Wrzesień bez festiwalu filmowego. Jak było w poprzednich latach?

14 września 2020, 15:00
Tomasz Zacharczuk
artykuł historyczny

Bez czerwonego dywanu, popularnej "ścianki" i gwiazd kina. We wrześniu w Gdyni tym razem nie poczujemy klimatu wielkiego filmowego święta. Z powodu pandemii koronawirusa 45. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych przeniesiono na grudzień. Tegoroczna edycja na pewno więc będzie różnić się od poprzednich. A co działo się w ostatnich pięciu latach? Wspominamy zwycięzców i przegranych, przywołujemy największe niespodzianki, dramaty i skandale.



Imprezy filmowe w Trójmieście


W normalnych okolicznościach dokładnie 14 września powinien ruszyć 45. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, lecz 2020 rok dobitnie uświadomił nas, że nawet krótkoterminowe plany trzeba na bieżąco modyfikować. Zareagować musieli także organizatorzy gdyńskiej imprezy. Najpierw tegoroczną edycję przeniesiono na przyszły rok, później - pod naciskiem filmowego środowiska - zdecydowano jednak o listopadowym terminie, a ostatecznie festiwal w nieco ograniczonej formule zaplanowano w dniach 8-12 grudnia.

Decyzja Komitetu Organizacyjnego spowodowała, że po raz pierwszy od ośmiu lat największe święto rodzimej kinematografii nie odbędzie się we wrześniu, a więc w miesiącu, który dotąd dla tysięcy miłośników polskiego kina oznaczał obowiązkową wizytę w Gdyni. W 2012 roku 37. w kolejności festiwal zorganizowany został w maju, tuż przed piłkarskim Euro. Rok później zapoczątkowano już wrześniową tradycję filmowych spotkań w Gdyni. Po części zostaje ona podtrzymana, bo w miejsce FPFF "wskoczył" w tym roku 17. Festiwal Millennium Docs Against Gravity, notabene przeniesiony z maja. To jednak impreza sprofilowana pod nieco innego widza i o zupełnie innym zasięgu.

Czy grudniowa data 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych nie wystudzi trochę gorącego klimatu, który niemal zawsze towarzyszył gdyńskiemu festiwalowi? Trudno przewidzieć. W oczekiwaniu na odpowiedź warto więc prześledzić, jakie emocje i wydarzenia wpłynęły na kształt imprezy w ostatnich pięciu latach.

2015: debiut GCF, triumf Szumowskiej i gala w cieniu żałoby



Ceremonie otwarcia i zamknięcia 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni (pod tą nazwą impreza funkcjonowała od 2014 r.) charakteryzowały skrajnie odmienne nastroje towarzyszące uczestnikom obu wydarzeń. Uroczysta inauguracja była okazją do świętowania nie tylko okrągłego jubileuszu samego festiwalu, ale również 10-lecia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Podczas gali przyznano Diamentowe Lwy - laur, którym nagrodzono najlepsze filmy oraz twórców w 40-letniej historii imprezy. Decyzją publiczności wyróżniono w ten sposób "Noce i dnie" Jerzego Antczaka, a także aktorów: Jadwigę Barańską i Janusza Gajosa.

Zupełnie inaczej przebiegała już gala zamknięcia festiwalu. Zabrakło choćby oficjalnego przejścia czerwonym dywanem, a cała ceremonia była wyraźnie stonowana. Środowisko filmowe w ten sposób zamanifestowało swoją żałobę po tragicznej śmierci Marcina Wrony. Ciało reżysera, który w Gdyni o Złote Lwy walczył z filmem "Demon", znaleziono w sobotę rano w hotelowym pokoju. Po raz pierwszy w historii organizatorzy gdyńskiej imprezy musieli zmierzyć się z tak dużą tragedią, jaka rozegrała się na samym finiszu festiwalu.

Ze Złotymi Lwami Gdynię opuściła największa faworytka. Małgorzatę Szumowską słusznie uhonorowano za "Body/Ciało". Srebrne Lwy trafiły do Janusza Majewskiego za film "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy", zaś nagrodę specjalną jury zgarnął Jerzy Skolimowski za "11 minut". Na festiwalu zadebiutowała też nowa kategoria konkursowa - Inne Spojrzenie. Historycznego, bo pierwszego Złota Pazura dostał Mariusz Grzegorzek, reżyser "Śpiewającego obrusika".

