Życie polskiego jazzmana w Pekinie przerwane wirusem

10 kwietnia 2020 (artykuł sprzed 1 roku)
Patryk Gochniewski
Michał Ciesielski: Natura była od zawsze dla mnie czymś bardzo ważnym i inspirującym. Żyjąc w dużych miastach, z laptopem pod pachą i telefonem w ręce, jesteśmy tak zasypywani ilością informacji i opinii, że czasem ciężko nam odnaleźć nasze własne poglądy i pragnienia. Kontakt z naturą to dla mnie sposób na odnalezienie swojej osobistej, pierwotnej wrażliwości, a to wydaje mi się najcenniejszym, co mogę przekazać jako muzyk. Bo to jedyne, co każdy z nas ma inne, i niepowtarzalne. Więcej zdjęć (1)

Michał Ciesielski: Natura była od zawsze dla mnie czymś bardzo ważnym i inspirującym. Żyjąc w dużych miastach, z laptopem pod pachą i telefonem w ręce, jesteśmy tak zasypywani ilością informacji i opinii, że czasem ciężko nam odnaleźć nasze własne poglądy i pragnienia. Kontakt z naturą to dla mnie sposób na odnalezienie swojej osobistej, pierwotnej wrażliwości, a to wydaje mi się najcenniejszym, co mogę przekazać jako muzyk. Bo to jedyne, co każdy z nas ma inne, i niepowtarzalne.

fot. Adela Karpowicz

Michał Ciesielski: Natura była od zawsze dla mnie czymś bardzo ważnym i inspirującym. Żyjąc w dużych miastach, z laptopem pod pachą i telefonem w ręce, jesteśmy tak zasypywani ilością informacji i opinii, że czasem ciężko nam odnaleźć nasze własne poglądy i pragnienia. Kontakt z naturą to dla mnie sposób na odnalezienie swojej osobistej, pierwotnej wrażliwości, a to wydaje mi się najcenniejszym, co mogę przekazać jako muzyk. Bo to jedyne, co każdy z nas ma inne, i niepowtarzalne.

fot. Adela Karpowicz

Michał Ciesielski, związany z Gdańskiem pianista jazzowy, od dwóch lat mieszka i działa w Pekinie. Jest to jeden z tych muzyków, który bardzo rozsądnie podchodzi do rozwoju swojej kariery. Z pokorą podchodzi do tego, co oferuje mu życie, i stara się rozsądnie brnąć naprzód, bo - jak sam mówi - planowanie nie do końca ma sens.



Wydarzenia online w Trójmieście


Patryk Gochniewski: Jak trafiłeś do Pekinu?

Michał Ciesielski: Za sprawą mojej żony, Oli, która jest skrzypaczką. Dostała tam kontrakt w orkiestrze NCPA - National Centre for the Performing Arts, a że taka okazja nie zdarza się co dzień, to wyjechała. Przyznam, że ja wtedy niechętnie myślałem o wyjeździe za granicę, zwłaszcza do Chin, które raczej nie słyną ze swojej sceny jazzowej.

Poza tym miałem wówczas kilka działających projektów w Polsce, których nie chciałem zostawiać. Więc początkowo Ola wyleciała, ja zostałem, ale postanowiliśmy sobie, że kiedy pozamykam pewne sprawy tu, w Polsce, to dołączę do niej choć na jakiś czas. Poleciałem tam w maju 2018 roku z myślą, że robię to na miesiąc. Już po kilku dniach i pójściu na kilka jam sessions przekonałem się, jak bardzo byłem w błędzie - liczba znakomitych muzyków z całego świata, którzy związali swoje życie z Pekinem, przekonała mnie, że to jest miejsce, w którym warto zostać i z którego warto czerpać.

Dodatkowo po prostu miałem szczęście i po dwóch tygodniach dostałem propozycję prowadzenia klasy fortepianu jazzowego w Beijing Contemporary Music Academy. I tak jakoś się stało, że już tam zostałem, aczkolwiek nie twierdzę, że na zawsze. 
 
Zanim o muzyce, trochę o epidemii, bo jest to najgorętszy obecnie temat, a ty byłeś niemal w samym centrum początkowych wydarzeń. Wyjechałeś z Chin w jakim momencie - zaczynało się dopiero czy już było źle?
 
Szczerze mówiąc, znów miałem fart. Wyjechałem do Polski na Boże Narodzenie, więc było to jeszcze przed wybuchem epidemii. Cały styczniowy rozwój epidemii obserwowałem z Polski, w Chinach drugi semestr zajęć zaczyna się dopiero w lutym, po Chińskim Nowym Roku, więc i tak planowałem styczeń spędzić w kraju. Do Pekinu wróciłem w lutym. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Informację o przełożeniu początku semestru dostałem parę godzin po przylocie. Dwa dni później leciałem już z powrotem do Polski. 
 
