Autostopem przez apokalipsę. Recenzja filmu "Greenland"

25 września 2020, 13:00
Tomasz Zacharczuk
Greenland - zwiastun:

Podczas gdy fragmenty gigantycznej komety bombardują solidnie pokiereszowaną już Ziemię, pewna amerykańska rodzina za wszelką cenę stara się przetrwać i uciec przed nieuchronnym kataklizmem. W filmowe schematy ucieka natomiast Ric Roman Waugh, który stworzył przedziwną hybrydę tendencyjnego kina drogi, wypłaszczonego emocjonalnie dramatu rodzinnego i niemrawego kina katastroficznego. Finalnie mamy więc kilka filmów w jednym, choć żaden z nich nie posiada wystarczających argumentów, by "Greenland" mógł konkurować z tytułami z podobnej półki.



Amerykańska kinematografia fundowała obolałej Ziemi apokaliptyczną zagładę w różnorodnych wariantach i rozmiarach, co ambitniejszym filmowcom wyraźnie zawęża już pole manewru, a może wręcz przeciwnie - podsuwa niepowtarzalną szansę na to, by w kreatywny i oryginalny sposób podjąć niemałe przecież wyzwanie. Reżyserujący "Greenland" Ric Roman Waugh, nawet jeśli początkowo kierował się wzniosłymi ideami, to dość szybko swoją produkcję sprowadził do poziomu przeciętnego kina katastroficznego, w którym równie wybrakowane co fabuła są efekty specjalne. A to już na starcie dyskwalifikuje "Greenland" w rywalizacji z takimi klasykami gatunku, jak "Pojutrze", "2012" czy choćby "Dzień niepodległości".

John Garrity (Gerard Butler) wydaje się być człowiekiem sukcesu. Spełnia się zawodowo jako konstruktor olbrzymich wieżowców, posiada okazały dom z ogrodem, rezolutnego syna i zjawiskową żonę (Morena Baccarin). Pełnia szczęścia jest jednak tylko iluzoryczna, bowiem małżeństwo od pewnego czasu przeżywa kryzys wywołany niewiernością mężczyzny. John nieporadnie próbuje odzyskać więc zaufanie ukochanej, ale moralna rehabilitacja wymaga czasu, którego akurat nie tylko głównemu bohaterowi zaczyna dramatycznie brakować.

Sprawdź gdzie grają film Greenland

Na horyzoncie pojawia się bowiem Clarke - gigantyczna kometa, której fragmenty zaczynają bombardować nie tylko amerykańskie miasta. Sytuacja staje się krytyczna, ale najgorsze ma dopiero nadejść. Jeden z odłamków Clarke'a jest na tyle duży, że po uderzeniu w Ziemię może zmieść z powierzchni planety całą ludzkość i wszystko, co ją otacza. Rozpoczyna się więc - używając uwielbianego przez producentów i dystrybutorów terminu - wyścig z czasem. John wraz z rodziną zaklasyfikowani zostają do wąskiego grona wybrańców, których rządowe samoloty mają przetransportować do tajnych, podziemnych schronów. Najpierw jednak trzeba dotrzeć na lotnisko i przy okazji uniknąć konfrontacji z tymi, których urzędnicza selekcja spisała na straty.

Cykl "Filmowe Trójmiasto" - wszystko o lokalnym kinie



Wątek nieco rozstrojonej emocjonalnie rodziny, która w obliczu zagłady musi na nowo i pod presją czasu posklejać naderwane więzi, posiada z pewnością solidny potencjał, by filmową katastrofę pokazać w innym niż dotychczas świetle. Bardziej jako tło kameralnego dramatu, w którym najważniejsza jest rodzina i jej utorowana fragmentami komety droga do zjednoczenia. Tym bardziej że całe aktorskie trio ekranowej familii Garrity prezentuje się co najmniej nieźle, a Gerard Butler nareszcie przestaje być wybawicielem świata, stając się zwyczajnym ojcem i mężem ukierunkowanym tylko na ocalenie najbliższych. Ric Roman Waugh nie potrafi się jednak zdecydować, czy bardziej interesuje go historia Johna, Allison i Nathana, czy pompatyczna opowieść o zagładzie świata.

