Ludzie Trójmiasta: Karina Kończewska - jeden dzień zmienił jej całe życie

23 lutego 2019 (artykuł sprzed 2 lat)
Anna Moczydłowska
Karina Kończewska, bohaterka cyklu "Ludzie Trójmiasta". Dziś jest szczęśliwą i spełnioną kobietą, pokonała raka, została mamą. Kiedyś walczyła o życie, przeszła śmierć kliniczną i nie wierzyła, że los się jeszcze do niej uśmiechnie. Więcej zdjęć (10)

Karina Kończewska, bohaterka cyklu "Ludzie Trójmiasta". Dziś jest szczęśliwą i spełnioną kobietą, pokonała raka, została mamą. Kiedyś walczyła o życie, przeszła śmierć kliniczną i nie wierzyła, że los się jeszcze do niej uśmiechnie.

fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Karina Kończewska, bohaterka cyklu "Ludzie Trójmiasta". Dziś jest szczęśliwą i spełnioną kobietą, pokonała raka, została mamą. Kiedyś walczyła o życie, przeszła śmierć kliniczną i nie wierzyła, że los się jeszcze do niej uśmiechnie.

fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Jej historię można podzielić na dwie części. Kiedyś: widmo amputacji nogi, operacje przeprowadzane bez znieczulenia, w końcu śmierć kliniczna. Dzisiaj: życie kobiety emanującej siłą, szczęśliwej matki. Karinę Kończewską, kolejną bohaterkę w cyklu "Ludzie Trójmiasta" i jej opowieść trudno zaszufladkować. Ale może właśnie dlatego, że jest tak brutalna i niezwykła jednocześnie. Ostatnio pisaliśmy o Aleksandrze Mosiołek z Centrum Praw Kobiet.



Karina pamięta, że jej życie zmienił jeden dzień. Konkretniej - jedno uderzenie piłką. Na mecz z drużyną z sąsiedniego miasta cieszyła się i denerwowała równocześnie. To miała być ważna w jej koszykarskiej karierze gra. Miała wówczas 13 lat i sportową karierę przed sobą. Błogą euforię przerwała piłka od koszykówki, która w trakcie meczu z całym impetem trafiła w jej nogę. Karina upadła, a przeszywający ból sprawił, że natychmiast została zniesiona z boiska.
Do lekarza trafiła po kilku tygodniach. W gabinecie doktor delikatnie obracał nogę, a Karina jęczała z bólu.

"Wypadki się zdarzają", myślała i już planowała powrót na boisko. Wówczas, to niezaspokojone ambicje i głód gry zdawały się być najpoważniejszymi wśród problemów. Ale ból nie mijał. Aktywna i kochająca dotąd sport dziewczynka, z dnia na dzień zaczęła błagać rodziców o zwolnienia z zajęć WF-u.

Do lekarza trafiła po kilku tygodniach. W gabinecie doktor delikatnie obracał nogę, a Karina jęczała z bólu. Tego samego dnia siedziała już z pilnym skierowaniem w kolejce do ortopedy. Kiedy ten zlecił prześwietlenie i odczytał wyniki, zbladł. W nodze nastolatki wykryto gigantycznego guza. Kość zaledwie 13-letniej pacjentki okazała się przegniła i w każdej chwili mogła się złamać.

- Lekarze mówią, że każdy z nas ma w sobie raka. Mój był uśpiony, aż do feralnego dnia meczu koszykówki. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko - mówi cicho Karina Kończewska.
Następnego dnia trafiła na stół operacyjny jednego ze szpitali w południowej Polsce, gdzie wówczas mieszkała. Po wybudzeniu, pomimo przyjmowania leków, ból był koszmarny. Po długich godzinach gehenny, rodzice Kariny zlecili badanie krwi, które szybko wykazało, że ich dziecko nie otrzymywało dożylnie żadnych środków przeciwbólowych. Realia ponurych lat 90. sprawiły, że pielęgniarka wykorzystując okazję, wykradała leki. W organizmie Kariny krążyła wyłącznie sól fizjologiczna.