Kiedy wróciłeś do Polski, na lotnisku, były jakieś zaostrzenia czy po prostu po bagaż i do taksówki?
 
Przez kontrolę, pomiar temperatury, ankiety i formularze przechodziliśmy na lotnisku w Pekinie i potem na przesiadce w Moskwie, przed opuszczeniem samolotu. Lot do Warszawy był więc de facto z Moskwy - nie było żadnych zaostrzeń, kiedy wysiedliśmy w Polsce, ale może sytuacja byłaby inna, gdyby lot był bezpośrednio z Chin.
 
Mając w świadomości, z czym mierzą się Chińczycy, miałeś obawy, że możesz być uśpionym nosicielem?
 
Oczywiście, że tak. Trudno nie mieć obaw, kiedy wokół jest to główny temat życia publicznego, ale to całkiem irracjonalne. Jak na to patrzę z perspektywy czasu, to zważając na wszelkie środki ostrożności, które w Pekinie się stosuje, to byłoby to zupełnie nieprawdopodobne. To jest kraj, gdzie chodzenie w maseczce nie jest niczym dziwnym, więc gdy pojawiło się rozporządzenie, aby chodzić w maskach, to maski na sobie mieli dosłownie wszyscy. Pomiar temperatur w każdym budynku, obowiązkowa kwarantanna. Poza tym w Pekinie w tamtym czasie było około 300 przypadków zachorowań, a mówimy o mieście liczącym oficjalnie ponad 20 mln ludzi. No i, jakby nie patrzeć, spędziłem tam raptem dwa dni i to odsypiając jet-lag w domu.


Szczęśliwie jesteś cały i zdrowy, więc możemy przejść do innych kwestii, czyli do muzyki, którą tworzysz. Jak to się dzieje, że jeszcze nie jest o tobie głośno? Przecież lubimy u nas takie historie - Polak robi karierę za granicą.

Jak to się dzieje, że jeszcze nie jest o mnie głośno? A nie jest? Jak to? (śmiech). A tak na serio - nie uważam, aby mi się to należało z powodu wyjazdu za granicę, bo to żadne osiągnięcie, po prostu trzeba się spakować i wyjechać. Poza tym w Polsce jest tylu wspaniałych artystów, zasługujących na rozgłos, ale nigdy go nieosiągających, bo po prostu takie są realia rynku. Ja nie mogę narzekać, wręcz odwrotnie. To miłe, że ludzie wolą przyjść na mój koncert, niż odpalić Netflixa - ja to bardzo doceniam, bo wiem, jak mi samemu jest nieraz trudno podjąć taką decyzję. Mam dla kogo grać, z kim grać i mogę z tego żyć zarówno w Polsce, jak i w Chinach. I to jest super!
 
Jesteś liderem formacji Confusion Project, ale też tworzysz solowo, pod własnym nazwiskiem. Jakie są różnice między tymi dwoma projektami?

Różnice są ogromne na każdym etapie pracy - pisząc muzykę, ćwicząc ją, no i występując. Będąc na scenie w pojedynkę, za sto procent tego, co na niej się wydarzy, odpowiada się samemu. To było początkowo nieco przytłaczające, musiałem do tego przywyknąć - wszystko zależy ode mnie i mogę polegać tylko na swojej wrażliwości.

Grając muzykę improwizowaną w zespole, jest zupełnie inaczej. Na scenie następuje przepływ energii, pomysłów, wrażliwości pomiędzy muzykami, to ciągłe twórcze zaskoczenie i reagowanie na siebie nawzajem. Z Piotrkiem Gierszewskim i Adamem Golickim jest to dla mnie zawsze ogromna przygoda.

Różnice zasadnicze są też w pisaniu na fortepian solo i na trio oraz w założeniach towarzyszących mi przy obu tych projektach. Co innego pragnę ludziom przekazać swoim solowym graniem, a co innego w trio. Traktuję muzykę ilustracyjnie, jako opowiadanie historii, i te historie są zupełnie inne i co innego z nich wynika, jeśli tak można powiedzieć.
 
W obu przypadkach dość mocno podkreślana jest natura. Z Confusion Project zainicjowaliście nawet bardzo fajną ekologiczną akcję.

