Ludzie Trójmiasta: lekarz, który ukończył jeden z najcięższych triathlonów

1 sierpnia 2020, 12:00
Anna Moczydłowska

Ponad piętnaście godzin w nieustannym ruchu - tyle Maciej Duda potrzebował, by pokonać morderczą trasę jednych z najtrudniejszych zawodów triathlonowych na świecie. Przekroczył metę, choć wiele wskazywało, że... nie dotrze nawet na start. Triathlonista i gdański kardiochirurg, w cyklu Ludzie Trójmiasta opowiada o granicach ludzkiej wytrzymałości, uzależnieniu od adrenaliny i zbawiennym wpływie wsparcia psychicznego. Ostatnio pisaliśmy o domu rodzinnym prowadzonym przez mamę i córkę.



Chcesz się podzielić z nami swoją historią? A może znasz kogoś, o kim powinniśmy napisać? Czekamy na e-maile: ludzietrojmiasta@trojmiasto.pl

O zmierzeniu się z trasą norweskich zawodów Norseman Xtreme Triathlon marzył nieśmiało - chętnych jest bowiem zawsze więcej niż miejsc, w związku z czym zawodnicy wyłaniani są drogą losowania. Jeszcze kilka lat temu na jedno miejsce przypadało trzech zawodników, dziś jest ich liczba wzrosła do dziesięciu. I choć Maciej Duda nie nastawiał się wtedy na łut szczęścia, szczęście mu sprzyjało.

Po odnalezieniu na liście startujących swojego nazwiska strach mieszał się z ekscytacją. Wcześniej najdłuższy dystans, jaki pokonał, liczył dokładnie połowę osławionego Norsemana i to po płaskim terenie. Tym razem dopiero na miejscu miał uświadomić sobie, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.

Triathlonowe wyścigi w Trójmieście i okolicy


Takie coś się nie zdarza



3800 metrów do przepłynięcia, 180 kilometrów do przejechania rowerem, 42 do przebiegnięcia - choć Maciej startuje już od dwudziestu lat, to ten dystans, pokonany pośród surowych norweskich krajobrazów, jest jego największym osiągnięciem. "Jedne z najtrudniejszych" - tak o norweskich zawodach mówią triathloniści z całego świata. Wyzwaniem czyni je nie tylko sama długość trasy, ale też charakterystyczne dla Norwegii zmienne warunki atmosferyczne oraz imponujące przewyższenia.

- Kumulacja tych czynników sprawia, że otrzymujemy prawdziwą mieszankę wybuchową. Dokładnie taka sytuacja spotkała mnie. Jakby stresu związanego ze zbliżającym się startem było mało, niewiele brakowało, a w ogóle by do niego nie doszło - opowiada Maciej.

Ludzie Trójmiasta: od ponad roku przemierza świat rowerem



Do Norwegii wraz narzeczoną oraz przyjacielem postanowili dostać się drogą lądową. Na miejsce dotarli dzień wcześniej, by odpocząć i już o drugiej w nocy samochodem wyruszyć na linię startu, oddaloną o czterdzieści kilometrów od miejscowości, w której nocowali. Założyli sobie dwie godziny zapasu, bo wyścig rozpocząć się miał o czwartej.

- Druga w nocy, głęboka norweska wieś, a auto, do tej pory działające bez zarzutu, żadnym sposobem nie chciało odpalić. W małej wiosce nie udało się znaleźć o tej porze nikogo, kto mógłby nam pomóc. Wsiadłem więc w taksówkę, jedyną dostępną w tym rejonie i ściągniętą na miejsce cudem. Sam pognałem na start, a swój zespół poprosiłem, by próbował uruchomić samochód. Jeśli się uda - świetnie, jeśli czas minie - trudno, wracamy do Polski - nie kryjąc emocji wspomina Maciej.
Do dziś nie może nadziwić się szczęściu, jakie spotkało go tamtego dnia. W strefie zmian poznał kilkoro Polaków. Okazało się, że jeden z nich całkiem dobrze zna się na mechanice samochodowej. Bezinteresownie przejechał czterdzieści kilometrów dzielących go od bliskich Macieja i w ostatniej chwili uruchomił auto.

Maciej: - Kiedy po pierwszym etapie wychodziłem z wody, mój zespół czekał już na mnie gotowy do drogi. Dużo pecha spotkało nas tego dnia, bo pierwszy raz tak radykalnie samochód odmówił posłuszeństwa, ale też ogrom szczęścia, bo trafiliśmy na świetnych ludzi. Obce osoby, w środku nocy poświęciły nam swój czas i pomogły. Takie coś się na co dzień nie zdarza.
Norseman Xtreme Triathlon w Norwegii - 2016 rok

Ekstremalny wyścig, na których chętnych jest zawsze więcej niż miejsc, w związku z czym zawodnicy wyłaniani są drogą losowania.

