stat

Melodia ulotna. Recenzja filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza"

18 października 2019, 13:00
Tomasz Zacharczuk
Zwiastun filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza":

Maciej Pieprzyca bez fałszu odgrywa każdy skomplikowany akord z tragicznej historii niewidomego pianisty. "Ikarowi" być może brakuje nieco nieokrzesanej brawury charakterystycznej dla jazzowych improwizacji Mietka Kosza, ale to wciąż zgrabna filmowa kompozycja okraszona kapitalną rolą Dawida Ogrodnika. Słodko-gorzka opowieść o artyście pogrążonym w mroku, również tym egzystencjalnym. "Ikar. Legenda Mietka Kosza" już w kinach.



Najnowsze dzieło twórcy "Chce się żyć" czy "Jestem mordercą" w katalogu muzycznych biografii plasuje się gdzieś pomiędzy przebojowym "Ray'em" a kameralnym "Sugar Manem". Z pierwszym z tych tytułów "Ikara" łączą jednoznaczne skojarzenia - obie produkcje traktują przecież o eksplozji nadzwyczajnego talentu niewidomego pianisty, dla którego fortepianowa klawiatura była bodaj jedynym skutecznym medium służącym do kontaktów z otoczeniem.

Jednocześnie Maciej Pieprzyca odkrywa Mietka Kosza z niemal taką samą estymą i pietyzmem, jak w swoim słynnym dokumencie uczynił to Malik Bendjelloul z postacią Sixto Rodrigueza. I w "Sugar Manie", tak jak i w "Ikarze", jesteśmy świadkami narodzin legendy, o której istnieniu prawdopodobnie nie mieliśmy nawet pojęcia.

I nie jesteśmy w tej niewiedzy osamotnieni, bo nawet twórcy filmu otwarcie przyznawali, że z Mietkiem Koszem i jego nieszablonową muzyką nie mieli wcześniej styczności. Poza oczywiście Leszkiem Możdżerem, który kompozycje kolegi po fachu przearanżował na potrzeby filmu z niebywałą starannością i wirtuozerią.

Repertuar kin w Trójmieście


Niewidomego geniusza fortepianu kojarzyli więc głównie najbardziej wytrawni znawcy polskiego jazzu, choć zapewne i oni musieli się mocno nagimnastykować, by odświeżyć w pamięci sylwetkę urodzonego na Lubelszczyźnie artysty. Błyskawiczny i tragiczny zarazem finał jego kariery nie pozwolił Koszowi na to, by wzbić się jeszcze wyżej i pozostać dłużej na nieosiągalnym dla wielu pułapie. Stąd też ulotna o nim pamięć.

Maciej Pieprzyca musiał więc filmową biografię pozszywać z fragmentów opowieści dawnych kompanów Kosza, zasłyszanych anegdot, ledwie kilku archiwalnych nagrań i z jeszcze skromniejszej liczby wywiadów z udziałem samego artysty. A nie było to łatwe, bo nawet okoliczności śmierci pianisty do tej pory owiane są tajemnicą. Dotychczasowy dorobek reżysera, obejmujący również obszar kina dokumentalnego, swobodnie pozwolił jednak na opowiedzenie fascynującej historii, która absorbuje uwagę od pierwszego do ostatniego kadru. Od przełomowego występu na Jazz Jamboree, przez podbój paryskich klubów, po etap bezskutecznej walki z alkoholowym nałogiem.

Wysokie loty "Ikara" to w głównej mierze zasługa doskonałej nawigacji Pieprzycy, który świetnie potrafi utrzymać dynamiczne i zróżnicowane tempo opowieści. Podczas retrospekcji sięgających trudnego dzieciństwa Mietka i jego pobytu w placówce dla ociemniałych dzieci w Laskach reżyser stroni od ckliwości i przesadnego melodramatyzmu. Młodzieńczy okres muzycznych fascynacji opatrzony jest z kolei rozbrajającym humorem i narracyjną swobodą. Nawet w końcowym, mrocznym etapie filmu egzystencjalna pustka głównego bohatera choć bije po oczach, nie przysłania całkowicie obrazu. Tu jednak zdecydowanego, emocjonalnego podbicia wyraźnie brakuje, czego konsekwencją jest nieco urwany i mało sugestywny epilog.