Tak, to prawda. Natura była od zawsze dla mnie czymś bardzo ważnym i inspirującym. Nasza trzecia płyta, "Primal", opowiada o podróży przez dzikie krajobrazy i mierzeniu się w surowością natury. Moja solowa płyta, "Share Location", poświęcona istotnym dla mnie miejscom, też zawiera kilka utworów o dzikich, odludnych lokacjach. Żyjąc w dużych miastach, z laptopem pod pachą i telefonem w ręce, jesteśmy tak zasypywani ilością informacji i opinii, że czasem ciężko nam odnaleźć nasze własne poglądy i pragnienia. Kontakt z naturą to dla mnie sposób na odnalezienie swojej osobistej, pierwotnej wrażliwości, a to wydaje mi się najcenniejszym, co mogę przekazać jako muzyk. Bo to jedyne, co każdy z nas ma inne i niepowtarzalne.

Jeśli chodzi o naszą akcję "1CD1tree" - uważam, że żyjemy w czasach, które wymagają od nas zdecydowanych działań na rzecz spowolnienia zmian klimatu i odnowy zniszczonych ekosystemów. Sporo się o tym mówi w przestrzeni publicznej, ale można by robić jeszcze więcej. Więc zacząłem się zastanawiać, co jeszcze - poza jeżdżeniem komunikacją miejską i oszczędzaniem prądu - może zrobić taki gość, który na co dzień zajmuje się graniem jazzu, jak ja.

My, muzycy, zajmujemy się poniekąd z definicji czymś, co pozwala ludziom uciec od problemów rzeczywistości, jednak uważam, że mamy również możliwość wpływania na tę rzeczywistość - zarówno mając ogromny przywilej wpływania na emocje i przemyślenia naszych odbiorców, jak i w sposób zupełnie wymierny i pragmatyczny.

Dlatego pomyślałem o inicjatywie #1CD1tree, którą z entuzjazmem podchwycili moi przyjaciele z Confusion Project, Adam i Piotr. Od początku 2020 roku ktokolwiek, kto kupuje jakąkolwiek moją lub zespołu płytę, jednocześnie sadzi drzewo. Wszystko to za sprawą portalu Tree-nation.com, z którym współpracujemy. Pieniądze, które dostajemy, sprzedając nasze płyty, pomagają nam wspierać akcje reforestacji i odnowy zniszczonych przez człowieka ekosystemów.

Do tej pory, w dwa miesiące, kupione przez naszych słuchaczy płyty pozwoliły na posadzenie ponad 260 drzew, które na przestrzeni swojego życia wyłapią z atmosfery ponad 30 ton dwutlenku węgla. To dotychczasowe wymierne efekty naszej inicjatywy, ale to nie wszystko. Chcemy pokazać, że my, muzycy jazzowi, również mamy możliwość zmieniania tego świata na lepsze. Kto wie? Może któryś z naszych kolegów po fachu podłączy się do tej akcji? Albo wymyśli własną inicjatywę - w internecie roi się od organizacji charytatywnych, i choć każde takie działanie to kropla w morzu potrzeb, to wierzę, że z tych kropli może zebrać się nawet i łyżeczka. 
 
Twoja kariera rozwija się dość prężnie - współpracujesz z dużymi nazwiskami sceny jazzowej, tworzysz na jednym z najbardziej chłonnych kulturalnie rynków na świecie, jednak chyba wciąż jesteś bardziej na początku swojej drogi. Wszystko idzie zgodnie z planem czy chciałbyś, aby wszystko przyspieszyło?

To miłe, co mówisz. Chciałbym myśleć na każdym etapie swojej kariery muzycznej, że jestem wciąż na początku swej drogi. Wiesz co, nauczyłem się, że plany są generalnie przereklamowane. Z pewnością jeszcze parę lat temu nie planowałem, że będę żył i działał w Chinach, ciężko więc mi powiedzieć, czy realizuję jakiś plan, który sobie narzuciłem na swoją karierę. Mam plan dotyczący tego, co chcę swoją muzyką przekazywać, co dawać swoim słuchaczom, a także na jakie kompromisy w mojej twórczości nigdy nie iść i ten plan póki co udaje mi się wykonywać. Mam też plany na przyszłość dotyczące siebie, Confusion Project i paru innych projektów, w które się zaangażowałem zarówno w Polsce, jak i w Chinach. Czy mi się uda je wykonać? Póki co, od początku tego roku, sytuacja na świecie nas zaskakuje, więc prawdopodobnie i te plany trzeba będzie zmodyfikować. 


Traktujesz Chiny jako trampolinę dla siebie i dla swojego zespołu?

