Karetka do każdego wezwania

11 stycznia 2002 (artykuł sprzed 19 lat)
Niebezpieczne wezwania

Z Dorotą Dygaszewicz, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku rozmawia Olga Krzyżyńska

- Jaki teren obsługują karetki Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku?

Gdańsk bez dzielnicy Żabianka, a granicą naszego działania są ulice Piastowska i Spacerowa.

- O ile wzrosła liczba wyjazdów karetek w Gdańsku po zarządzeniu ministra zdrowia nakazującym pogotowiu obsługiwać każde wezwanie?

Ilość wyjazdów wzrosła o 30 procent. Te 30 procent to przeważnie wezwania do zwykłych zachorowań. Patrząc na statystykę zbiorczą, którą wykonujemy codziennie, widać nawet dokładnie datę, w której pan minister przemawiał. - Średnio to o 50 wyjazdów karetek więcej na dobę niż wcześniej.

- Czy tylko ilość wezwań się zmieniła?

Nie, również co niepokojące, jakość tych wezwań. Pacjenci w tej chwili nie chcą nam odpowiadać na proste pytania, co się stało, dlaczego wzywają karetkę? Podają adres i mówią, że im się należy. I to nas niepokoi bo ciągle się obawiamy, że może czeka ciężko chory człowiek, który potrzebuje pomocy natychmiast. Rodzina chorego sądząc, że natychmiast przyjedziemy, jest w ogromnym błędzie. Chory może na nas czekać nawet dwie godziny.

- Dlaczego?

Ponieważ w tej chwili wysyłamy te karetki "z kolejki", oczywiście karetki ogólne, bo ciągle staram się, żeby karetki reanimacyjne, ratunkowe stacjonowały w pięciu punktach miasta tak jak stacjonują do tej pory i żeby tam oczekiwały na wezwania do zagrożenia życia. Tych karetek staramy się nie ruszać. Ale przy tak ogromnym wzroście wezwań, w którymś momencie dyspozytor może się zdecydować na użycie również takiej karetki. Jeśli w tym czasie będzie wypadek drogowy i będzie ktoś leżał na ulicy - nie będzie tam kogo wysłać. To niebezpieczne.

- Kto wobec tego powinien za te wezwania do zwykłych zachorowań zapłacić? Kogo obciążać kosztami?

Minister wykreślił zapis, który mówił o tym, że możemy od pacjenta pobierać opłaty za takie wezwania. W związku z tym następnym w kolejce płatnikiem za wezwania jest lekarz rejonowy. A szczerze mówiąc pierwszym, bo i w starym i w nowym systemie ktoś kto wziął pieniądze za całodobową opiekę czyli lekarz rejonowy, powinien ją sprawować. Nie jest możliwe, żeby pani w jednym sklepie zapłaciła za chleb, a w drugim go odebrała. Tu jest tak samo. - Jeżeli gdzieś się zapłaciło za te usługi, to trzeba tam tych usług szukać i od tego lekarza trzeba tych usług wymagać. A przekładanie tych usług na izby przyjęć, na pogotowie ratunkowe jest nieuczciwością i wprowadzaniem pacjenta w błąd. My chcemy pojechać do każdego pacjenta, który nas potrzebuje. Natomiast jeżeli ten pacjent potrzebuje porady telefonicznej, jeżeli potrzebuje wizyty lekarza domowego, to ten lekarz powinien się tam znaleźć.

- Ale najczęście tak się nie dzieje...

Tak. Często jeździmy do zwykłych zachorowań i w tej chwili, już na piśmie, zbieramy oświadczenia pacjentów, że lekarza rejonowego nie mogli wezwać do domu. Pisze, że prosił lekarza, dzwonił do niego, a lekarz odmówił wizyty: bo nie ma samochodu, bo wizyty się skończyły, bo pracuje po południu... Pretekstów jest mnóstwo. Na podstawie tych oświadczeń obciążymy lekarza rejonowego. Ktoś musi czuć się odpowiedzialny - jeżeli podpisał jakąś umowę, wziął za to pieniądze. Są przychodnie, w których pacjenci proszą o pomoc lekarza rodzinnego, a on nie przychodzi przez dzień, dwa, albo próbuje ich zapisać na wizytę za tydzień. Tego nie powinno pilnować pogotowie, ale kasa chorych. Podpisała umowy, ma możliwość kontroli i weryfikacji.

- I robi to?

Oni mówią, że dopiero wtedy będą interweniować, jak pacjent się poskarży. To za późno. Bo czasem pacjent się nie poskarży, bo już nie żyje.