stat

Naukowiec: "Dzieci i rodzice mijają się w sieci"

26 stycznia 2014 (artykuł sprzed 5 lat)
Łukasz Stafiej

- Dzieci i rodzice mijają się w sieci, a to sprawia, że rodzice z wiekiem coraz rzadziej próbują prezentować cokolwiek młodym. Nie pokazują im możliwości korzystania z Internetu, ponieważ boją się, że narażą się na śmieszność. A młodzi różnie realizują potrzebę zaistnienia, uczestnictwa i docenienia w społeczności internetowej. To wygląda niejednokrotnie smutno, ale Internet daje im czasem szansę, której być może nie mają poza siecią. Naszym zadaniem powinna być rozmowa o tym z nastolatkami, ale bez mówienia im po prostu "nie, bo nie". Dzieci szukają dorosłych, którzy są w stanie wytłumaczyć im sieciowe kwestie jak kumple. Rozmowa z pedagogiem mediów dr Grzegorzem D. Stunżą z Pracowni Edukacji Medialnej Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego, jednym z autorów badań "Dzieci sieci - kompetencje komunikacyjne najmłodszych".



Łukasz Stafiej: Trwają ferie, dzieciaki spędzają godziny przed ekranami - jak nie laptopów, to tabletów czy komórek podłączonych do Internetu. Co w tej sieci robią?

Grzegorz D. Stunża: Przygotowania do badania z 2012 roku "Dzieci sieci - kompetencje komunikacyjne najmłodszych" pozwoliły nam na zgromadzenie danych, które wskazywały m.in. na serwisy z grami. Mówię o drugim etapie edukacyjnym, czyli uczniach klas 4-6 szkoły podstawowej. Swoją uwagę powinniśmy jednak coraz mocniej kierować również w stronę takich miejsc, jak serwisy społecznościowe, m.in. Ask.fm. Przy czym tu stawiałbym głównie na gimnazjalistów.

Już nie Facebook?

W Ameryce odpływ z Facebooka jest coraz bardziej wyraźny. Tak jak u nas - mało nastolatków ma ochotę korzystać z serwisu, gdzie są ich rodzice i dziadkowie, mający podgląd na ich interakcje z rówieśnikami. Poza tym Facebook przegrywa batalię o uwagę młodych, która jest oparta na pośrednim nawiązywaniu kontaktów. Tzw. "łańcuszki szczęścia" czy ankiety wrzucane sobie nawzajem na profile można teraz zastąpić działaniami właśnie w Ask.fm. Wygląda to na bezpośrednią komunikację, ale tak naprawdę, jeśli wszystko polega na stawianiu pytań i oczekiwaniu odpowiedzi, to można odnieść wrażenie, że młodzi boją się komunikować wprost. Takie "podchody" są zdecydowanie bardziej bezpieczne i mniej angażujące niż próba bezpośredniego zwrócenia się do kogoś w prywatnej wiadomości czy przy kontakcie twarzą w twarz.

Młodzi nie potrafią normalnie ze sobą rozmawiać?

Niektórzy uważają, że dzisiejsi gimnazjaliści mają problem z relacjami w świecie niezapośredniczonym medialnie. Z komórki, tabletu czy laptopa, i to za pośrednictwem specjalnego serwisu, łatwiej się wypowiadać niż rozmawiając bez ekranu. Warto jednak pamiętać, że sieciowe kontakty bardzo często prowadzą do fizycznych spotkań. Oczywiście, z perspektywy kogoś, kto wisiał na trzepaku, kopał piłkę i spadł kilka razy z drzewa, albo tłukł się ze znajomymi z podwórka, zapośredniczenie kontaktów przez media może wydawać się przerażające. Nie demonizowałbym jednak korzystania z sieci tak, jak twórcy kampanii "Wyloguj się do życia". Internet może być ogłupiający, jeśli tylko na surfowaniu po nim będzie polegać spędzanie wolnego czasu. Ale równie dobrze zbyt długie siedzenie w kinie czy teatrze nie byłoby niczym dobrym. Powinniśmy sobie uświadomić, że na dobre wchodzimy w erę mobilnych urządzeń dostępu i tak naprawdę młodzi wychodzą z domów, sprzed ekranów, ale Internet mają coraz częściej w kieszeni i ten trend będzie się rozwijać.