"Body/Ciało" zdobywa Złote Lwy



Otwarcie Gdyńskiego Centrum Filmowego - 2015 rok:
40. edycja wydarzenia była wyjątkowa również dla samej Gdyni. To właśnie 13 września 2015 roku oficjalnie otwarto Gdyńskie Centrum Filmowe, a sam festiwal zyskał tym samym nową przestrzeń mogącą pomieścić w trzech nowoczesnych salach ponad 360 widzów. Dziś trudno sobie wyobrazić gdyńską imprezę bez logistycznego centrum, w którym organizowane są nie tylko pokazy, lecz także konferencje filmowe i spotkania z twórcami. Pięć lat temu festiwal zaczął rozrastać się nie tylko za sprawą coraz większej liczby filmów nominowanych w Konkursie Głównym (wówczas było ich 18). Rozwój filmowej Gdyni było już widać gołym okiem.

40. FFG w pigułce: Złote Lwy - "Body/Ciało", Srebrne Lwy - "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy", najlepsza reżyseria - Magnus van Horn ("Intruz"), najlepsi aktorzy - Agnieszka Grochowska ("Obce niebo") oraz Krzysztof Stroiński ("Anatomia zła") i Janusz Gajos ("Body/Ciało"), nagroda publiczności - "Moje córki krowy"

2016: debiutanci w ofensywie, niewidzialny Smarzowski



Kolejny rok przyniósł znacznie większe emocje w Konkursie Głównym. W szranki o Złote Lwy stanęli obok siebie Maciej Pieprzyca z "Jestem mordercą", Tomasz Wasilewski, który zaprezentował w Gdyni "Zjednoczone stany miłości" czy Wojciech Smarzowski z "Wołyniem". Całą trójkę pogodził jednak debiutant - jeden z aż siedmiu podczas 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni - Jan P. Matuszyński. Jego "Ostatnia rodzina" rozbiła bank, a film nagrodzono w niemal wszystkich najważniejszych kategoriach.

Z niedosytem Gdynię opuszczał Wojciech Smarzowski. "Wołyń" nagrodzono co prawda trzema statuetkami, ale nagrody za najlepszą charakteryzację, zdjęcia czy debiut aktorski Michaliny Łabacz były drobnymi laurami pocieszenia. Zapewne większą rekompensatą dla reżysera był fakt, że to właśnie "Wołyń" był najbardziej obleganym przez widzów filmem. Zresztą festiwalowa frekwencja pokazała podczas festiwalu, że polskie kino jest wyraźnie na fali wznoszącej.

Złote Lwy dla "Ostatniej rodziny"



Z dużym powodzeniem na tej fali surfowali początkujący reżyserzy. Poza Matuszyńskim pozytywnie wypadły debiuty pochodzącego z Trójmiasta Wojciecha Kasperskiego ("Na granicy") czy Łukasza Grzegorzka ("Kamper"). Starszą gwardię w Gdyni reprezentował choćby Jan Jakub Kolski. Jego "Las, 4 rano" był pierwszym filmem nakręconym przez reżysera po tragicznej śmierci córki.

W Konkursie Głównym rywalizowało 16 tytułów, choć w opinii ówczesnego ministra kultury, Piotra Glińskiego, zabrakło jeszcze jednej produkcji. Zamieszanie wokół "Historii Roja" nie sprawiło jednak, że film zyskał uznanie w oczach dyrektora artystycznego 41. FFG. Michał Oleszczyk rok później swoich wyborów nie musiał już argumentować, bo przestał pełnić funkcję. Brak dyrektora artystycznego środowisko filmowe przyjęło raczej sceptycznie, a kumulacja niezadowolenia przypadła na 2019 rok. O tym jednak za niedługo.

41. FFG w pigułce: Złote Lwy - "Ostatnia rodzina", Srebrne Lwy - "Jestem mordercą", najlepsza reżyseria - Tomasz Wasilewski ("Zjednoczone stany miłości"), najlepsi aktorzy - Aleksandra Konieczna i Andrzej Seweryn (oboje "Ostatnia rodzina"), nagroda publiczności - "Ostatnia rodzina"


2017: siła kobiet, bezsilność faworyta i całkiem głośna "Cicha noc"



Po sześciu latach festiwal wrócił do pierwotnej nazwy, a do Gdyni wrócili reżyserzy z pokaźnym już dorobkiem filmowym. Najnowsze produkcje Agnieszki Holland, Juliusza Machulskiego czy Roberta Glińskiego niespecjalnie jednak cieszyły się uznaniem zarówno widzów, jak i krytyków. Mniej krytycznym okiem spojrzało natomiast festiwalowe jury, przyznając Holland nagrodę za najlepszą reżyserię.

Pierwsze skrzypce znów jednak grali debiutanci, a było ich w 2017 roku jeszcze więcej niż podczas poprzedniej edycji (dokładnie ośmioro, a więc połowa stawki). Zaskakującym, choć całkowicie zasłużonym zwycięzcą okazał się Piotr Domalewski. Aktor znany z desek Teatru Wybrzeże zaczarował widownię i jury "Cichą nocą". Wielki faworyt w postaci "Najlepszego" wcale w Gdyni nie okazał się najlepszym. Łukasz Palkowski nie powtórzył sukcesu "Bogów", a równie rozczarowany mógł się czuć Jakub Gierszał. Trzy znakomite kreacje ("Najlepszy", "Pomiędzy słowami" i "Zgoda") nie dały upragnionej statuetki dla najlepszego aktora. Sprzed nosa zgarnął mu ją Dawid Ogrodnik brylujący w "Cichej nocy".

