Kortez z nowym materiałem w Teatrze Szekspirowskim

28 listopada 2019, 0:20
Ewa Palińska

Od chwili debiutu w 2015 roku Kortez pokazuje, że aby się wybić i podtrzymać zainteresowanie publiczności, wcale nie trzeba być pierwszoligowym celebrytą czy skandalistą. Spokojna muzyka, niejednokrotnie podana sauté, potrafi zrobić na słuchaczach nie mniejsze wrażenie niż pełen blichtru, spektakularny show. Warunek jest jeden - to musi być naprawdę dobra muzyka. A twórczość Korteza właśnie taka jest, o czym przekonaliśmy się podczas środowego koncertu artysty w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim.



Wielu początkujących artystów uważa, że aby zostać zauważonym na rynku muzycznym, należy jakkolwiek zabłysnąć. Jedni stawiają na krzykliwy wizerunek, inni prześcigają się w skandalach, jeszcze inni uważają, że biletem wstępu do wielkiej sławy będzie romans z kimś cenionym, wpływowym bądź pierwszoligowym celebrytą. Części z nich się udaje, ale z racji tego, że z reguły niewiele mają do zaoferowania, ich gwiazda przygasa.

Koncert zapowiadaliśmy w kalendarzu imprez i cyklu Planuj tydzień - czytaj w każdy czwartek

Kortez jest ponad to. Wiedział, że ma tak "dobry towar", że owijanie go w przykuwające uwagę sreberka czy zaprzedanie duszy bulwarowym mediom nie są mu potrzebne. Już w 2015 roku, kiedy zaczynał karierę, dał jasny sygnał, że jego specjalnością jest wykonywanie nastrojowych, nostalgicznych piosenek i nie będzie swoich występów koloryzował. Tą szczerością i prostolinijnym przekazem niezwłocznie "kupił" fanów, dlatego strategii nie zmienia. Wychodzi na scenę, robi swoje, żegna się, schodzi za kulisy, wraca zagrać bis, dziękuje za wspólnie spędzony czas - w tym z reguły zawiera się cała jego interakcja z publicznością. I dokładnie tak wyglądał scenariusz środowego koncertu.

Niektórym wyraźnie nie daje to spokoju:

- Czy tym razem odezwie się dla publiczności? Ostatnio był, zaśpiewał i nic nawet nie powiedział - żalił się jeden z czytelników w komentarzu pod zapowiedzią koncertu w naszym kalendarzu imprez.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać - udzieliła mu jej fanka, która we wtorek, 26 listopada, uczestniczyła w pierwszym z trzech koncertów Korteza w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim.

- Brawo! Fantastyczny koncert! Nagłośnienie i światła to była bajka. To był wieczór niesamowitej muzyki. A jeśli ktoś chce pogadać, to niech się z kumplami spotka. Lepiej, że artysta skupia się na śpiewaniu i graniu, a nie na gadaniu o niczym. Nie po to tam przyszliśmy.
Nie sposób się z nią nie zgodzić - fani, którzy w środowy wieczór przyszli na spotkanie z Kortezem, nastawieni byli na dokładnie taką formę prezentacji, jaką proponuje artysta. Z zaciekawieniem wyczekiwali materiału premierowego, który znajdzie się na najnowszym krążku, jak i dobrze znanych piosenek. Nie brakowało osób, które pod nosem nuciły je razem z artystą.

Kortez wyszedł na scenę z 15-minutowym opóźnieniem. Biorąc pod uwagę jego artystyczną powściągliwość, to, co zaprezentował, można uznać za prawdziwe szaleństwo. Dzięki zaproszeniu do współpracy trębacza Tomka Ziętka, który wspierał również Korteza i Jacka Lachowicza na klawiszach, muzyka zyskała nową, atrakcyjną jakość brzmieniową. I choć tematyka piosenek tradycyjnie oscylowała wokół "odejdź" i "zostań", dzięki bogatszemu i bardziej wyrazistemu akompaniamentowi, przekaz płynący z piosenek wydawał się nie dołująco-depresyjny, a subtelnie nostalgiczny.

Jakie były nowe piosenki? Ich stylistyka nie różniła się od tego, do czego przyzwyczaił nas Kortez, choć wartością dodaną były solówki trąbki i bardziej dynamiczne aranżacje. Jeśli ktoś był na jego koncercie po raz pierwszy, może nawet nie byłby w stanie wskazać, które piosenki są nowe, a które ograne i osłuchane, bo program tworzył spójną całość. Artysta pokazał tym samym, że nawet jeśli eksperymentuje z brzmieniem, robi to nie na zasadzie rewolucji, a ewolucji. Zmiany zachodzą płynnie i dotykają też tego, co fani już dobrze znają, aby zatrzeć kontrast między nowym, a starym materiałem.

Kortez nie był jedynym solistą-wokalistą podczas koncertu. W jednej z piosenek ustąpił pierwszeństwa Kaśce Sochackiej, obdarzonej niesamowicie elektryzującym głosem. Słuchacze najpierw głośno pytali, kto to taki, ale już po chwili delektowali się jej śpiewem w milczeniu, nagradzając gromkimi, zasłużonymi owacjami po zakończeniu.

Publiczność Kortez ma oddaną, więc o zejściu ze sceny po ostatnim numerze nie było mowy. Wprawdzie fani musieli się nieco wysilić, bo artysta zwlekał z ponownym wejściem kilka minut (brawa nie dość, że nie cichły, to jeszcze z każdą kolejną sekundą przybierały na sile), jednak bogaty pakiet bisów w pełni tę zwłokę zrekompensował. Po ostatnim utworze, zagranym solo na klawiszach, Kortez podziękował za ciepłe przyjęcie i ukłonił się, zdejmując nawet czapkę, czym jeszcze bardziej zauroczył rozentuzjazmowanych fanów. Cały koncert, włącznie z bisami, trwał pełne dwie godziny.

Koncerty w Trójmieście


Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to fakt, że na "płycie" nie przygotowano miejsc siedzących. Uczestnicy imprezy oczywiście wiedzieli, na co się piszą - kierując się głównie ceną, wybrali miejsca stojące. Zdumiewa mnie jednak fakt, że organizator w ogóle taką opcję zaproponował (podobno ze wszystkich trzech koncertów tylko pierwszy był "siedzący").

Muzyka Korteza to nie energetyczny pop, przy którym trudno wysiedzieć na miejscu. Przeciwnie - to nastrojowe piosenki, których najlepiej słucha się na siedząco. Jeden z fanów artysty stwierdził wręcz, że dla niego optymalne warunki koncertowe to bujany fotel i szklanka z ulubionym trunkiem w ręku. Ja w pełni się z nim zgadzam! I choć tym razem nie było mi dane - jak chociażby latem ubiegłego roku podczas koncertu Korteza przy sopockim aquaparku - rozłożyć się wygodnie na leżaku, zamknąć oczy i delektować muzyką, to wieczór zaliczam do udanych. Znakomita muzyka, oprawa wizualna i dobre nagłośnienie w znacznym stopniu zrekompensowały mi opisane powyżej niedogodności.

Kortez na bis: