stat

LLovage: Jesteśmy odbiciem tego, w czym upatrujemy piękno

18 października 2019, 17:00
Patryk Gochniewski
Najnowszy artukuł na ten temat

Grooveservice: Działamy w swoim tempie

"LLovage" - nowa płyta i projekt duetu Olo Walicki i Jacek Prościński to rzecz wyjątkowa. Zarówno muzycznie, jak i okołomuzycznie. Cała otoczka tego niebanalnego tworu sprawia, że chce się go słuchać na okrągło, wychwytywać wszystkie smaczki, niuanse i aromaty. Lubczyk potrafi zabić smak potrawy, ale jeśli potrafi się go umiejętnie dodać, uwydatnia jej walory. I tak jest właśnie w tym wypadku.



Patryk Gochniewski: Lubczyk to afrodyzjak. Chcieliście uwieść słuchaczy tą płytą?

Olo Walicki: Tak. I to nie pierwszy raz zabiegam o szczególną relację ze słuchaczem. Oczywiście próbuję posiąść jego duszę i zawładnąć umysłem (śmiech). A tak na serio, to pracując w teatrze, nauczyłem się, czym tak naprawdę jest dramaturgia, oraz poznałem sporo sposobów, jak ją budować, czyli tego, jak próbować sterować emocjami odbiorcy. Przełożenie teatralnego doświadczenia bezpośrednio na aranżowanie i komponowanie utworów muzycznych od pewnego czasu stało się dla mnie podstawą pracy.

Koncerty jazzowe w Trójmieście


Jacek Prościński: Oczywiście! (śmiech). Jednocześnie podczas pracy towarzyszyła nam ekscytacja porównywalna do tej, którą może zapewniać naturalny afrodyzjak. Chcieliśmy się tym podnieceniem podzielić z odbiorcami.

Lubczyk to też zioło, które jednoznacznie kojarzy się z rosołem. I to wydawnictwo takie właśnie jest. Aromatyczne, momentami lekkie, a miejscami niezwykle tłuste. Jak wam się udało we dwójkę uzyskać tak szerokie brzmienie?

OW: Rosół? Ale wegański! Myślę, że to wynika z naszego podejścia do muzyki. Czujemy się wolni stylistycznie, nie musimy konsekwentnie trzymać się ani jazzu, ani elektroniki, ani awangardy, jednocześnie mogąc z wszystkich tych wątków czerpać. Otwierając ramy stylistyczne, poszerzyliśmy sobie paletę środków wyrazu. Jacek wykręca tłuste elektroniczne basy na swoich sensorach perkusyjnych, a ja buduję polifoniczne tkanki moich neoromantycznych fascynacji (śmiech).

JP: Od początku tworzenia chcieliśmy zachować balans miedzy ziołem i rosołem. Prawda jest taka, że to skrajne zróżnicowanie było swego rodzaju fundamentem dla "LLovage". Myślę, że poza pierwotną, duetową intencją efekt tej rozpiętości uwypuklił Piotr Pawlak, który zajmował się miksem i masteringiem albumu. Do tego dochodzi studio, w którym mieliśmy okazję nagrywać utwory, czyli kultowe S4 im. Jerzego Wassowskiego w Polskim Radio w Warszawie, które brzmi samo w sobie super i daje ogrom możliwości w żonglowaniu brzmieniem.

LLovage - Pyza Step:
Ale są tu także sample.

OW: One właśnie dają możliwość przekraczania granic estetycznych, zaskakująco nas inspirują przy komponowaniu, a także tworzą z naszego duetu jakby kwintet lub sekstet. Oprócz pakietu naszych autorskich sampli, przygotowywanych specjalnie dla potrzeb utworów zawartych na płycie, mamy też bardzo ważnych gości - wspaniałą śpiewaczkę klasyczną, Kirę Boreczko-Dal oraz nieocenionego improwizatora, Mikołaja Trzaskę. Zarówno Mikołaj, jak i Kira stali się dla nas "dawcami sampli", pobraliśmy próbki ich dźwięków, energii, charyzmy i zbudowaliśmy z ich użyciem nowe utwory. Przyznaję, że to był fascynujący proces!

JP: Kultura samplowania jest bardzo bliska memu sercu przez słuchanie muzyki, w której wycięte próbki dźwiękowe stanowią kluczową rolę. Chcieliśmy poszerzyć naszą paletę barw i przełamać ten organiczny, ludzki, akustyczny pierwiastek czymś odhumanizowanym jak sampel. Jest ich całkiem sporo na płycie. Począwszy od zsamplowanych samogłosek Ola, poprzez barokowy portatyw lub sopranowe wokalizy, skończywszy na "pociętym" Mikołaju. Nie będę zdradzać pozostałych, ponieważ płyta w tej materii kryje wiele niespodzianek.