To zależy pod jakim względem. Chiny na pewno stały się dla mnie trampoliną mojego osobistego rozwoju. Czuję, że wielu rzeczy o życiu, ludziach i sobie samym się tam nauczyłem. Fajnie jest spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z dystansu, a dystans Gdańsk-Pekin jest niemały. Jako artysta też z pewnością się tam rozwinąłem - jak już wspominałem, jest tam masa muzyków z całego świata, więc miałem okazję pograć muzykę afrokubańską z muzykami z Kuby, latynoską z muzykami z Ameryki Łacińskiej, tradycyjny jazz z muzykami ze Stanów Zjednoczonych czy muzykę chińską z Chińczykami. Takie możliwości w Polsce zdarzają się znacznie rzadziej. Ale to też pozwoliło mi zauważyć moją tożsamość w muzyce i docenić to, co wyniosłem z polskiego środowiska muzycznego, z naszej słowiańskiej wrażliwości.

Nie traktuję jednak Chin jako trampoliny, czegoś, co miałbym celowo wykorzystać dla budowania pozycji swojej czy mojego zespołu. W Chinach jest to nawet trudniejsze niż w innych krajach z powodu braku Facebooka czy innych zachodnich social mediów. To, że jakaś liczba ludzi w Chinach mnie kojarzy i ceni, nie przekłada się nijak na moją popularność w zachodnim internecie. Zagraliśmy z Confusion Project w zeszłym roku miesięczną trasę po Chinach w ramach inicjatywy Jazz Po Polsku. Wiele osób pytało nas o nasz oficjalny profil na WeChacie, chińskim odpowiedniku Facebooka, którego nawet nie mieliśmy.

Gdybyś miał porównać oba rynki - nasz i chiński - gdzie jest łatwiej o rozwój?

To znów zależy pod jakim względem. Stosunek podaży do popytu jest zupełnie inny. W Chinach dużo łatwiej o rozwój swojej pozycji na rynku i wielu muzyków, którzy przede wszystkim na tym się skupiają, dość szybko trafia na rynek pop, gdzie grają jako muzycy sesyjni tamtejszych gwiazd.

Z drugiej strony w Polsce, moim zdaniem, łatwiej być zmobilizowanym do pracy nad swoimi umiejętnościami i warsztatem, właśnie przez to, że jest to rynek bardziej wymagający. Szczerze mówiąc - to, co przychodzi mi najtrudniej w Pekinie, to właśnie wymaganie od siebie takiej samej skrupulatności w pracy nad swoim warsztatem jak w Polsce.

Pracujesz obecnie nad nowym materiałem?

Tak, pracujemy z Piotrem i Adamem nad nową płytą Confusion Project, którą planujemy nagrać latem. Będzie to płyta o przyszłości, płyta z mocnym przekazem, bo o przyszłości trzeba mówić zdecydowanie, choć ze sporym namysłem. Planujemy wydać singla zapowiadającego tę płytę już niedługo, ale póki co nie chcę zdradzać szczegółów. Ponadto zostałem zaproszony do pracy nad kilkoma innymi projektami w Polsce, planuję też do końca roku przywieźć ze sobą płytę swojego projektu z Chin, chociaż wiadomo jak to jest z tymi planami.
 
W najbliższym czasie na pewno nie będziemy mieli okazji zobaczyć cię na żywo, ale powiedz, czy do tej pory łatwo było o terminy koncertów i jak publiczność reagowała na twoją - solową i zespołową - twórczość.

Myślę, że teraz trudno zobaczyć kogokolwiek na żywo na scenie w Polsce z wiadomych przyczyn. Myjmy ręce i róbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby jak najszybciej móc wrócić do teatrów, kin i na koncerty.

Czy łatwo było o terminy koncertów? No to zależy, do czego to porównujemy. Jest mi miło, że ilekroć jestem w Polsce, udaje się zorganizować kilka solowych koncertów i kilka z Confusion Project. Oczywiście, że nie ułatwia tego fakt, że te koncerty trzeba zawsze organizować w widełkach, kiedy jestem w Polsce. Adam i Piotr też mają swoje inne plany i obowiązki, dlatego miło mi, że to się zawsze jakoś udaje. W Chinach zorganizować koncert jest dużo łatwiej.

Jeśli chodzi o publiczność, jest mi niezmiernie miło, że moja muzyka spotyka się z uznaniem i entuzjazmem zarówno w Polsce, jak i w Chinach, to naprawdę dowodzi, że muzyka jest międzynarodowym językiem i potrafi dotrzeć do ludzi o zupełnie różnym zapleczu kulturalnym, o ile tylko zechcą się na nią otworzyć.
 
Michał Ciesielski, za - powiedzmy - 10 lat, gdzie siebie widzisz?

Oczywiście nadal na początku swojej drogi (śmiech).