Chcesz się podzielić z nami swoją historią? A może znasz kogoś, o kim powinniśmy napisać? Czekamy na maile: ludzietrojmiasta@trojmiasto.pl

Krew, pot i smród


Miała 13 lat i najgroźniejszego raka kości, jaki istnieje. Zmaga się z nim jedynie 3 proc. chorych na świecie. O tym co było dalej, opowiada w silnych emocjach, woli oszczędzić szczegółów.
Maluchy wyciągały ręce do rodziców Kariny. Wołały "mamo", "tato". Serce pękało, gdy jeden po drugim odchodziły w samotności.

Wspomnienia z tamtego oddziału to krew, pot i smród. Dzieci leżały we własnych odchodach oraz wymiotach, bez sił, by wstać i bez pomocy ze strony personelu. Nikt ich nie mył, nikt nie zmieniał pościeli. Salowe przychodziły w maskach, nie mogąc znieść fetoru rozchodzącego się w powietrzu. Maluchy wyciągały ręce do rodziców Kariny. Wołały "mamo", "tato". Serce pękało, gdy jeden po drugim odchodziły w samotności.

- Powiem tyle, że weterynarze szczepiący psy z pewnością mają więcej empatii, niż dziecięcy onkolodzy w tamtych czasach. Do dziś nie rozumiem, dlaczego ja i inne dzieci, byliśmy tak traktowani. Błagałam rodziców, by nie zostawiali mnie na oddziale. Przysięgałam, że już będę grzeczna. Dopiero będąc rodzicem wiem, co musieli czuć w tamtym momencie - Karina cofa się we wspomnieniach do tamtego czasu.
O latach niewyobrażalnego cierpienia opowiada rzeczowo, ale choć stara się zachować spokój, widać emocje malujące się na jej twarzy.

W tamtym okresie, Karina nie walczyła już o nogę, a o życie.
Wszystko działo się błyskawicznie, ale myli się ten, kto pomyśli, że szybkie tempo działało na korzyść Kariny. Pacjentka trafiła do lekarza, który zobowiązał się podjąć przeprowadzenia operacji ratującej życie. Warunek: odstawienie chemii. Gdy rodzice przekazali wiadomość medykom z dotychczasowego szpitala, ci postawili werdykt jednomyślnie. Dwa miesiące życia. Tyle dawali wyniszczonemu organizmowi nastolatki po nagłym odstawieniu leczenia.

Dziewczyna, której nie powstrzyma nic, nawet choroba


Pierwsza taka operacja


To miała być pierwsza taka operacja w Polsce niefinansowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Rodzina Kariny dostała kilka tygodni, by zebrać pieniądze. Udało się dzięki pomocy babci z Niemiec. Endoproteza, która miała zostać wszczepiona Karinie, była robiona na wymiar. By lekarze nie musieli operować co roku, gdy urośnie, zdecydowano o podaniu hormonu wzrostu. W ciągu trzech dni urosły jej wtedy wszystkie zęby mądrości... po to, by po trzech tygodniach wypaść. Potem, w ich miejsce pojawiły się kolejne.
By lekarze nie musieli operować co roku, gdy urośnie, zdecydowano o podaniu hormonu wzrostu. (...) na skutek podawanej chemioterapii, wypadły jej włosy. (...) Organizm oszalał, jednak ekscytacja nadchodzącą operacją, wynagradzała wszystko.

Niemal z dnia na dzień obserwowała, jak piżamy pasujące jednego dnia, zdają się kurczyć i kolejnego są już za krótkie. W ciągu trzech miesięcy przygotowań do operacji Karina urosła trzydzieści centymetrów. W międzyczasie, na skutek podawanej chemioterapii, wypadły jej włosy. Wyleciały wszystkie wraz z brwiami i rzęsami. Organizm oszalał, jednak ekscytacja nadchodzącą operacją, wynagradzała wszystko.

Operacja trwała siedem i pół godziny. Ukłucie niewielkiej szpilki udowodniło lekarzom i Karinie, że przebiegła pomyślnie. Zwołano media, by pochwalić się sukcesem w całej Polsce. Ordynator, chcąc opowiedzieć o zabiegu, z dumą chwycił nogę Kariny i delikatnie przekręcił. I wtedy zaczęło się piekło. W udzie poluzował się cement mocujący kość, a jego maleńkie fragmenty momentalnie wbiły się w mięśnie.

- Ból? Nie do opisania. Ale od potwornego bólu, gorsza była tylko świadomość, jak bardzo zdeformowane jest moje ciało. Noga w ogóle nie przypominała kończyny - wyznaje Karina.
Potem zaczęła się ponowna gehenna. Rany otwierały się same. Wymagały zabiegu, ale organizm był zbyt słaby, by przyjąć narkozę. Operacje odbywały się więc na "żywca", bez znieczulenia, w sali pełnej pacjentów. Karina pamięta dokładnie, jak lekarz zapytał "dasz radę?", a chwile później już skalpel przecinał jej nogę. Potem było czyszczenie rany i ponownie jej zaszywanie. Czuła wszystko. Po łóżku lała się krew, a pozostali chorzy płakali razem z nią. Wtedy poznała siłę swojego organizmu. Nauczyła się panować nad bólem.

Ale panować, to nie znaczy żyć z nim na co dzień. A ten nie odstępował jej na krok. Nie mogła spać, z ran lała się ropa. Kiedy do ich domu przychodziła pielęgniarka, podawała cierpiącej Karinie pół fiolki leku przeciwbólowego. Gdy wychodziła, zdesperowana dziewczyna sama wstrzykiwała sobie pozostałą część. Raz pod nieobecność rodziców, przedawkowała. Przeżyła wtedy śmierć kliniczną.

Walkę z rakiem potraktowała jak przygodę


Gdy stan jej zdrowia się poprawia, z Piotrem zaczynają myśleć o adopcji. W tym czasie przystępują też do realizacji swojego marzenia o przeprowadzce nad polskie morze. W trakcie pakowania walizek na teście ciążowym pokazują się dwie kreski. A jednak cuda się zdarzają. Dziewięć miesięcy później na świat w Gdańsku przychodzi ich ukochana Laurka. Więcej zdjęć (10)

Gdy stan jej zdrowia się poprawia, z Piotrem zaczynają myśleć o adopcji. W tym czasie przystępują też do realizacji swojego marzenia o przeprowadzce nad polskie morze. W trakcie pakowania walizek na teście ciążowym pokazują się dwie kreski. A jednak cuda się zdarzają. Dziewięć miesięcy później na świat w Gdańsku przychodzi ich ukochana Laurka.

fot. Anna Żupańska

Gdy stan jej zdrowia się poprawia, z Piotrem zaczynają myśleć o adopcji. W tym czasie przystępują też do realizacji swojego marzenia o przeprowadzce nad polskie morze. W trakcie pakowania walizek na teście ciążowym pokazują się dwie kreski. A jednak cuda się zdarzają. Dziewięć miesięcy później na świat w Gdańsku przychodzi ich ukochana Laurka.

fot. Anna Żupańska

Dlaczego nie powiedzieliście mi, że babcia nie żyje?


- Nie widziałam białego tunelu, o którym wszyscy mówią. Zobaczyłam tylko biały cień postaci. Czułam się wspaniale i bezpiecznie, chciałam do niej podejść. Nagle znikąd pojawiła się moja babcia, była bardzo smutna. Kazała mi spojrzeć na dół. Zobaczyłam moich zrozpaczonych rodziców, a na sali obok lekarza, pochylającego się nade mną. Zwróciłam uwagę, że jedno z narzędzi spadło mu na podłogę, a on podniósł je i mimo wszystko kontynuował. Nagle zrozumiałam, że muszę wrócić - snuje wspomnienie Karina.
Obudziła się w szpitalu i zapytała lekarza, dlaczego zamiast odkazić, użył narzędzia, które wylądowało na podłodze. Nigdy nie wierzył w Boga. Tamtego dnia zaczął.