Skok w ciemność



To był sierpień, środek lata. Mimo tego woda miała wówczas dwanaście stopni, a temperatura w najwyższych obszarach osiągała zawrotne sześć stopni. Z opadami śniegu minęli się zaledwie o jeden dzień. Nad ranem gdańszczanin wraz z innymi uczestnikami wsiadł na prom i popłynął w głąb fiordu.

Jego widok zapierałby dech w piersiach, gdyby tylko był widoczny - o czwartej panują tam jednak egipskie ciemności. Skok w taką czarną nicość to ponoć niezapomniane przeżycie. Dystans do brzegu - blisko cztery kilometry. Tam chwila na przebranie się w suche ubranie i dalej na rowerze. Tym razem 180 kilometrów, czyli tyle co z Gdańska do Torunia.

- Trasa w Norwegii sama w sobie jest jednak niezwykle trudna, bo wiedzie przez liczne przewyższenia. Warto zaznaczyć, że nie są to nie takie "zmarszczki", jak u nas na Kaszubach, a prawdziwie górskie podjazdy. Jeden taki, kilkudziesięciokilometrowy, otwiera całą trasę i naprawdę daje w kość. Do tego dochodzi padający poziomo deszcz, gęsta mgła ograniczająca widoczność i porywisty wiatr, za sprawą którego dłonie grabieją z zimna. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się jechać w tak trudnych warunkach - przyznaje Maciej Duda.
Najtrudniejszy moment? Początki drugiego etapu, czyli jazdy rowerem. Pojawiła się mgła, wiatr, deszcz, a wraz z nimi przebita dętka i wątpliwości. Do mety wciąż daleko, a przed nim wciąż jeszcze wiele kilometrów na dwóch kółkach i kolejnych na własnych nogach.

Tu ogromną rolę odegrało wsparcie narzeczonej Ani i jej brata Maksa, czyli tzw. support teamu. Bo w triathlonie o tym poziomie trudności za sukces zawodnika odpowiada nie tylko on sam, ale i jego zespół. Takie osoby zabezpieczają sportowca na całej trasie kolarskiej i biegowej i interweniują, kiedy dzieje się coś niepożądanego. Zapewniają także ewentualne zmiany ubrań, napoje oraz pożywienie, pomagają, gdy pęknie opona w rowerze, a w razie potrzeby służą latarką czy kocem termicznym. Zespół nie musi być cały czas obok sportowca, ale porusza się samochodem wzdłuż trasy i pozostaje pod telefonem przez cały czas trwania zawodów.

Ludzie Trójmiasta: przejechała autostopem przez Azję



Maciej: - Takie wsparcie to nie kwestia wyboru, a obowiązek na tak trudnych i długich trasach. Ania z Maksem pełnili rolę pilotów, którzy nie tylko wspierają, ale w kryzysowej sytuacji potrafią odpowiednio zareagować. Mieliśmy umowę, że spotykamy się co dwadzieścia kilometrów. Przydarzyła się nam m.in. wymiana dętki, ale to, co pamiętam najlepiej, to chyba ciepła herbata, którą mieli w termosie. W norweskich temperaturach okazała się bezcenna, bo kiedy człowiek jest zziębnięty i wycieńczony, a przed nim kolejna góra, pod którą trzeba podjechać w zacinającym deszczu, to nachodzi zwątpienie. Wtedy nieocenione okazuje się wsparcie mentalne. Ja po prostu robiłem swoje. Oni wzięli na siebie całe nerwy. Do dziś jestem im szalenie wdzięczny. Bez ich wsparcia z całą pewności nie ukończyłbym zawodów.

Za mało zjesz - przegrywasz



Do mety ulokowanej na wysokości prawie 1900 metrów ponad poziomem morza Maciej dotarł po przeszło piętnastu godzinach. Wynik pozwolił mu skończyć w grupie najlepszych, którzy otrzymują zgodę na wbiegnięcie na sam szczyt i otrzymują czarną koszulkę finishera (nie wszyscy mogą zakończyć zawody na szczycie z uwagi na ograniczoną powierzchnię, przyp. red.). Zajął 139. miejsce na 250 startujących.

