktorskiej swobody, która nieraz sprawia wrażenie niekontrolowanej improwizacji.

Drobnym mankamentem może być fakt, że impulsywnego Michała Żurawskiego, oziębłego Łukasza Simlata, nie do końca poważną Aleksandrę Domańską (której nareszcie ktoś w pełni zaufał i dał wymagającą rolę) czy inteligenckiego Tomasza Kota na ekranach widzieliśmy już nie raz i nie dwa. W "(Nie)znajomych" postaci przez nich grane rozszyfrujemy więc w kilka sekund. Na dłuższą metę nie stanowi to jednak zbyt dużego problemu. Wszyscy prezentują się doskonale.

Na pierwszy plan swoją grą i tak wybijają się Wojciech Żołądkowicz i Maja Ostaszewska, która w kulminacyjnym momencie serwuje elektryzujący monolog wart najgłębszych ukłonów. Polscy twórcy mieli dodatkowo ten przywilej i szczęście, że mogli dokooptować do obsady grającą też we włoskim oryginale Kasię Smutniak, która jest kolejną wartością dodaną "(Nie)znajomych".

Polski cover włoskiego szlagieru brzmi niemal równie dobrze jak kompozycja Paolo Genovese i posiada wszelkie atuty, by porwać publiczność. Nareszcie polski komediodramat nie sili się na wymuszony humor podlany tandetnymi i mało wymagającymi żartami, a jednocześnie w mądry i stroniący od moralizatorstwa sposób opowiada o poważnych sprawach, pozostawiając też na koniec wymowną ciszą służącą widzowi do autorefleksji. Kino odtwórcze, ale solidnie i starannie zrobione. Na półtorej godziny warto dosiąść się do "(Nie)znajomych" i odłożyć telefon. Spokojnie, wypłyną tylko tajemnice z tego większego ekranu.

OCENA: 7,5/10