Rodziców ze łzami w oczach zapytała, dlaczego nie powiedzieli, że babcia nie żyje. Przez chwilę próbowali protestować, ale szybko przestali. Okazało się, że babcia zmarła dwa lata wcześniej. Chorej Karinie nie chcieli przysparzać dodatkowego cierpienia.

- W amoku bólu chciałam wierzyć, gdy mówili, że babcia dzwoniła, jak spałam, że jest zbyt zapracowana, by przyjechać. Spotkałam ją tego dnia w ubraniu, które miała na sobie w dniu pogrzebu. To spotkanie bardzo pomogło mi w walce, która wciąż jeszcze była przede mną - mówi dziś.
W najgorszych koszmarach nie mogła przewidzieć tego, że obudzi się wówczas w czasie własnej operacji.
Walka o kolejną operację to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu rodziny Kariny. Endoprotezę trzeba było zakupić z własnych środków. W ciągu trzech miesięcy, które mieli na uzbieranie kwoty, jej rodzice oszczędzali każdy grosz i błagali o pomoc obcych ludzi. Rodzina oszczędzała na czym się dało: ogrzewaniu, ubraniach, jedzeniu. Bywało, że jedli jedynie ziemniaki, bo na chleb nie starczało pieniędzy.

Kiedy w końcu, po długich tygodniach wyrzeczeń, cel został osiągnięty, Karinę położono na stół operacyjny. W najgorszych koszmarach nie mogła przewidzieć tego, że obudzi się wówczas w czasie własnej operacji.

- Krzyczałam w myślach, aby przestali, ale nie mogłam się ani odezwać, ani ruszyć. Walczyłam, by ktoś zauważył, że nie śpię. Z całych sił, ale bezskutecznie, próbowałam otworzyć oczy. Ku przerażeniu anestezjologa w końcu spod mojej powieki wypłynęła łza. Dopiero końska dawka narkozy sprawiła, że odpłynęłam - opowiada.
Po operacji, wbrew wcześniejszym zapowiedziom lekarzy, wciąż nie mogła zginać kolana. Po miesiącu noga znów zaczęła ropieć. Tamten czas wspomina jako operację goniącą operację. Dni zlewały się w tygodnie, tygodnie w miesiące. W końcu, po latach walki o życie i zdrowie, rodzina Kariny postanowiła zasięgnąć rady u niemieckich lekarzy. Szybko wyszło na jaw, że endoproteza nogi jest poluzowana, a w organizmie osłabionej nastolatki spustoszenie sieje gronkowiec złocisty.

Kiedy znowu kładła się na stoły operacyjne w Polsce, Karina nigdy nie wiedziała czy obudzi się z nogą, czy już bez niej. Cały czas namawiano ją na amputację - rzekomo pewniejszą i bezpieczniejszą. Raz była już nawet umówiona na zabieg. Z nie do końca znanych nawet sobie samej powodów, zrezygnowała. I dobrze, bo w końcu - kilkadziesiąt operacji po diagnozie, która zmieniła jej życie - trafiła do lekarzy, którzy uratowali jej nogę.

- Kiedy w końcu lekarze ze Szczecina wszczepili mi czystą endoprotezę, gronkowiec zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W końcu mogłam zgiąć nogę. W końcu mogłam chodzić.

Marynarz z pięknym uśmiechem


Lata, które mijają, nie są pozbawione komplikacji zdrowotnych. Karina jest dorosłą kobietą po nieudanym małżeństwie zakończonym rozwodem. Nie wie, co chce robić w życiu, a jej stan zdrowia nie jest najlepszy. Cierpi na tym również psychika.