"Cicha noc" zwycięża w Gdyni



Emocji podczas gali zamknięcia nie brakowało, ale równie wyjątkowa była także ceremonia inauguracji festiwalu. Gdyńską imprezę po raz pierwszy otworzył animowany film - "Twój Vincent" Doroty Kobieli. Film, który rozpoczynał, jak się okazało, podróż do Los Angeles, gdzie bezskutecznie powalczył kilka miesięcy później o Oscara. Dorota Kobiela i wspomniana wcześniej Agnieszka Holland nie były jedynymi reżyserkami w Konkursie Głównym. Do rywalizacji o Złote Lwy zakwalifikowało się aż siedem filmów, których twórcami były kobiety. Tak liczna kobieca reprezentacja była precedensem w historii gdyńskiego festiwalu.

42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych był także okazją do uhonorowania zmarłego kilka miesięcy wcześniej Andrzeja Wajdy. Na placu Grunwaldzkim oficjalnie otwarto trakt nazwany na cześć słynnego reżysera. Wydarzeń na placu było zresztą znacznie więcej niż w poprzednich edycjach. Pojawiło się choćby darmowe kino plenerowe, które w kolejnych latach stało się już festiwalową tradycją.

42. FPFF w pigułce: Złote Lwy - "Cicha noc", Srebrne Lwy - "Ptaki śpiewają w Kigali", najlepsza reżyseria - Agnieszka Holland ("Pokot"), najlepsi aktorzy - Jowita Budnik i Eliane Umuhire ("Ptaki śpiewają w Kigali") oraz Dawid Ogrodnik ("Cicha noc"), nagroda publiczności - "Najlepszy"

2018: oblężenie "Kleru", znikający Złoty Klakier i triumf Pawlikowskiego



Nikt tak nie podgrzewa emocji w polskim kinie jak Wojciech Smarzowski, ale temperatura towarzysząca premierze "Kleru" przebijała niejedną skalę. Premierowe seanse filmu w Gdyni przeżywały prawdziwe oblężenie, co nierzadko było powodem awantur, bo na salę wchodziło więcej osób niż było dostępnych miejsc. Dodatkową promocję "Kleru" zapewniło nieświadomie też Radio Gdańsk, które w kontrowersyjnych okolicznościach zrezygnowało z przyznania statuetki Złotego Klakiera dla najdłużej oklaskiwanego filmu w Teatrze Muzycznym. Nagrodę miał bowiem zgarnąć Wojciech Smarzowski.

Zamieszanie ze Złotym Klakierem



Reżysera konsekwentnie również pomijano w kategoriach konkursowych. Nagroda specjalna jury była niczym przyznanie pamiątkowego medalu dla biegacza, który na metę przybiegł jako czwarty. Zresztą spora część wyborów jury była mocno dyskusyjna. O ile statuetki dla Adriana Panka ("Wilkołak"), Aleksandry Koniecznej i Olgierda Łukaszewicza ("Jak pies z kotem") czy Agnieszki Smoczyńskiej ("Fuga") były zasłużone, o tyle mocno wątpliwe były końcowe werdykty w takich kategoriach, jak np. najlepszy scenariusz ("Ułaskawienie" kosztem "Fugi") czy najlepsze zdjęcia ("Fuga" kosztem "Zimnej wojny").

"Zimna wojna" ze Złotymi Lwami



Bezdyskusyjny był jednak najważniejszy wybór - Złote Lwy musiały wręcz powędrować w ręce Pawła Pawlikowskiego za "Zimną wojnę", która kilka miesięcy później stoczyła zacięty, choć przegrany, bój z "Romą" o Oscara za najlepszy nieanglojęzyczny film. Inny werdykt byłby olbrzymim nieporozumieniem. A za takowe można z kolei uznać filmy, których w Gdyni w Konkursie Głównym nie wypadało nawet pokazywać, jak choćby "Dziura w głowie". Nieprzypadkowo więc pojawiały się kolejne głosy za ograniczeniem liczby konkursowych tytułów.

