Lastryko, Wieloryb, Medebor, Tomasz Chyła Quintet - recenzje nowych płyt z Trójmiasta

4 października 2017 (artykuł sprzed 3 lat)
Jarosław Kowal

Hałas gitarowy, hałas elektroniczny, jeszcze większy hałas gitarowy oraz jazz ze skrzypcami na pierwszym planie - kolejne nowe albumy trójmiejskich artystów to skrajnie różne gatunki, a także zestawienie świeżej krwi z doświadczeniem.



Lastryko - "Lastryko" (Music is the Weapon)
Trójmiasto to mekka zespołów, które nie w pocie czoła, lecz z łatwością oraz naturalnością wykraczają poza gatunkowe schematy, łączą je, przetasowują w tak nieoczywiste konfiguracje, że ostatecznie słuchaczowi nie pozostaje nic innego, jak tylko określić dobiegającą z głośników muzykę najbanalniejszym z określeń - "alternatywna".

Jednym z najciekawszych nowych przypadków tego rodzaju jest grupa Lastryko, która w jednym utworze potrafi doprowadzić do rozbicia free jazzowych partii perkusyjnych o shoegaze'ową ścianę dźwięku ("Środek czarnego nieba"); w innym oczarowuje niemalże pięciominutowym gitarowym solo odegranym na "czystym" kanale, gdzie ważniejsze od popisu technicznego jest stworzenie sennej atmosfery ("Planeta burz"); a w jeszcze innym schodzi do dziewiątego kręgu eksperymentalnej muzyki, serwując sonorystyczny hałas igrający z równie wymowną ciszą ("Trieste").

Wszystkie te smaczki, a także biegłość w obsłudze instrumentów mogą wydawać się zaskakujące jak na debiutancki album, jednak po zdemaskowaniu tożsamości członków Lastryko, zdziwienie natychmiast mija. Artur Bieszke i Wojtek Lacki współpracowali już wcześniej pod szyldem Walrus Alphabet; pierwszy z nich udzielał się także w Marli Cinger oraz Black Mynah, drugi pełni funkcję basisty Ampacity. Skład uzupełnia Jacek Rezner, perkusista między innymi Wilgi oraz Kurtz - zespołów, które od dłuższego czasu nie dają znaków życia, choć kilka lat temu wyraźnie ożywiły trójmiejską scenę muzyczną. W studiu i na scenie łączą się więc trzy osobowości, lecz każda z nich pełna jest inspiracji oraz doświadczeń umożliwiających wypracowanie autorskiej wizji.

Lastryko potrafi być przebojowe, potrafi zmusić do bezwiednego podrygiwania wraz z wpadającym w ucho rytmem, ale potrafi także zahipnotyzować śmiałą wizją korzystania z instrumentów na własny, niepowtarzalny sposób. Jako zespół pełen skrajności są zaskakująco spójni, aczkolwiek słuchając debiutanckiego albumu, nie można oprzeć się wrażeniu, że prawdziwa magia pojawia się dopiero podczas koncertów.

Wieloryb - "Hardcore Disco" (Antyscena)
Historia tego projektu jest pełna zwrotów akcji i chociaż dzisiaj może uchodzić za jedną z najbardziej radykalnych alternatyw dla muzyki głównego nurtu (do tego stopnia, że nie mam pewności, czy tym tekstem pomagam, czy przeszkadzam), to lata temu Wieloryb był bliski sukcesu komercyjnego. Z początku była to grupa czteroosobowa, a jej debiutancki album z 1994 roku uchodził za przełomowy punkt w historii polskiego industrialu oraz techno. Materiał został nominowany do Fryderyka w kategorii Muzyka Taneczna, a dwa lata później - już jako duet - Wieloryb wystąpił na Festiwalu Kultury Krajów Nadbałtyckich Artgenda w Kopenhadze obok między innymi Jimiego Tenora i Pan Sonic. Przez kolejne dwadzieścia lat wiele się zmieniło i długo można by się rozpisywać na ten temat. W skrócie - Wieloryb to obecnie jedna osoba, Paweł Kmiecik, a wpływy industrialne zostały zdominowane przez rhythmic noise.

Kmiecik poświęcił się zadaniu niełatwemu, bo chociaż muzyka niezależna już dawno przestała być dzielona na "prawdziwą", tworzoną przy użyciu "żywych" instrumentów oraz odtwórczą, korzystająca z pomocy maszyny, to media, promotorzy koncertów czy nawet sami słuchacze zdecydowanie chętniej sięgają po nastrojowe, eksperymentalne brzmienia elektroniczne, upatrując w tych bardziej tanecznych znamion wyplewionej z walorów artystycznych komercji. Mimo tego "Hardcore Disco" to - jak sama nazwa wskazuje - materiał, na którym Wieloryb nie robi kroku wstecz, by komukolwiek się przypodobać. Ponownie próbuje wprawić nas w ruch przy użyciu hałasu, aczkolwiek tym razem w odsłonie przystępniejszej dla przypadkowego odbiorcy niż na wydanym w 2014 roku "Root". Melodie szybciej wpadają w ucho, bit wyraźniej przedziera się przez ścianę szumu, a gdzieś w tle pobrzmiewają wpływy tribal industrialu.

