Koncerty w lokalach: dobry zarobek i atrakcja dla gości

5 lipca 2020, 8:00
Ewa Palińska

Muzykę wykonywaną na żywo włącza do swojej oferty coraz więcej restauracji, pubów i klubów. Tak zwane "granie do kotleta" ma oczywiście stanowić wabik na gości, jednak szefowie tych miejsc przyznają, że zatrudniając artystów nie myślą o tym, jak przełoży to się na zyski. Bardziej zależy im bowiem na tym, aby dzięki muzyce wyróżnić się z ofertą na tle innych, podobnych miejsc. Artyści chętnie godzą się na taką współpracę, ceniąc sobie nie tylko komfort pracy, ale też gwarancję niemałych zarobków - za jeden wieczór można zarobić do 700 zł.



Koncerty w Trójmieście


"Granie do kotleta" - to określenie przywodzi na myśl zespół grający smętne, weselne kawałki dla publiczności pochylającej się nad setką wódki i przekąską ze śledzia. Współczesne granie do kotleta nie ma prawie nic wspólnego z tym stereotypowym obrazem. Może poza tym, że artyści występują dla gości restauracji klubów, restauracji czy pubów, prezentując mniej absorbującą muzykę. Co do reszty, stawia się przede wszystkim na jakość, bo muzyka ma być tym, co wyróżni dane miejsce na tle konkurencji. Staje się zatem integralną częścią oferty gastronomicznej.

"Muzyka ma nas wyróżniać"



Muzyka ma być nie tylko wabikiem na gości i przekładać się na wzrost zysków. Zdaniem szefów restauracji, zatrudnianie artystów to działanie przede wszystkim wizerunkowe.

- Nie myśleliśmy o tym, żeby angażowanie muzyków miało przełożenie na zyski, ale aby się wyróżniać na tle innych restauracji - mówi Marta Sałek, manager restauracji Canis Music and Wine . - Nazywamy się Canis Music and Wine, dlatego bardzo zależało nam na tym, aby stworzyć miejsce, którego nie ma na mapie Gdańska, a może nawet Trójmiasta. Gramy codziennie od 19. Każdego dnia można wypić kieliszek wina, zamówić deskę serów, kolację czy deser i posłuchać różnego rodzaju muzyki. Mamy w muzycznym menu gitarzystów, saksofonistów czy wokalistów, a nawet zespoły, tak więc przekrój stylistyczny jest ogromny.
2
miejsce: Restauracje
w rankingu Restauracje
Restauracja Fino
Gdańsk, Grząska 1
9.1/10
+ Oceń

O przełożeniu muzyki na wpływy nie myślał też Leszek Chamerski, szef gdyńskiej pijalni nalewek Franca.

- Restauratorzy prześcigają się w pomysłach, jak przyciągnąć turystów, a ja chciałem zrobić coś fajnego dla nas - nie tylko gości, ale też naszych sąsiadów czy przechodniów - podkreśla Chamerski. - Kiedy nie leje woda z nieba, gramy koncert przed lokalem, stąd nazwa "koncert uliczny". Nasza publiczność wygląda przez okna i opiera się na parapetach, zatrzymuje się na ulicy. Nasza Franca bardzo mocno utożsamia się ze wszelkiego rodzaju sztuką. Stąd u nas nie tylko muzyka wykonywana na żywo, ale też fotografie na ścianach czy książki, jakie sprezentowali nam nasi goście.

Choć muzycy coraz częściej decydują się na granie w restauracjach, nie rezygnują z tradycyjnych koncertów pod chmurką. Zobacz, czego słuchaliśmy na gdańskich ulicach w ubiegłym roku.

Muzyka różnorodna i na wysokim poziomie



Tak jak restauracje dbają o wysoki poziom serwowanych potraw, tak samo przykładają dużą wagę do tego, kto przejmie we władanie restauracyjną scenę.

- Wysoki poziom prezentacji jest dla nas kluczowy - mówi Marta Sałek. - Na początku, kiedy restauracja ruszała, współpracowaliśmy z Akademią Muzyczną w Gdańsku. Obecnie castingi prowadzimy na bieżąco. Mniej więcej raz na dwa, trzy miesiące dajemy ogłoszenia i wybieramy takich artystów, którzy będą w stanie stworzyć odpowiednią atmosferę w restauracji.
- Muzyka łagodzi usposobienie, a że jest wielu artystów, którzy chcą w ten sposób pokazać światu swoją naturę, chętnie udostępniamy im miejsce - dodaje Leszek Chamerski. - Dotychczas kila osób zgłosiło się samych, kilka ja zaprosiłem. Marzy mi się również konkurs dla muzyków amatorów. Mam nadzieję, że niebawem uda się go zorganizować.

Muzyka w restauracji rządzi się swoimi prawami



Wykonywanie muzyki "do kotleta" rządzi się swoimi prawami. Tutaj - inaczej, niż np. podczas grania na ulicy - muzyka jest tłem, a nie główną atrakcją, która ma skupić na sobie jak największą liczbę słuchaczy.