- Tkwiłam w domu i w tym czasie od niechcenia rzuciłam okiem na portale społecznościowe. Pamiętam ten dzień - opowiada z uśmiechem. - U wspólnego znajomego zobaczyłam zdjęcie mężczyzny. Nieziemsko przystojnego, w mundurze, z pięknym uśmiechem. Chwila zawahania i zaprosiłam go do znajomych.
Uroczy nieznajomy jednak, nie ma w najbliższych planach przyjęcia zaproszenia. Czyni to dopiero po dwóch miesiącach, kiedy Karina nie pamięta już o sprawie. Nawiązują rozmowę, a po niej wiele innych. Szybko okazuje się, że Piotr jest marynarzem, a zamiast romantycznych spotkań czekają ich miesiące rozłąki. Nie dają rady spotkać się przed wypłynięciem, ale nieustannie pozostają w kontakcie. Tak upływają im trzy miesiące. Jeszcze w czasie tego rejsu, Karina informuje go o swojej chorobie. Piotr nie odzywa się wtedy trzy dni, a ona przeżywa katusze. Okazuje się, że akurat cała załoga nie ma zasięgu.

- Do momentu powrotu Piotr nie znał całej prawdy. Nie widział, że jestem aż tak oszpecona i niepełnosprawna. Wstydziłam się. Podświadomie obawiałam, że będzie, jak w przypadku innych mężczyzn - kiedy zobaczy moją nogę, ucieknie - wyznaje Karina.
Pragną dzieci, ale Karina nie ma nadziei. Lekarze już w jej poprzednim związku wykluczyli ciążę ze względu na podawaną w przeszłości chemię i przebyte 34 operacje.

Dla niego jednak, wygląd jej nogi nie ma znaczenia. Kiedy w końcu wraca, już po dwóch dniach mieszkają razem. Po kilku latach biorą ślub. Pragną dzieci, ale Karina nie ma nadziei. Lekarze już w jej poprzednim związku wykluczyli ciążę ze względu na podawaną w przeszłości chemię i przebyte 34 operacje. Słyszy, że wszystko w jej wnętrzu jest jak popalone.

Gdy stan jej zdrowia się poprawia, z Piotrem zaczynają myśleć o adopcji. W tym czasie przystępują też do realizacji swojego marzenia o przeprowadzce nad polskie morze. W trakcie pakowania walizek na teście ciążowym pokazują się dwie kreski. A jednak cuda się zdarzają. Dziewięć miesięcy później na świat w Gdańsku przychodzi ich ukochana Laurka.

53 dni


W dniu naszej rozmowy Piotr pływa gdzieś w okolicach Peru. Właśnie mija 70. dzień jego nieobecności w domu.

- Jeszcze 53 dni do powrotu - bez wahania informuje Karina. - Wytrzymam. Choroba sprawiła, że stałam się silna. Dzięki temu co przeszłam, mam teraz swoją rodzinę. Co z tego, że zawsze wszystko psuje się w momencie, gdy Piotr zamyka drzwi? Popłaczę wtedy w poduszkę, ale rano wstaję i dziękuję za to, co mam. A dzień jego powrotu to zawsze dla nas wielkie święto.
Raz okazało się, że statek, na którym pływał zazwyczaj jej mąż, zatonął. Zginął wtedy jego bliski przyjaciel i wiele innych osób. Piotra bardzo to dotknęło. Sam też kilkukrotnie otrzymywał lukratywne propozycje rejsów w kierunki niebezpieczne, gdzie pływają piraci. Jednak odkąd w ich życiu pojawiło się dziecko, o takim ryzyku nie ma mowy.

- Pewnie byłabym spokojniejsza, mając Piotra na lądzie, przy sobie - przyznaje Karina. - Ale mój mąż jest bardzo ambitny i kocha swoją pracę. Pływa od 11 lat. Nigdy nie chciałabym mu tego odbierać.
Karina skrupulatnie odlicza dni do ponownego spotkania, bo choć siedem lat są razem, w rzeczywistości połowę z tego spędzili osobno ze względu na rejsy. Obecnie mąż Kariny pływa przez cztery miesiące, żeby kolejne cztery spędzić w domu. Kiedy wraca krążą - po rodzinie, przyjaciołach, załatwiają sprawunki, w których mąż Kariny jest niezbędny. Cieszą się sobą i mała Laurką - bo tak zdrabnia imię córeczki Karina.