Młodzi potrafią krytycznie odbierać treści w sieci?

Niestety. Młodzi nie odbierają treści internetowych krytycznie. Raport Fundacji Orange sprzed kilku miesięcy pokazuje, że 25 proc. nastolatków w wieku 14-19 lat nie ma potrzeby weryfikowania informacji z Internetu. Co oznacza, że co czwarty nastolatek wierzy w to, co przeczyta w sieci. Ale nie to jest chyba najbardziej niebezpieczne. Zdecydowanie groźniejsze wydaje mi się, że nastolatkowie nie są ekspertami w szukaniu informacji i nie tylko wierzą w to, co znajdą, ale docierają tylko do tego, co pierwsze pojawi się na ekranie.

Ale na portalach społecznościowych zdają się bardzo świadomymi użytkownikami. Swój wizerunek budują profesjonalnie.

Traktują to bardzo poważnie. Publikowanie przez gimnazjalistów zdjęć w sieci, uzupełnianie profili w serwisach społecznościowych jest bardzo ważne. Profile to wizytówki, "podkręca się" swoje zainteresowania, wzmacnia wizerunek i buduje jednocześnie własną tożsamość. I to zupełnie naturalne - zapewne obaj robimy podobnie. Przy czym w działaniach uczniów podstawówek i gimnazjów - mówię o przebadanych w projektach "Dzieci sieci" profilach np. facebookowych - widać chaos w zakresie bezpieczeństwa. Niektórzy blokują obcym dostęp do zdjęć, ale jednocześnie pozwalają się komukolwiek na zdjęciach oznaczać. Inni blokują oznaczanie, ale zobaczymy wszystkie opublikowane fotografie i statusy. Niemal każdy z badanych profili prezentował zdjęcie pozwalające na rozpoznanie osoby, a adres profilu zawierał imię i nazwisko. Jeśli dodać do tego nazwę miasta i szkoły oraz listę znajomych, możemy łatwo dotrzeć do wielu młodych ludzi. Nie zdają sobie sprawy z potencjalnych zagrożeń, chociaż też nie wyolbrzymiałbym ich. Kiedyś więcej dzieci biegało po podwórku i nie oznaczało to, że grozi im od razu wielkie niebezpieczeństwo.

Dużo dzieciaków wchodzi na strony z treścią, która nie jest przeznaczona dla nich, m.in. erotyczną?

W dobie powszechnego bombardowania seksualnymi komunikatami możemy założyć, że niemało dzieci i nastolatków odwiedza takie strony. Po części powoduje to na pewno ciekawość, kwestie związane z dojrzewaniem płciowym. Nie stawiałbym jednak ewentualnego wchodzenia na takie strony jako największego problemu. Wydaje mi się nawet, że nastolatki mogą trafiać na takie strony często bez swojej woli - przez ukryty odnośnik, reklamę w serwisie, gdzie chcą pobrać grę lub pograć przez przeglądarkę. Stawiałbym to w szerszym kontekście bezpiecznego korzystania z sieci. Bo młodzi często nie identyfikują reklamy innej niż typowa reklama telewizyjna czy gazetowa jako reklamy, co może ich narażać np. na koszty. Tak jak wtedy, gdy nie czytają regulaminów smsowych konkursów itp.

Głośno ostatnio mówi się o problemie wrzucania przez nastolatki swoich półnagich albo i nawet nagich zdjęć do sieci. Zauważasz ten problem?

