Sprawa jachtu 'Bieszczady'

7 września 2001 (artykuł sprzed 19 lat)
Jadwiga Bogdanowicz

Przyczyny ubiegłorocznej katastrofy harcerskiego jachtu "Bieszczady" będą znane za dwa tygodnie. Izba Morska w Gdyni wyda orzeczenie w tej sprawie.



Wczoraj zeznawała Małgorzata Kądzielewska, jedyna uratowana:
- Ostatnie co widziałam, to, statek, który płynął na mnie, a potem nagle znalazłam się pod wodą. Kapitan kazał trzymać kurs na światła. Nagle zobaczyłam, że to są światła pozycyjne najeżdżającego na nas statku. Kapitan zdążył tylko powiedzieć "O Boże!"

Przypomnijmy, że jacht "Bieszczady" został staranowany rok temu przez belgijski gazowiec "Lady Elena". Zdarzenie miało miejsce w pobliżu wybrzeży Danii ok. godz 5.30. Z ośmioosobowej załogi uratowała się dziewiętnastoletnia wówczas łodzianka, którą wyłowił duński kuter.

Wczoraj przedstawiono opinię mechanoskopijną mgr. inż. Marka Wierzbickiego, biegłego w Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Na podstawie śladów stwierdzonych na resztkach jachtu uznał on, że w prawą burtę jachtu uderzyła prostopadle gruszka gazowca. Masa stali złamała burtę, rozerwała pokład i nadbudówkę. Nie zniszczona część jachtu tonąc dostała się pod gruszkę statku i poszła na dno.

Izba Morska uzupełniła materiał dowodowy o poprawione tłumaczenie zeznań kapitana "Lady Eleny", który wyjaśniał, że z mostku widziano blisko białe światło żaglowca, ale wszyscy myśleli, że zdołano uniknąć zderzenia - nikt nic nie poczuł ani nie słyszał. Na miejsce zdarzenia wrócono, kiedy usłyszano wołania stacji brzegowych.

Zdaniem pełnomocnika armatora "Lady Elena" bezpośrednie przyczyny kolizji to bardzo słabe oświetlenie jachtu, które mogło być następstwem częstego wyładowywania się akumulatorów na jednostce oraz niespodziewany zwrot wykonany w ostatniej chwili przez jacht.

- Ze strony kapitana "Lady Elena" był brak jakiegokolwiek nadzoru nad powierzonym mu statkiem w noc poprzedzającą wypadek - dowodził Jerzy Porczyński, pełnomocnik Centrum Wychowania Morskiego ZHP, armatora jachtu. - Przez kilka godzin nie pokazał się na mostku. Miał w swoim pokoju żonę. Nie podjął decyzji o natychmiastowym rozpoczęciu akcji ratunkowej. Pierwszy oficer nie obserwował wskazań radaru. Delegaci Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej podtrzymali stanowisko, że należy uznać winę obu załóg.

- Dla winnych będę domagała się najsurowszej kary, nawet gdyby to miało oprzeć się o Strasburg - mówiła Marianna Bogusz, matka. - Mnie nie interesują pieniądze za moje dziecko. Straciłam jedynego syna... Tankowiec miał bardzo dobre urządzenia radarowe. Gdyby była dobra obserwacja, to by do tego nie doszło. Jeżeli na jachcie w widoczności przeszkadzały burty, kaptur od sztormiaka... To mi przypomina chocholi taniec. Ta załoga była góry skazana na śmierć.

Jadwiga Bogdanowicz