"LLovage" jest płytą nieprzewidywalną, co chwilę zaskakującą. Weźmy chociaż tę niemal hardrockową improwizację w utworze "Katorga". Tworząc krążek, chcieliście skorzystać z jak największej liczby inspiracji?

OW: Ta płyta jest totalnie eklektyczna. Tak miało być i chyba nawet nie udałoby nam się od tego uciec ze względu na stopień ekscytacji, a nawet euforii, która nam towarzyszyła podczas przygotowywania materiału. Kiedy pierwszy raz pisałem o naszym duecie, o naszym pierwszym spotkaniu, użyłem słów: "od pierwszego wejrzenia wyznaliśmy sobie LLovage". Mam wrażenie, że nasza pierwsza wspólna płyta jest rodzajem miesiąca miodowego, świętowania i konsumowania tego "LLubczyku" bez umiaru. Dlatego też na stole znalazło się tyle różnorodnych stylistycznie potraw - jak na prawdziwym weselu!

JP: Jesteśmy odbiciem tego, czego słuchamy, tego, w czym upatrujemy piękno. Ujmuje mnie zarówno minimalizm, subtelność, jak i grindcore. Im więcej jest tego zróżnicowania na płaszczyźnie fascynacji, tym bardziej chce się skorzystać z możliwości cytowania i zabawy nimi. W "LLovage" skaczemy po stylistykach, jednocześnie robimy ciągle "skuśkę" w bok, żeby uciec od identyfikacji gatunkowej.

Co opowiadacie tą muzyką - czym według was jest "LLovage"?

OW: "O czym to jest?" - to jest o miłości. Od pewnego czasu przyjąłem zasadę, żeby starać się możliwie uprościć sprawy i próbować opisywać spektakle, filmy czy płyty według wartości podstawowych, generalnych lub ostatecznych. Tak, ta płyta jest o miłości, czyli o wzajemnym poszanowaniu, uwadze, dobrych intencjach, harmonii i o symbiozie - zarówno na poziomie łączenia estetyk, sampli, jak i spotkania nas - ekspresji Jacka i mojej.

JP: Dla mnie osobiście jest wspaniałą i ekscytującą przygodą. W jednym utworze jest bieg przez pole minowe. W kolejnym natomiast dobiegamy do odrealnionej krainy, w której robimy piknik. Nie zostajemy jednak na zbyt długo, ponieważ kolejny utwór niesie ze sobą anomalie i trzeba spadać (śmiech). Trzeba na bieżąco reagować. "LLovage" jest też dla mnie totalnie inspirującym doświadczeniem. Jako że jest nas dwójka, nie mamy instrumentu stricte harmonicznego, musieliśmy zrekompensować brakujących muzyków narzędziami, którymi dysponowaliśmy w trakcie komponowania. Postrzegam "LLovage" jako niepisane wyzwanie, bardzo cenne pod kątem sposobu myślenia o kompozycji.

Powiedzcie trochę o aromatycznej niespodziance, którą kryją płytowe pudełka. Skąd pomysł i skąd ją wzięliście?

OW: Mam słabość do wydawnictw szczególnych, unikatowych. Pewnie ktoś pamięta mój wyczyn sprzed lat - welur z Paryża i blaszka ze Skierniewic - myślę o okładce płyty "Metalla Pretiosa". W przypadku okładki "LLovage" wraz moim ukochanych grafikiem Maćkiem Chodzińskim, autorem logotypu i projektu naszych odmiennych okładek do winyla i CD, zastanawialiśmy się, jak na poziomie wydawniczym odnieść się do symbiozy światów - natury i cyfrowego. Jesteśmy duetem akustyczno-elektronicznym i taka właśnie jest geneza naszej muzyki. Dlatego też zastosowaliśmy różne techniki budowania takiej organicznej tkanki. Okładka posiada tłoczenie logotypu w ekologicznej i naturalnej tekturze, a sam logotyp jest zespoleniem liści lubczyku z kryształem. Pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, żeby naszą organiczną okładkę rozszerzyć o płaszczyznę aromatu - o prawdziwy, ususzony niczym w herbarium liść lubczyku. Suszenie zacząłem jeszcze w lipcu. Sprawdziła się też moja fantazja o zastosowaniu starych suszarek do zdjęć, takich, jakie pamiętamy z dzieciństwa z ciemni fotograficznych. Dodatkowo jeden drewniany wałek i nożyczki - to już cała receptura!