- Tak naprawdę w tym wyścigu ścigają się tylko zawodowcy. Cała reszta - w tym ja - walczy, aby po prostu go ukończyć. Do zwycięzcy zabrakło mi pięciu godzin - mówi.
Ulga, satysfakcja, wyczerpanie organizmu - uczucia i myśli kłębiące się w organizmie zawodnika po dotarciu do wymarzonego celu trudno opisać. Meta to miejsce, gdzie następuje całkowite rozładowanie baterii, po wysiłku, który rozłożył się na wiele godzin. By dotrwać do końca, trzeba mieć nie tylko żelazną kondycję, ale także nie zapomnieć o odpowiednim dawkowaniu pożywienia i nawadnianiu organizmu. W środowisku uczestników żartuje się nawet, że norweski triathlon to zawody w jedzeniu i piciu. Kto zrobi to źle, ten polegnie.

- Mówi się, że jeśli poczujesz głód w czasie zawodów, jest już za późno - opowiada pół żartem, pół serio Maciej. - Tego nie da się nadrobić. To także, tuż obok profesjonalnych treningów, ważny element przygotowań. Mnie udało się odpowiednio dostosować ilość pożywienia i częstotliwość jego przyjmowania. Niemniej, gdy specjalną kolejką opuszczałem górę, na której mieściła się meta, zdążyłem zasnąć, choć zjazd trwał zaledwie siedem minut! Tak wielkie było moje wyczerpanie energetyczne. Jednak jako że wytrzymałość przychodzi z wiekiem, litrami wylanego potu i latami treningów, dałem radę ukończyć zawody.

Uzależniony od adrenaliny



Po godzinach trenuje triathlon, a poza tym, a może przede wszystkim, jest lekarzem kardiochirurgiem w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku, gdzie koordynuje czteroosobowy zespół przeszczepiający serca.

- Naprawiamy i wymieniamy zastawki, wykonujemy bajpasy, podłączamy sztuczne pompy wspomagające, przeszczepiamy całe organy. Można powiedzieć, że na różne sposoby wspomagamy niewydolne serca. W naszym zespole cieszymy się, kiedy na sali operacyjnej jest nudno, bo to oznacza, że wszystko idzie zgodnie z planem - mówi Maciej Duda.
Tylko w zeszłym roku gdańscy lekarze wykonali piętnaście przeszczepów serca i dziewiętnaście płuc. Głównym ograniczeniem jest zawsze większa liczba chorych oczekujących na narząd niż dawców. Ci ostatni to najczęściej osoby zmarłe w wyniku na przykład pękniętego tętniaka w głowie czy innego urazu, który sprawia, że mózg już nie pracuje, a inne organy wciąż tak. Wiele jest jednak obostrzeń, które sprawiają, że przyporządkować dawcę do chorego nie jest łatwo.

- To praca 24 godziny na dobę, bo mój dyżur tak naprawdę nigdy się nie kończy - przyznaje Maciej Duda. - Czasami bywa, że telefon dzwoni o północy, a o szóstej już musimy być z zespołem w Poznaniu i operować. Liczy się każda godzina. Jeśli jest to stosunkowo mała odległość, jedziemy karetką. Jeżeli większa, korzystamy z pomocy wojska i transportu lotniczego. Często wiemy, że to jedyna szansa dla biorcy, że kolejnej po prostu nie doczeka. Wtedy nie ma chwili na wahanie.
Maciej lubi moment, gdy pacjent się wybudza. Gdy słyszy, że lżej mu się oddycha. Że w końcu może pójść na spacer ulubioną trasą bez zadyszki. Pobawić się z wnukiem bez obaw o własne serce.

Maciej: - Wielu pacjentów przed operacją miesiącami przebywa w szpitalu, będąc podłączonymi do specjalistycznych maszyn, które pozwalają im dotrwać do przeszczepu. Ich powrót do domu to święto. Dla nich i dla nas.
Nie ukrywa, że praca na żywym organizmie zawsze wiąże się ze stresem i pytaniami, które potrafią kołatać w głowie jeszcze wiele godzin po zabiegu. Czy narząd podejmie pracę? Czy nie pojawią się komplikacje? Czy pacjent w odpowiednim tempie będzie się rehabilitował?

Maciej: - Kardiochirurgia i triathlon to intensywne pasje, gwarantujące odpowiedni poziom adrenaliny w organizmie. Ale nie ma między nimi rywalizacji, w moim przypadku raczej dobrze się uzupełniają. Praca daje mi satysfakcję zawodową, natomiast triathlon pozwala oczyścić umysł od tego, co dzieje się na sali operacyjnej. Kiedy wsiadam na rower, myślę już tylko, jak pokonać kolejną górę.