Nightrun87, Jaskułke Sextet, Totally Together. Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

19 października 2018 (artykuł sprzed 2 lat)
Jarosław Kowal

William Malcolm tworzy ścieżkę dźwiękową do retro-gry komputerowej, Sławek Jaskułke i jego sekstet biorą na warsztat twórczość Krzysztofa Komedy w bardzo osobistym wykonaniu, a Totally Together odkrywa dziwaczny świat muzyki tworzonej w Portugalii. Oto kolejny odcinek cyklu "Recenzje nowych płyt z Trójmiasta".



Nightrun87 - "Nightwolf: Survive the Megadome" (wydanie własne)



William Malcolm wydał w tym roku już jeden album, ale ten najnowszy różni się od "The Destroyers Are Coming" chociażby tym, że jest materiałem w całości instrumentalnym, stworzonym z myślą o grze komputerowej "Nightwolf: Survive the Megadome" poznańskiego studia Cyberpho.

Siłą rzeczy bez głosu Williama muzyka Nightrun87 bardziej przypomina to, o czym większość osób myśli, gdy słyszy określenie "synthwave". Nawiązywanie do charakterystycznego brzmienia zainspirowanego syntezatorową twórczością z lat 80. jest tutaj bardzo wyraźne, ale to jednak tylko nawiązywanie, dalekie od żerowania na sentymencie, które upowszechnia dzisiaj wiele filmów i serialów. Dobrym przykładem może być utwór "I Am My Enemy" z masywnym, niemalże dyskotekowym bitem. Z jednej strony doskonale wpasowuje się w nastrój całego albumu, z drugiej, gdyby wyrwać go z tego kontekstu, nie będzie miał właściwie nic wspólnego z synthwavem. Podobnych przykładów jest na "Nightwolf: Survive the Megadome" jeszcze wiele, co bynajmniej nie znaczy, że William odcina się od stylistyki, z jaką najczęściej jest kojarzony, a raczej próbuje znaleźć dla niej ciąg dalszy, bo przecież nawet w coś, co jest tak mocno związane z jedną, konkretną epoką można tchnąć nowe życie.

Gra, do której powstała ta ścieżka dźwiękowa należy do nieformalnego gatunku znanego jako "vehicular combat", czyli opancerzone, uzbrojone samochody ganiające się po niezbyt przestronnej planszy i wystrzeliwujące w kierunku przeciwników niezliczone pociski, bomby, promienie laserów i tak dalej. W czasach pierwszego Playstation wiele tego typu produkcji okazywało się hitami (między innymi "Twisted Metal", "Rogue Trip" czy "Vigilante 8"), ale w późniejszych latach popularność pojedynków na czterech kołach gwałtownie zmalała. "Nightwolf: Survive the Megadome" raczej tego nie zmieni, zapewniam natomiast, że ta prosta rozrywka nabiera zupełnie innego wymiaru, kiedy towarzyszy jej tak dobrze skomponowana i wyprodukowana elektroniczna muzyka. A jeżeli na gry czasu nie macie, to Nightrun87 równie dobrze sprawdzi się w waszych samochodach, o ile nie są uzbrojone w laserowe działka.

Zobacz także: William Malcolm - Może warto sięgnąć do Chyloni z lat 80., nie tylko do Miami



Jaskułke Sextet - "Komeda Recomposed" (Warner Music Poland)



Ponad pięćdziesiąt lat temu Krzysztof Komeda nagrał album "Astigmatic", który okazał się przełomowy nie tylko dla jazzu polskiego, ale również dla jazzu europejskiego, wciąż szukającego własnej tożsamości pozwalającej na wyzwolenie się od przekonania wielu amerykańskich muzyków, że na Starym Kontynencie zaledwie kopiuje się ich naturalny styl. Dzisiaj niczego już udowadniać nie trzeba, a jednak Sławek Jaskułke dowiódł, że to nowe brzmienie stworzone wspólnymi siłami przez Komedę i towarzyszących mu muzyków (między innymi młodziutkich Tomasza Stańkę i Zbigniewa Namysłowskiego) wciąż może ewoluować.