43. FPFF w pigułce: Złote Lwy - "Zimna wojna", Srebrne Lwy - "Kamerdyner", najlepsza reżyseria - Adrian Panek ("Wilkołak"), najlepsi aktorzy - Grażyna Błęcka-Kolska ("Ułaskawienie") i Adam Woronowicz ("Kamerdyner"), nagroda publiczności - "Kler"


2019: afera "Solid Gold", Helios zamiast Multikina i mały Hollywood w Gdyni



Od samego początku zapowiadało się na to, że czeka nas burzliwa edycja, ale tak ogromnego chaosu nie był w stanie przewidzieć chyba nawet największy malkontent. A zaczęło się jeszcze kilka miesięcy przed startem festiwalu. Zamieszanie dotyczyło "Mowy ptaków" Xawerego Żuławskiego. Film wskazany do Konkursu Głównego przez Zespół Selekcyjny został pominięty przez Komitet Organizacyjny (zupełnie inne ciało), a to doprowadziło do protestu środowiska filmowego. Po kilku regulaminowych przepychankach komitet ostatecznie dopuścił do festiwalu "Mowę ptaków" i trzy inne filmy, które początkowo również odrzucono (ostatecznie oprócz filmu Żuławskiego pokazano jeszcze dwa pozostałe, trzeciego nie udało się skończyć przed startem festiwalu).

Gdy wydawało się, że konkursowy kryzys został zażegnany, wybuchł kolejny, znacznie większy. I to już na samym festiwalu. "Solid Gold" Jacka Bromskiego najpierw został wycofany z konkursu przez producenta, Akson Studio (i to dzień przed premierą). Później w specjalnym oświadczeniu reżyser tłumaczył, że nie wyraził zgody na przemontowanie filmu. W piątek wieczorem jednak niespodziewanie "Solid Gold" wrócił do konkursu. Ogromne zamieszanie spowodowało, że wiele osób nie zdążyło już zobaczyć filmu i ... niewiele straciło.

"Solid Gold" wraca do konkursu



Wrzawa towarzysząca znikającemu i pojawiającemu się tytułowi "nie była warta zachodu". Film okazał się mocno przeciętny. Plusem całej sytuacji były dyskusje i debaty nad kształtem kolejnych edycji festiwalu i zasad selekcji filmów. W konsekwencji mamy powrót funkcji dyrektora artystycznego. Tę rolę będzie pełnił w tym roku Tomasz Kolankiewicz.

Ubiegłorocznej edycji towarzyszyło jeszcze jedno zamieszanie, choć niewynikające już z decyzji organizatorów. Wyburzanie budynku, w którym przez lata funkcjonowało Multikino, spowodowało, że festiwal stracił nagle jedną z najważniejszych swoich aren. Teatr Muzyczny i Gdyńskie Centrum Filmowe nie były w stanie pomieścić dziesiątek tysięcy widzów. Trzeba było więc skorzystać z sal kina Helios w Centrum Riviera.

I choć samo kino wypełniło swoje zadanie bez zarzutu, to festiwalowe granie w otoczeniu butików, fast foodów i drogerii kompletnie straciło swój klimat, a filmowe centrum wokół GCF zaczęło pustoszeć. I to nie tylko ze względu na wyjątkowo kiepską pogodę podczas 44. FPFF. Widzowie byli po prostu zbyt rozproszeni po różnych częściach Gdyni. Niektóre miejsca projekcji - jak Teatr Miejski - niekoniecznie natomiast nadawały się do obsługi tak dużej liczby widzów.

Wielu z nich w roli zwycięzcy widziało "Boże Ciało", lecz konkursowe jury postawiło na "Obywatela Jonesa" Agnieszki Holland. W pozostałych kategoriach raczej obyło się bez niespodzianek, a najważniejsze nagrody trafiły dokładnie w te ręce, które na odbiór statuetek zasługiwały. Widoczna aż nadto była jednak dysproporcja pomiędzy grupą liderów ("Obywatel Jones", "Ikar. Legenda Mietka Kosza", "Boże Ciało", "Ukryta gra", "Pan T.", "Supernova") a goniącym ich peletonem, w którego ogonie snuły się tak nieudane projekty, jak "Interior" czy "Czarny mercedes".

"Obywatel Jones" zwycięzcą 44. FPFF



44. edycja festiwalu zapachniała przez chwilę również hollywoodzkim blichtrem. Ogromne zainteresowanie wzbudziła wizyta w Gdyni Billa Pullmana, gwiazdy "Ukrytej gry". Sympatyczny amerykański aktor nie zamierzał kryć entuzjazmu z powodu przylotu do Polski i zdaje się, że czerpał sporo radości z festiwalowej oprawy. Czego nie można powiedzieć o polskich aktorach, których w Gdyni można już spotkać bardzo rzadko poza oficjalnymi konferencjami.

44. FPFF w pigułce: Złote Lwy - "Obywatel Jones", Srebrne Lwy - "Ikar. Legenda Mietka Kosza", najlepsza reżyseria - Jan Komasa ("Boże Ciało"), najlepsi aktorzy - Magdalena Boczarska ("Piłsudski") i Dawid Ogrodnik ("Ikar"), nagroda publiczności - "Boże Ciało"