Słuchając "LLovage" trudno nie odnieść wrażenia, że skonstruowaliście utwory w ten sposób, aby mieć przestrzeń do wielogatunkowej improwizacji. Płyta będzie miała premierę 27 października podczas Jazz Jantar - czego mogą spodziewać się słuchacze? Będzie inaczej?

OW: Zawsze jest inaczej na poziomie energetycznym i interpretacyjnym. Struktura kompozycji na płycie jest bardzo głęboko przemyślana. Szykowaliśmy ten materiał ponad pół roku i to bardzo sumiennie. Części aranżowane, czasem na granicy wirtuozerskich zadań, oraz melodie tematów zapewniają nam powtarzalność i zwykłą rozpoznawalność - że to materiał z tej, a nie innej płyty. Pozostawienie dużej przestrzeni na improwizację daje nam natomiast gwarancję świeżości i spontaniczności.

JP: Tak naprawdę kompozycje są tylko pretekstem do dowolnej interpretacji podczas ich grania. Są pewne stałe segmenty, jednocześnie wszystko pozostałe jest elastyczne i nikt z nas nie wie, co się wydarzy pomiędzy zaaranżowanymi momentami. Dbamy o to, żeby zarówno siebie, jak i odbiorców zaskakiwać. Nie możemy się doczekać 27 października, kiedy będziemy mogli skonfrontować nasz materiał w wersji koncertowej przed jantarową publicznością.

Cała otoczka tego wydawnictwa, sposób tworzenia i dochodzenia do ostatecznego kształtu tak bardzo was pochłonął, że postanowiliście podzielić się tym wszystkim z odbiorcami. Kiedy planujecie pokazać dokument na ten temat?

OW: Jest to sytuacja niezwykła - cała sesja nagraniowa płyty została sfilmowana na kilka kamer przez niezwykłego człowieka i filmowca, Konrada Kulczyńskiego, osobę niezwykle ważną dla całego procesu powstawania tego albumu. Czyli jest tak, że wszystko, co słyszymy na płycie, jest też w wersji filmowej. Jesteśmy już na etapie kończenia montażu całości. W filmie zobaczymy także swoiste laboratorium - miejsce powstawania naszej unikatowej produkcji okładki z lubczykiem. Daty premiery jeszcze nie chcemy ustalać ze względu na trwające rozmowy o prezentacji filmu w ramach festiwali filmowych.

Współpraca na linii Walicki-Prościński od zawsze jest bardzo owocna i jednocześnie nieoczywista. Macie już kolejne plany czy na razie chcecie się delektować wyłącznie ziołowym aromatem?

OW: Tak, jest tego więcej - jako "LLovage", wraz z autorką książki "Komeda. Osobiste życie jazzu", Magdą Grzebałkowską, zrealizowaliśmy materiał literacko-muzyczny "Gra w Komedę". Magda, jako trzecia osoba na scenie, czyta fragmenty książki, a my gramy autorsko wykręcone utwory Komedy lub własne, inspirowane jego muzyką filmową. Podczas Sopot Film Festiwal 2019 zaprezentowaliśmy ten materiał z udziałem i w interpretacji wybitnego polskiego aktora - Marcina Czarnika. Nagraliśmy również słuchowisko live "285 Pieśni Ludu Pomorskiego" z udziałem kolejnego wspaniałego aktora - Jacka Labijaka. Tekstem wykorzystanym w słuchowisku były fragmenty pracy naukowej z zakresu muzykologii i etnografii autorstwa profesora Łucjana Kamieńskiego z 1936 r. Tak naprawdę cały czas razem gramy lub nagrywamy i szykujemy wiele równoległych, nowych materiałów koncertowych. Ostatnio powołałem mocno poetycki skład pod nazwą Kotka Electra - z udziałem Oli Bilińskiej, Piotra Chęckiego i oczywiście Jacka. Jeśli chodzi o LLovage, to rozpoczynając nagrania naszej debiutanckiej płyty, wymienialiśmy się już fantazjami na temat tej drugiej, kolejnej płyty, nowej i innej niż pierwsza - najwyraźniej coś nas ciągnie do przodu!

JP: Po premierze płyty z pewnością będziemy chcieli porozkoszować się lubczykową aurą oraz dzielić się nią z odbiorcami jak tylko się da!