Przy nagrywaniu "Komeda Recomposed" Jaskułke postanowił wykorzystać metody pracy, jakimi przy rejestrowaniu "Astigmatic" posługiwał się Komeda, czyli przede wszystkim wspólne spotkanie muzyków i rejestrowanie całości w czasie rzeczywistym, zamiast dogrywania kolejnych ścieżek poszczególnych instrumentów. Nagrywanie "na setkę" nie jest niczym nowym, nie jest też zarezerwowane wyłącznie dla jazzu, a w dodatku sprawdza się tylko wówczas, gdy pomiędzy muzykami istnieje tajemnicza nić porozumienia. Jaskułke Sextet nie jest natomiast zespołem grywającym regularnie, więc należało tę więź najpierw stworzyć.

Jazzowe koncerty w najbliższym czasie w Trójmieście


Piotr Chęcki, Michał Ciesielski, Emil Miszk, Roman Ślefarski i Piotr Kułakowski to tak sprawni i - mimo młodego wieku - doświadczeni muzycy, że "zgranie się" przyszło im z wielką łatwością, a na "Komeda Recomposed" brzmią, jakby znali siebie i swoje umiejętności na wylot. Do pewnego stopnia tak zresztą jest, bo każdy z nich związany jest z trójmiejską sceną jazzową i mieli okazję wielokrotnie współpracować przy innych projektach.

Twórczość Komedy przetworzona przez kompozycje Sławka Jaskułke i udźwiękowiona przez cały sekstet jest de facto od początku do końca autorska, a w natłoku coraz liczniejszych wydawnictw nieustannie przybierającego na popularności free jazzu przypomina, że można grać łagodniej, skromniej, z miejscem dla ciszy, a jednocześnie równie imponująco.

Zobacz także: Powstaje Trójmiejska Encyklopedia Muzyczna. "Mamy najciekawszą muzykę w Polsce"



Totally Together - "Take-Off" (wydanie własne)



Roman Wróblewski jest obecny na trójmiejskiej scenie muzycznej od lat, choć zawsze nieco na drugim planie - jako muzyk nieodżałowanej Enchantii i Dub Whale, ale także jako twórca solowy. W ostatnich latach obecny był w dodatku na odległość, bo Trójmiasto zamienił na Portugalię, gdzie powstawał materiał na "Take-Off" i chociaż stereotyp kazałby doszukiwać się czegoś słonecznego i radosnego, dostaliśmy... coś bardzo dziwnego.

"Dziwny" zazwyczaj odczytuję jako "inny", "oryginalny", "fascynujący", ale w przypadku Totally Together długo musiałem osłuchiwać się z albumem, żeby odkryć przed samym sobą, czy faktycznie jest w tej muzyce coś na tyle interesującego, aby poświęcić jej więcej czasu. Największą zaletą "Take-Off" jest brak ujednoliconego podejścia do kompozycji - jedne skłaniają się bardziej ku szeroko zakrojonym eksperymentom, inne mają wyraźnie zarysowane melodie, w jednych dominuje elektronika, w innych wpływy muzyki klasycznej, a wszystko to spina klamra specyficznego, nieco archaicznego brzmienia.


Największą wadą "Take-Off" jest natomiast wokal i słowa, które za jego pośrednictwem wybrzmiewają. Nie najlepszy akcent i nie najlepsze teksty nieco odrzucają, ale na szczęście zdecydowana większość utworów jest w stu procentach instrumentalna. Być może nieco lepiej sprawdziłby się ten krążek, gdyby nie czerpał z aż tak wielu źródeł, ale jako kompilacja pomysłów zbieranych przez dwa lata wypada całkiem nieźle. Bez szeroko otwartych głów na muzykę wymykającą się szufladkowaniu lepiej jednak do Totally Together nie podchodzić.