Krzysztof Trebunia-Tutka i Tymon Tymański, Ratrace oraz Czechoslovakia. Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

2 stycznia 2018 (artykuł sprzed 3 lat)
Jarosław Kowal

Kolejna odsłona cyklu wyjątkowo ma wspólny wątek tematyczny, a są nim tradycje. Najpierw ludowe, później nowojorskie i wreszcie lokalne, ściśle związane z Trójmiejską Sceną Alternatywną.



Krzysztof Trebunia-Tutka i Tymon Tymański - "Zbójnickie" (Agora)
Polska to kraj przeciwieństw. Prawica kontra lewica, miasto kontra wieś, Lechia kontra Arka, a w dodatku ukształtowanie geograficzne: morska granica od północy i górska od południa. Na szczęście odwrotności nie zawsze muszą się zwalczać, czego najlepszym dowodem jest materiał zatytułowany "Zbójnickie".

Chyba żadnego innego trójmiejskiego albumu nie przesłuchiwałem przed napisaniem tekstu ze zbliżoną intensywnością, choć trójmiejski jest tu w zasadzie tylko Tymon Tymański (oraz trzech towarzyszących mu muzyków), który w dodatku na łamach Gazety Magnetofonowej opisał swoją rolę słowami: "To jest głównie płyta Krzyśka, my jesteśmy jego muzycznymi pomagierami. A ja ją dodatkowo firmuję swoją twarzą ze względów komercyjnych, ale to tak naprawdę jego dziecko". Liczba odsłuchań jest natomiast bezpośrednio związana z dwiema kwestiami - moją ceprowską naturą, która nigdy nie zapałała dużym entuzjazmem do muzyki z polskich gór, a z drugiej strony z poczuciem obowiązku zrozumienia fenomenu, który zdecydowałem się opisać.

W 2017 roku nikogo nie powinno już dziwić ani łączenie muzyki góralskiej z innymi gatunkami (każdy słyszał o Zakopower albo Psio Crew), ani tym bardziej łączenie jej w wykonaniu Krzysztofa Trebuni-Tutki, który nagrywał z polskimi jazzmanami, z Wojciechem Waglewskim czy też z pochodzącymi z Jamajki Twinkle Brothers. Za sensację można by uznać współpracę z Nergalem albo Quebonafide, ale projekt z Tymańskim - który zawsze miał szerokie horyzonty muzyczne - jest do tego stopnia naturalną syntezą, że odsłuchowi "Zbójnickich" rzadko towarzyszy poczucie poznawania tworu z pogranicza dwóch światów. Odznacza się saksofonowa partia Irka Wojtczaka w "Moja miło frajerecka", odznaczają się momentami ciężkie, gitarowe "Dzisiok tak tu smutno" i "Dlo Hanicki serce", ale zazwyczaj dominuje prosta, ludowa forma. Nie jest to oczywiście zarzut, mamy w końcu do czynienia z twórczością sięgającą bardzo odległych czasów - a w dodatku zrodzoną raczej z potrzeb społecznych, nie artystycznych - i tylko z takimi intencjami dzisiejsi kontynuatorzy mogą zachować szczerość.

Szczerość jest natomiast kluczowym składnikiem w projekcie wymagającym wcielenia się w rolę i o to duet liderów (przynajmniej okładkowych) zadbał z ogromną pieczołowitością. Tymański może i sprowadza swoją rolę do "pomagiera", niemniej by stać się zbójem z krwi i kości, musiał przejść mordercze szkolenie z zakresu charakterystyki góralskich pieśni i przede wszystkim wokalu, co dodaje albumowi zakulisowego romantyzmu znanego z hollywoodzkich historii o mistrzach i uczniach (ot, takie podhalańskie "Star Wars"). Czy jednak odniósł w tym sukces? Moje laickie w tej materii ucho każe wierzyć, że tak i chociaż nie przebudził się we mnie Janosik, to wysłuchałem "Zbójnickich" bez poczucia obcowania z przaśną tradycją. Sądzę, że od strony edukacyjnej oraz propagatorskiej Krzysztof Trebunia-Tutka osiągnął największy sukces od czasu "Higher Heights", a podejrzewam, że właśnie te dwa cele są dla niego priorytetami.

Ratrace - "Harder They Fall" (Spook/Bajkonur/Hardcore Tattoo/Hidden Beauty)
To nie jest poboczny projekt muzyków Agnostic Front albo Sick of it All, choć wystarczy przesłuchać kilka sekund nowego materiału, by odczuć wyraźną inspirację nowojorskim hardcorem. W Polsce takiego grania nie było od dawna, choć mamy rzecz jasna silną reprezentację z przeszłości w postaci na przykład 1125. Muzycy Ratrace są zresztą w pełni świadomi swojego brzmienia, nie bawią się w wymyślanie nowych gatunków, a do jednego z utworów zaprosili właśnie lidera złotowskiej kapeli.

Na "Harder They Fall" z jednej strony nie ma ani krzty nowatorstwa, z drugiej w czerpaniu u źródła objawia się sprzeciw wobec komercyjnego oblicza gatunku, którego sukces przelicza się w ilości kolorowych tatuaży na ciele muzyków, a niekoniecznie w jakości utworów. Właściwie można doszukiwać się w postawie muzyków Ratrace intencji podobnych do działań Krzysztofa Trebuni-Tutki, o których napisałem wyżej. To także krzewienie tradycji i przenoszenie jej we współczesne czasy, z tą różnicą, że jest to znacznie młodsza i znacznie głośniejsza tradycja.

Album wyraźnie dzieli się na dwie nierówne części. Pierwsza to wspomniane "nowojorskie" pędzenie na złamanie karku, które aż dusi się po zamknięciu w domowych głośnikach i wyraźnie woła o wysłuchania podczas koncertu; druga to zupełnie inny język i to dosłownie, bo nagle dostajemy trzy teksty odśpiewane po polsku. Od słów istotniejsza jest jednak zmiana brzmienia, większe zróżnicowanie tempa, wyraźne zahaczanie o beatdownowe rewiry. Żadna z tych części nie jest lepsza od drugiej, są natomiast tak bardzo różne od siebie, że odbierają "Harder They Fall" spójność, wywołują wrażenie obcowania z kompilacją, a nie ze zwartym materiałem.

Ratrace brzmi archaicznie, ale to świadomy wybór, dzięki czemu mają nad nim pełną kontrolę. Prawdopodobnie nie przyciągną w ten sposób wielu nowych fanów, ale obecni nie mogli oczekiwać lepszej kontynuacji wydanego dwa lata temu "Consumption".

Czechoslovakia - "Malimy" (Bajkonur)
Często pod tekstami publikowanymi w niniejszym cyklu pojawia się narzekanie, że "kiedyś to było lepiej", a także przekonanie, że żaden z dzisiejszych zespołów nie może się równać z Apteką albo z Bielizną (przynajmniej tą z okresu "Tańca lekkich goryli"). Oczywiście każdą kolejną recenzją manifestuję niechęć do kultu przeszłości, ale mam jednocześnie wrażenie, że oto nadarzyła się okazja, by pojednać obydwie strony konfliktu, bo Czechoslovakia na drugim albumie brzmi jakby zarejestrowała go na początku lat 90., w okresie pierwszego rozkwitu Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej.

Wspólnym elementem, który ujawnia się już po pierwszej zwrotce otwierającego utworu ("Nocą") jest charakterystyczne podejście do układania słów, nadawania im wieloznaczności, poetyckości, czasami wręcz absurdalności. Przypomina to zdania stworzone niedawno przez komputerowy algorytm, za pomocą którego podjęto próbę napisania nowego rozdziału "Harry'ego Pottera". Pojawiły się tam dziwactwa typu: Dla Harry'ego Ron był głośnym, wolnym i miękkim ptaszkiem. Harry nie lubił myśleć o ptakach. Spojrzeli w drzwi, krzycząc o tym, jak były one zamknięte i prosząc o zastąpienie ich małą kulą. Hasło brzmiało "Wołowina z kobiet". Hermiona płakała. Czechoslovakia korzysta z podobnych środków - przekaz jest czytelny, łatwy do zrozumienia, a jednak często trudno znaleźć odpowiedź na szkolne pytanie "co autor miał na myśli?". Takie rozwiązanie nie pozwala szybko rozstać się z piosenkami, zachęca do wnikliwego przysłuchiwania się, a przy okazji sprawia, że mało charakterystyczne głosy Adama Piskorza i Pawła Strzelczyka nabierają siły jako nośniki ciekawych treści.

Temat tradycji, tym razem trójmiejskiej, powraca także w brzmieniu; w gitarach nieprzesterowanych lub przesterowanych w niewielkim stopniu; w świetnych, jazzujących partiach perkusyjnych (do zespołu dołączył Krzysztof Wroński, muzyk między innymi Kiev Office oraz 1926), a także w wyraźnie akcentowanym basie. O ile Ratrace przypominało koncertowe zwierzę zniewolone w studiu nagraniowym, o tyle tutaj można odnieść wrażenie, że zespół najlepiej czuje się we własnym "garażu" (w cudzysłowie, bo pojęcie "garażu" ma w muzyce nie tylko dosłowne znaczenie). Przyznam, że nie od razu przekonałem się do pomysłów z "Malimy", ale z każdym kolejnym podejściem wciągają coraz to bardziej nieobliczalnymi ekstrawagancjami i w tym tkwi ich siła.