Prawdopodobnie to jednak nakręcone z rozmachem i operatorską energią sekwencje muzyczne pozostaną w głowach widzów najdłużej. Koncertowe popisy ekranowego Mietka Kosza uchwycone przez Witolda Płóciennika wbijają w fotel, a ręce mimowolnie składają się do oklasków. Różnorodne kąty ujęć i ich mnogość w połączeniu z subtelnym ruchem kamery sprawiają, że możemy z każdej możliwej perspektywy podziwiać pochłoniętego w artystycznej ekstazie jazzmana. Dodatkowego klimatu dostarcza znakomita scenografia, dzięki której możemy w pełni chłonąć klimat zadymionych jazzowych knajpek, peerelowskich barów i zatęchłych kawalerek.

W każdym z tych wnętrz stoi instrument, przy którym aktorskich cudów dokonuje Dawid Ogrodnik. Nie chodzi już nawet o fakt zewnętrznego podobieństwa do Mietka Kosza, specyficznego sposobu poruszania się czy mówienia. Laureat tegorocznej nagrody za pierwszoplanową rolę męską podczas 44. FPFF fenomenalnie poradził sobie nie tylko z fizycznym wyzwaniem, jaką jest rola niewidomego mężczyzny, ale brawurowo wręcz wcielił się w chorobliwie ambitnego muzyka. Ogrodnik bez pomocy dublerów i komputerowych trików odegrał arcytrudne partie fortepianowe, których osobiście uczył aktora Leszek Możdżer. Efekt jest oszałamiający, a stopień zaangażowania w rolę rzadko obserwowany w kinie. Nie tylko polskim, ale i światowym.

Ogrodnikowi, co równie istotne, udało się idealnie odzwierciedlić pełen kontrastów dualizm postaci. Mietek Kosz brylował w towarzystwie, szastał żartami, podrywał kobiety, wyśmiewał nawet własne kalectwo i za wszelką cenę starał się być samodzielny. Gdy po zagranym koncercie koledzy prędko uciekali do żon lub przyjaciół, na scenę wchodził drugi Mietek. Osamotniony, zagubiony, niepewny, zbyt ufny i naiwny, a wkrótce również rozdrażniony, rozżalony i pochłonięty narastającym nałogiem. Schowanemu za czarnymi okularami aktorowi wszystkie te sprzeczności udaje się zaakcentować na ekranie bez żadnych oporów. I jest to wręcz porażające doświadczenie z perspektywy widza.

Odtwórca głównej roli miał to szczęście, że Pieprzyca otoczył go równie znakomitymi aktorami na dalszym planie. Właściwie każda postać pomaga odsłaniać kolejny skrawek skomplikowanej osobowości Kosza. Rewelacyjna jest Justyna Wasilewska, znakomicie wypada Piotr Adamczyk, klasą samą w sobie pozostaje Jowita Budnik czy nawet epizodycznie grający Jacek Koman. Odkryciem można śmiało określić Cypriana Grabowskiego (młody Mietek Kosz), który wykazał się niesamowitą wrażliwością i skupieniem. A było to niezbędne, by w pełni sprawny chłopiec mógł wcielić się w rolę tracącego wzrok rówieśnika (Mietek Kosz przestał widzieć w wieku 12 lat). Zabawny epizod zalicza nawet sam Możdżer.

Pieprzyca wielokrotnie podkreślał, że bardziej niż Mietek-pianista interesował go Mietek-człowiek i chyba te proporcje udało się odpowiednio wyważyć na ekranie. "Ikar" jest nie tylko porządnie nakręconym muzycznym filmem, lecz także przejmującą opowieścią o tym, że zraniona dusza potrafi bardziej nas ograniczać niż niesprawne ciało. A na to Mietek Kosz nie miał już sprawdzonej metody. Improwizować z dobrym skutkiem potrafił tylko przy fortepianie. A robił to w tak magiczny sposób, że nawet popkulturowe "Yesterday" Beatlesów brzmiało w jego wykonaniu jak małe dzieło sztuki.

OCENA: 8/10