Będę zdrowa. Jak pani Karina


Poza codzienną opieką nad córką, Karina prowadzi sklep internetowy z odzieżą w marynarskim klimacie i bloguje. Jej fanpage na facebooku Taka ja marynarza śledzi blisko 30 tysięcy osób - głównie kobiet, które czerpią z jej historii inspiracje. Są wśród nich partnerki marynarzy, które interesuje głównie ten aspekt życia Kariny, są osoby chore, które Karina motywuje do walki, są zwykli ludzie, których ciągnie do pozytywnej energii, którą emanuje właścicielka profilu.

Karina wydała książkę "Droga do marynarza", gdzie w bardzo emocjonalny sposób miesiąc po miesiącu opisała swoją walkę z rakiem. Swoje wspomnienia początkowo chciała spisać jedynie w formie wpisów na bloga. Kiedy w tajemnicy - nawet jeszcze przed Piotrem - pokazała szkic przyjaciółkom, orzekły jednomyślnie: tę historię musi ujrzeć świat! Dziś sprzedało się wiele tysięcy egzemplarzy, a do społeczności tworzonej przez Karinę dołączają coraz to nowe osoby zainspirowane jej historią.

- Napisał do mnie raz mężczyzna, ojciec córeczki, która chorowała na to samo co ja i nie chciała żyć. Ból ją przerastał. Któregoś dnia trafiła na moją książkę. Gdy skończyła ją czytać, przywołała tatę do swojego łóżka. "Tatuś, ja będę kiedyś zdrowa jak pani Karina", powiedziała. Wzruszyła mnie ta historia, bo doskonale wiem, co czuje ta dziewczynka - mówi Karina.

I dodaje: - Od 13 roku życia nie wiem, jak to jest żyć bez bólu. Chodzę, ale co jakiś czas w nogę wbijają mi się noże. Żeby utrzymać się na nogach, muszę przystanąć i odczekać. Mam to szczęście, że moja córka jest na tyle mądra, że gdy tylko widzi mój grymas twarzy, przytula wtedy moją nogę i pociesza. Słyszę cichutkie "Mamusiu, dasz radę" i wiem, że dam.

Opinie (76) ponad 100 zablokowanych

  • (1)

    Dużo szczęści życzę! Respekt dla pani Kariny!

    • 167 11

    • W końcu artykuł który zaciekawił Mnie i poruszył ,bo na chwilę obecną poziom portaluTrójmiasto pl jest żenujący .

      • 11 2

  • Operacja bez znieczulenia?

    To musiał być horror dla tej kobiety...współczuje.

    • 101 11

  • (4)

    Czy to artykuł, na pierwszą pozycję w dziale wiadomości portalu? Takie wysokie obcasy trójmiejskie. No chyba, że sprzedaż książki w tysiącach egzemplarzy to ten news. Opowieść oczywiście ciekawa i życzę wytrwałości i sukcesów, jednak uważam, że portal w dziale wiadomości, powinien traktować o pilnych sprawach, które wymagają naprawy.

    • 53 148

    • Bez przesady, wyluzuj. Niemal każdy artykuł na tym portalu krąży pomiędzy stroną główną

      a docelowym działem, w tym przypadku 'Ludzie Trójmiasta'.
      Ps. Zawsze można stworzyć konkurencyjny portal z własnymi zasadami ;)

      • 36 4

    • tragedia (1)

      czemu ma wyluzować?

      • 3 6

      • Ty też wyluzuj

        • 3 3

    • To portal o Trójmieście - jego problemach, ludziach, wydarzeniach... wiec w czym problem?

      • 2 2

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.