Gdybym miał wskazać komuś, kto z Wielorybem nigdy wcześniej nie miał do czynienia na tylko jedno wydawnictwo opublikowane po reaktywacji w 2009 roku, byłoby to "Hardcore Disco". Nie tylko dlatego, że jest to idealny wstęp do zgłębiania reszty twórczości Kmiecika, ale także dlatego, że umieszczono tu najciekawsze jak dotąd pomysły kompozytorskie (w tym świetny cover "Idzie wojna" Siekiery), a warto przypominać, że "muzyka z laptopa" nie tworzy się sama.

Medebor - "Dark Eternal" (Via Nocturna)
Dawno, dawno temu, gdy klub Rudy Kot był głównym ośrodkiem krzewienia metalowej kultury, zobaczyłem w witrynie czarno-białą kserówkę zapraszającą na koncert zespołu Medebor i chociaż metryka uniemożliwiała mi wejście do środka, niedługo później zdobyłem kopię kasety magnetofonowej z jedną z pierwszych demówek grupy. W tym roku Medebor świętuje swoje dwudziestolecie, z tej okazji podzielił się najnowszym, trzecim albumem długogrającym.

Przez te wszystkie lata nasłuchałem się tak dużo metalu, że początek otwierającego wydawnictwo "Forest of Deranged" z dzwonami i wiatrem w tle oraz ze złowieszczym szeptem cedzącym "groźne" słowa na pierwszym planie sprawił wrażenie przesadnie teatralnego. Te dwie i pół minuty wystarczyły, żebym nastawił się na typową dla gatunku sztampę, ale jeszcze przed końcem utworu gdańszczanie udowodnili, że są w bardzo dobrej, być może najlepszej w historii, formie. Nie ma tu wprawdzie niczego zaskakującego czy nowatorskiego, niemniej sprawne manipulowanie tempem, łączenie death metalowej agresji z doom metalową ociężałością i posmak dawnych nagrań Paradise Lost szybko wciągają w świat "Dark Eternal".

Cechą charakterystyczną tego materiału jest jego archaiczność. Słuchając na przykład "In the Eve of Gehenna" (mojego faworyta), trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z zapomnianym przebojem z okresu przełomu wieków. Zarówno brzmienie, jak i pomysł na kompozycję doskonale oddają ducha tamtych czasów, co dla jednych będzie oznaczać muzyczny skansen, a dla innych będzie świetnym przywróceniem nieco przestarzałej konwencji. Dla osób wychowanych na Tribulation czy Fleshgod Apocalypse może być to trudna w odbiorze muzyka, ale ci, którzy pamiętają lata świetności Rudego Kota będą usatysfakcjonowani.

Tomasz Chyła Quintet - "Eternal Entropy" (Polskie Radio)
Saksofon, fortepian, perkusja, nawet gitara elektryczna czy ludzki głos - każde z nich bardziej kojarzy się z jazzem od skrzypiec. Każdemu średnio obeznana ze współczesną muzyką osoba przypisze przynajmniej jedno nazwisko, ale jazzowe skrzypce? To wciąż instrument identyfikowany przede wszystkim z muzyką klasyczną, co najnowszy album kwintetu Tomasza Chyły ma szansę zmienić.

Muzyczne konkursy bywają obiektami drwin i o ile w przypadku tych telewizyjnych często są to uzasadnione kpiny, o tyle zwycięstwo w prestiżowych, ogólnopolskich zmaganiach faktycznie może odmienić losy muzyków. Tak się stało z grupą pod przewodnictwem Tomasza Chyły, która w ubiegłym roku zdobyła grand prix podczas krakowskiego Jazz Juniors. Dzięki temu wydarzeniu stało się o niej głośno, a tym samym premiera debiutanckiego wydawnictwa nie przeszła bez echa i mimo że w tym roku wyjątkowo dużo młodych projektów opublikowało znakomite albumy, "Eternal Entropy" jest jednym z najciekawszych.

Tytułowa kompozycja narzuca nerwowy rytm, na tle którego rozgrywa się zażarty dialog aż trzech instrumentów. Saksofon Piotra Chęckiego, fortepian Szymona Burnosa oraz skrzypce Chyły tak zapalczywie przenikają się, przekrzykują i wzajemnie wyciszają, że na podstawie samej muzyki nie sposób wskazać lidera. Zresztą w kolejnych utworach okazuje się, że jest to cecha szczególna tego kwintetu - nie ma tu wyraźnego podziału na lidera i towarzyszących mu instrumentalistów. Rytm wyraźnie dominuje w "Eternal Entropy", ale już w "Bi bi Synku bi" poza powracającym motywem przewodnim, otrzymujemy przede wszystkim solowe popisy, które stopniowo oddalają się ku free jazzowej "demolce", by niespodziewanie powrócić do punktu wyjścia, przy okazji zahaczając o folkowe naleciałości. Moim ulubionym utworem jest natomiast wyciszające "You Who Wronged", gdzie wpływy jazzowe są być może najsłabsze, za to ładunek emocjonalny zdaje się być najsilniejszy.

Tomasz Chyła Quintet to kolejna grupa po Quantum Trio oraz Immortal Onion, która w tym roku tchnęła nowe życie w trójmiejską muzykę jazzową. Każda z nich ma ogromne szanse, by w przyszłości kreować rzeczywistość gatunku nie tylko na skalę lokalną, lecz również ogólnopolską.