W najnowszym badaniu "Dzieci sieci 2.0 - kompetencje komunikacyjne młodych" obejmującym kilkadziesiąt profili Facebooka tylko jeden, dziewczęcy, tagował jedno ze zdjęć tak, by znalazł się na fanpage'u prezentującym tzw. "dupeczki", drugie zdjęcie zostało tym tagiem oznaczone przez skrytego wielbiciela. Co ciekawe, były to dość typowe zdjęcia nastolatek, bez nagości, niewyzywające. Oczywiście nie twierdzę, że problem nie istnieje, warto jednak, zanim negatywnie ocenimy tego typu działania jako traktujące przedmiotowo młode dziewczyny, zwrócić uwagę, że młodzi chcą się podobać i chcą oglądać tych, którzy podobają się innym. To ostatnie widać w polubieniach dokonywanych przez chłopców na różnorodnych fanpage'ach. Młodzi różnie realizują potrzebę zaistnienia, uczestnictwa w społeczności, docenienia. To wygląda niejednokrotnie smutno, ale Internet daje im czasem szansę, której być może nie mają poza siecią. Naszym zadaniem powinna być rozmowa o tym z nastolatkami, ale bez mówienia im po prostu "nie, bo nie". Dzieci szukają dorosłych, którzy są w stanie wytłumaczyć im sieciowe kwestie jak kumple.

Na portalach, które umożliwiają transmisję z kamerek internetowych niepełnoletnie dziewczyny posuwają się nawet dalej. Za pieniądze rozbierają się przed anonimowymi internautami.

Handlowanie pięknem i seksem jest pewnie tak stare, jak nasz gatunek. Są nowe możliwości, są też i nowe zastosowania. Przemysł porno w kwestii sieciowych nowinek jest w awangardzie. Jeśli skala zjawiska jest spora, może to być dowód na to, że edukacja w zakresie bezpiecznego korzystania z sieci zawodzi. Nie znam przyczyn, dla których więcej młodych ludzi niż kiedyś miałoby chcieć pokazywać swoje ciało obcym i na tym zarabiać. Wiem natomiast, że jeśli jedna czwarta nastolatków wierzy święcie we wszystko, co znajdą w internecie, to zapewne wielu z nich nie ma pojęcia, albo nie myśleli o tym, że co wpadnie do sieci, już w niej zostaje. I warto byłoby uświadomić nastolatków, że za kilka lat ktoś może skorzystać z ich nagrań, prezentując szerszej publiczności. Co ja mówię! Że to się dzieje już teraz i że seans pokazany kilku zalogowanym gościom trafi zapewne do serwisu z pornografią.

Może to wynaturzona postać pragnienia zaistnienia w sieci jakkolwiek? Niektórzy przekonują i są przekonani, że jak nie ma cię w sieci, to nie istniejesz.

Przyglądałem się funkcjonowaniu młodzieży w serwisach społecznościowych i nie miałem takiego odczucia. Są osoby, które nie mają konta np. na Facebooku i nie odczuwają z tego powodu straty. Trudno chyba też o takiej mówić, jeśli Facebook czy Ask.fm funkcjonują jako podtrzymywanie znajomości i nawiązywanie nowych, ale też w dużej mierze jako wizytówki i listy kontaktów.

Rodzice zdają sobie sprawę z internetowych zagrożeń czyhających na dzieci?

Niestety nie. Rodzice inaczej korzystają z sieci. Dla nastolatków mail to przeżytek, dla ich rodziców główny kanał komunikowania. Serwisy społecznościowe są dla rodziców na którymś z kolei miejscu w rankingu spędzania czasu w sieci, dla młodych na pierwszym. W pewnym sensie dzieci i rodzice mijają się w sieci, a to sprawia, że rodzice z wiekiem coraz rzadziej próbują prezentować cokolwiek młodym. Nie pokazują im możliwości korzystania z Internetu, ponieważ boją się, że narażą się na śmieszność, albo że dzieci po prostu wiedzą i umieją więcej. Okazuje się, że to często nieprawda, bo sprawność korzystania z interfejsów i wchodzenia na kolejne strony niewiele ma wspólnego z krytyczną oceną treści i z wyobraźnią, która w przypadku unikania potencjalnych zagrożeń jest niezbędna. Doświadczenie rodziców, nie tylko związane z Internetem, mogłoby być sporym wsparciem dla świadomego korzystania z sieci przez młodych.