Konwencja "pre-apokaliptycznego" dramatu okazuje się więc niewypałem, bo w natłoku akcji i podniebnych fajerwerków reżyser ma po prostu zbyt mało czasu, by ten wewnątrzrodzinny proces pojednania pokazać w wiarygodny sposób. Bez ckliwych i nadętych deklaracji obojga małżonków, równie heroicznych, co czasami bezsensownych wybryków i nieznośnie przewidywalnego toku zdarzeń. Równie tendencyjnie zarysowane są postaci na dalszym planie - rabusie okradający markety i apteki, zdesperowani "straceńcy", którzy chcą dostać się na pokład samolotów, czy zwykli ludzie, których serdecznością i zawiścią twórcy filmu żonglują wyrywkowo bez większego uzasadnienia.

"Greenland" nie sprawdza się również jako kino katastroficzne. Zaskakującym poniekąd problemem jest kiepska jakość efektów specjalnych, które przypominają raczej marne wizualizacje rodem z gier wideo i to tych z niższej półki. Śmiercionośna kometa raz po raz dewastuje miasta, miasteczka i całe metropolie, ale zazwyczaj widzimy tylko martwe plansze pokazujące efekt końcowy tych zniszczeń. O dziwo najsprawniej prezentuje się początkowy fragment filmu, w którym paradoksalnie efektów nie ma w ogóle, ale rosnące napięcie i tempo towarzyszące ucieczce głównych bohaterów dostarczają wypieków na twarzy, jakie serwowały nam w przeszłości wielkie superprodukcje traktujące o globalnych kataklizmach. Finalnie jednak "Greenland" to kino katastroficzne nakręcone od niechcenia i "po kosztach".

Sprawne tempo opowieści, ekranowa charyzma Butlera czy mnogość zwrotów akcji (które z logiką nie mają co prawda wiele wspólnego i nieraz wypadają wręcz komicznie) pozwalają jednak momentami przymknąć oko na niedoskonałości "Greenland", dzięki czemu film Waugha, bądź co bądź, w pewnym stopniu spełnia kryteria niezobowiązującej rozrywki. Wiele niedopracowanych elementów można nawet twórcom wybaczyć. Wybaczyć nie można za to irytującej pracy kamery, która po prostu zniekształca większość ujęć, także przez notoryczne stosowanie nadmiaru monotonnych filtrów. Podczas sceny bójki na samochodowej przyczepie dostrzegamy jedynie sylwetki kilku mężczyzn i fakt, że w ruch poszedł młotek. Całość wygląda tak, jakby operator z włączonym sprzętem odganiał od siebie rój pszczół. Rozedrgana kamera miała dodać realizmu. Wydaje się jednak, że patent polegał przede wszystkim na ukryciu niedopracowanych scen akcji.

Sporo jest oczywiście w "Greenland" scen z rozhisteryzowanym i spanikowanym tłumem, który bezskutecznie próbuje oszukać przeznaczenie zwane Clarkiem. Spośród całej masy postaci wyróżnia się jedna grana przez Scotta Glenna - staruszek, który z miną malkontenta wyraźnie ma dość całego zamieszania, a na wykrzykiwane mu w twarz hasło "zagłada" beztrosko wzrusza ramionami, mając w głębokim poważaniu ekranowy kataklizm. Podobną reakcję wzbudza film Rica Romana Waugha. To kolejna, co najwyżej średnio udana imitacja kina katastroficznego, która po seansie nie będzie nam zbyt długo zaprzątać głowy. Zapewne tylko do momentu, w którym po wyjściu z kina nie spojrzymy w niebo i nie upewnimy się, że wszystko wygląda znajomo.

OCENA: 5/10