- Nie jest to typowy koncert, a raczej muzyka tła. Bardzo zależy nam na tym, aby muzyka nie odrywała gości od jedzenia, nie zakłócała im spotkania. Nie bronimy im natomiast włączenia się w ten koncert, jeśli mają na to okazję. Pozostawiamy im wolny wybór - tłumaczy Marta Sałek.
Tyle w teorii, bo w praktyce muzykowi koncertującemu ciężko przestawić się na granie dla publiczności, która może nie wejść z nim w żadną interakcję. Kiedy już jednak to zrobi, przyjemność czerpie z tego niemałą.

- Mój pierwszy raz był trudnym doświadczeniem - opowiada Tomasz, pianista. - Byłem w klasie dyplomowej w szkole muzycznej II stopnia, świeżo po wygraniu kilku ważnych konkursów. Znajomy rodziców zaproponował, żebym mu ogarnął "piano bar" podczas jakiegoś spotkania firmowego. Pieniądze oferował niemałe, więc się zgodziłem. Już od pierwszej chwili czułem jednak ogromny dyskomfort. Nie chodzi już nawet o to, że nie grałem w skupieniu, jak zwykle. Bardziej bolało mnie to, że ludzie totalnie mnie ignorują. Nie było braw, nikt nie skupił się na mojej muzyce na dłużej. To było bardzo dziwne, wręcz krępujące uczucie. Z czasem jednak uporałem się z tą traumą i dostosowałem do nowych okoliczności. Dziś regularnie grywam do kotleta w restauracji, którą prowadzi moja żona. Zupełnie za darmo, z własnej woli i dla przyjemności.

Pomiędzy street'artem a graniem do kotleta



Wielu artystów, którzy grają koncerty w restauracjach, posiada duże doświadczenie w graniu muzyki ulicznej. Jak sami podkreślają, ich specyfika jest skrajnie różna.

- Na "streecie" trzeba dać z siebie maksymalnie dużo, żeby skupić na sobie uwagę i zainteresować przechodniów na tyle, aby byli skłonni sięgnąć do portfeli. Jeśli chodzi natomiast o puby czy restauracje, to wszystko zależy od profilu miejsca - mówi Adam Kalinowski, wokalista i gitarzysta, którego często można posłuchać w trójmiejskich lokalach. - Czasem faktycznie jestem traktowany jak tło. Znacznie częściej jednak restauracje chwalą się takimi koncertami i robią z nich atut. Wówczas ci, którzy chcą uczestniczyć w takim koncercie, siadają bliżej i się bardziej angażują, a ci, których to nie interesuje, siadają w jakimś ustronnymi miejscu.
Adam Kalinowski przyznaje, że granie muzyki tła może mieć swój urok i dawać artyście sporo satysfakcji.

- Dla mnie granie w restauracjach to lżejsza praca, niż granie gdzieś indziej - mówi Kalinowski. - Mogę sobie poeksperymentować, poimprowizować, pobawić się tonacjami i dynamiką. Bardzo często mogę też liczyć na odzew od ludzi. Kiedy w ostatnią sobotę, dla przykładu, grałem w jednej z trójmiejskich restauracji, atmosfera była naprawdę cudowna - ludzie przy mojej muzyce bawili się znakomicie. Jedna para podeszła nawet do mnie po zakończeniu, kupiła płytę i pytała, gdzie będą mogli mnie jeszcze usłyszeć. Takie reakcje bardzo cieszą.

Zarobki pewne i niemałe



Artyści otrzymują wynagrodzenie od restauracji. Za jeden wieczór - 3 x 45 min. - można zarobić od 200 do 700 zł. Jeśli ktoś gra sam, to całość zgarnia dla siebie. Jeśli jest to duet bądź większa grupa, honorarium trzeba podzielić na równe części bądź zależnie od wkładu.

Oprócz honorarium wypłacanego przez restaurację można też liczyć na dodatkowe profity:

- Często się zdarza, że goście zechcą podziękować artystom dodatkowo za ich występ - kupić płytę, postawić drinka, zaprosić do stolika, wesprzeć finansowo "z własnej kieszeni". My tego oczywiście nie zabraniamy - mówi Marta Sałek.
Jak wysokość honorarium wypłacanego przez restaurację ma się do grania na ulicy? Zdaniem artystów, zarobki są porównywalne.

- Z tą różnicą, że w knajpie mam stawkę ustaloną z góry, a na "streecie" wszystko jest niepewne - trzeba wiedzieć kiedy, gdzie i co zagrać - podkreśla Adam Kalinowski.
Muzyki na żywo, oprócz wspomnianych w tekście miejsc, posłuchamy także m.in. w browarze Maverick, Olivia Star Top, Mystery Restaurant, Whiskey On The Rocks, Muszli Gdynia, restauracji Walter, Gard Taste Scandinavian, restauracji Gruba Ryba czy Aioli.
Co sądzisz o muzyce na żywo w restauracjach?
56%

bardzo mi się podoba i często właśnie to przesądza o tym, że decyduję się wejść do jakiejś restauracji

24%

lubię ją, ale nie zawsze - czasem wolał(a)bym posiedzieć w ciszy

8%

nie jestem jej entuzjastą, ale mi nie przeszkadza

12%

denerwuje mnie - wolę miejsca, które nie serwują gościom takich atrakcji

zakończona

łącznie głosów: 344