W jaki sposób rodzice mogą kontrolować funkcjonowanie swoich dzieci w sieci?

Wchodzimy na grząski grunt. W ubiegłym roku w ramach gdańskiego BiblioCampu prowadziłem wspólnie z Anną Miler warsztat dla dzieci ze szkoły podstawowej w jednej z bibliotek. Rozmawialiśmy o bezpieczeństwie, prawach internautów. Pokazaliśmy im, że można wyczyścić historię odwiedzanych stron i to było dla dzieci wielkie wydarzenie. Część z nich cieszyła się, że mama nie będzie mogła teraz sprawdzać, na jakie strony wchodzili. Zdaliśmy sobie sprawę, że być może pozbawiliśmy rodziców jedynego znanego im narzędzia dbania o bezpieczeństwo ich dzieci w Internecie. Z drugiej strony korzystanie z sieci, chociaż zostawia ślady mocniejsze niż historia przeglądarki, kojarzy mi się z prywatną korespondencją. Nie chciałbym, żeby rodzice czytali moje listy oraz analizowali lektury, które przeczytałem. Można oczywiście mówić, że Internet to co innego, że czai się w nim masa zagrożeń, ale jeśli ulegniemy histerii, która kieruje nas w stronę nadkontroli i w ciągłe niedowierzanie w działanie przez dzieci w dobrej wierze, odejdziemy całkowicie od ideałów pierwszych internautów. Rodzice mogą sprawdzać logi w domowym routerze, ustawić wysyłanie powiadomień na skrzynkę pocztową, za pomocą specjalnych programów zablokować słowa kluczowe, konkretne strony, wprowadzić limit dostępu do Internetu. Będzie to jednak działanie przypominające decyzje wielu polskich szkół, które nie udostępniają uczniom wi-fi czy korzystają z kontroli rodzicielskiej na komputerach i w szkolnej sieci, a uczniowie mają przecież coraz częściej dostęp dzięki urządzeniom z własnej kieszeni.

Inwigilacja to nie jest najlepsza metoda edukacyjna.

Tak można traktować więźniów, a jeśli zależy nam na przyszłości, powinniśmy sięgnąć do wspomnianych badań i zastanowić się, jak kształcić do krytycznego odbioru treści medialnych i do większego zaangażowania w tworzenie treści. Tylko dziesięć procent nastolatków tworzy i publikuje w sieci. Nigdy w historii wszyscy nie byli twórcami, ale zachęcanie do wykorzystywania twórczego potencjału Internetu jest jak uczenie dzieci programowania - niewiele z nich zostanie programistami, będą się jednak uczyć logicznego myślenia. A logiczne myślenie, wyobraźnia, krytyka i kreatywność są i nam, i młodym ludziom bardzo potrzebne, jeśli nie chcemy zbudować społeczeństwa internetowych naiwniaków, karanych za bezmyślność przez nadzorujących ich sieciowe poczynania.

Dr Grzegorz D. Stunża - adiunkt w Pracowni Edukacji Medialnej w Zakładzie Filozofii Wychowania i Studiów Kulturowych Instytutu Pedagogiki UG. Prowadzi stronę edukatormedialny.pl. Zaintersowania badawcze i dydaktyczne stara się łączyć z praktycznymi działaniami i tworzeniem materiałów edukacyjnych. Współtworzy Medialab Gdańsk przy Instytucie Kultury Miejskiej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z zakresu edukacji i animacji kulturalnej w 2013. Współpracuje z Fundacją Nowoczesna Polska.
Czy kontrolujesz swoje dziecko w sieci?
52%

tak, sieć jest pełna zagrożeń dla młodych

25%

nie, nie widzę niebezpieczeństwa

23%

chciał(a)bym, ale nie wiem, jak to zrobić

zakończona

łącznie głosów: 151