Właściciel Nowej Zatoki: "Zatoka Sztuki nie istnieje"

2 czerwca 2020, 16:00
Piotr Weltrowski
Najnowszy artukuł na ten temat

Będzie nowe postępowanie ws. Zatoki Sztuki

Po premierze filmu "Nic się nie stało" Sylwestra Latkowskiego na świecznik powróciła sprawa Zatoki Sztuki. Rykoszetem oberwało się też Nowej Zatoce - obiektowi, który zajął miejsce niesławnego klubu Marcina T. Postanowiliśmy porozmawiać z Łukaszem Mazurem, właścicielem Nowej Zatoki, o rozliczeniach z przeszłością, ale i o planach dotyczących Nowej Zatoki, a także o sporach prawnych z miastem, w które jego spółka jest uwikłana.



21 maja, już po premierze filmu Sylwestra Latkowskiego, Nowa Zatoka opublikowała w mediach społecznościowych oświadczenie, w którym po raz kolejny odcięła się od Zatoki Sztuki. Napisaliście o "bezprecedensowym ataku nienawiści". Faktycznie w ten sposób was potraktowano?

Jedna sympatyczna pani wysłała mi prywatną wiadomość, którą będę zgłaszał na policję. Napisała, że "powinno się was wszystkich ostatecznie zlikwidować". Jeśli ktoś się interesuje historią, to od razu mu się to skojarzy z "ostatecznym rozwiązaniem". Wiadomości było więcej. Ktoś pisał na przykład, że "trzeba spalić ten burdel". Było też dużo wyzwisk i wulgaryzmów. Ale to pół biedy. Wulgaryzmy jestem w stanie przełknąć, ale kiedy ktoś pisze do człowieka, że należy go zlikwidować, to odpuścić nie mogę. Bardzo łatwo rozbudzić wśród ludzi chore instynkty. Każdy mieszkaniec Trójmiasta wie, że może się to skończyć tragicznie.

Przed premierą filmu hejt również się na was wylewał?

Nie. Nie przypominam sobie ani jednej tego typu wiadomości, którą ktokolwiek by do nas wcześniej wysłał. Zresztą teraz to się też już powoli uspokaja. Wiadomości i pogróżki pojawiały się głównie przez kilka dni po premierze filmu. Wszystkie te wiadomości czy komentarze, które nawoływały do przemocy, zgłosimy na policję.

Krystek i "Zatoka Sztuki" w filmie "Nic się nie stało"



Byłem przekonany, że jeżeli obowiązywała narracja, że chcemy się wszyscy pozbyć Marcina T. z Sopotu, i nagle pojawia się ktoś, kto to umożliwia, to myślałem, że to będzie odebrane pozytywnie. Dlatego jestem zaskoczony postawą części mediów i niektórych osób, jak to się mówi, ze świecznika.
Przejmując Zatokę Sztuki, musiał pan jednak wiedzieć, że otrzyma pan ją z pewnym balastem w postaci afery łączonej z nazwiskiem jej współzałożyciela - Marcina T.

Nie przejąłem Zatoki Sztuki, przejąłem współudziały w spółce Art Invest. Ja rozumiem, że to skrót myślowy, ale on jest bardzo niebezpieczny. To on buduje jakąś wyimaginowaną ciągłość między poprzednim lokalem a Nową Zatoką. Tak naprawdę to w kontekście tej afery powinno być jasno powiedziane, że Zatoka Sztuki już nie istnieje.

No dobrze, przejmując spółkę, musiał pan sobie zdawać sprawę z balastu, który wraz z nią pan przejmie.

Nie. Zupełnie się nie zgodzę. Byłem przekonany, że jeżeli obowiązywała narracja, że chcemy się wszyscy pozbyć Marcina T. z Sopotu i nagle pojawia się ktoś, kto to umożliwia, to myślałem, że to będzie odebrane pozytywnie. Dlatego jestem zaskoczony postawą części mediów i niektórych osób, jak to się mówi, ze świecznika. A balast na spółce czy budynku? Moglibyśmy stoczyć długą rozmowę, z jakich miejsc nie wypada z powodów historycznych balastów korzystać.

Być może chodziło o to, że już wcześniej współwłaściciel Art Invest się zmieniał, a w praktyce wciąż wspólnikiem pozostawała siostra Marcina T. Po tym, jak pan przejął udziały w Art Invest, również pojawiły się głosy, że jest pan po prostu "słupem".

Pół żartem, pół serio: to prędzej Marcin T. zostałby moim słupem niż ja jego. Za mną przemawia mój życiorys, to, co w życiu dokonałem.

Ale sam pan przyznał w mediach, że wcześniej współpracował pan z Marcinem T.

Jak dziesiątki innych ludzi z administracją samorządową na czele. Marcin T. nie spadł z kosmosu. Ktoś go tu zaprosił i z nim współpracował. To budynek należący do miasta, więc władze miasta też z nim w pewnym momencie współpracowały. Taki argument to broń obosieczna.

A na czym polegała pana współpraca z Marcinem T.? Na doradztwie podatkowym?

Na szeroko pojętym konsultingu.

Wszystko o sprawie Krystka i Marcina T.



Jak w ogóle doszło do tego przejęcia Art Invest, skąd pomysł?

W ramach zobowiązań, które narastały, pośredniczyłem w próbie sprzedaży tych udziałów. Znalazłem nawet dwóch nabywców, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Wtedy, wiosną zeszłego roku, pojawił się pomysł, aby przejąć Art Invest i naprawić zarządzane przez spółkę miejsce. Co - moim zdaniem - udało się. Same rozmowy dotyczące przejęcia były długie i żmudne, dlatego nastąpiło to dopiero na przełomie tego i poprzedniego roku.

W KRS pana nazwisko pojawiło się dopiero w maju tego roku.

Tak, ale proszę pamiętać, że nie odpowiadam za to, jak KRS pracuje. Okres oczekiwania na wpis to czasem i pięć miesięcy, to nie tylko moje doświadczenie. Dodatkowo przez pandemię koronawirusa wszystko było w Polsce zamrożone przez dwa-trzy miesiące. Nie jest to więc w żadnym stopniu moja wina. Poza tym skutki prawne umowy obowiązują od momentu jej podpisania, a nie od momentu wpisu do KRS.

Czy gdybym był "słupem", to dokonywałbym rewolucji kadrowej i zwalniał zaufanych ludzi poprzedniego właściciela?
W KRS wciąż - oprócz pańskiego - figuruje jednak nazwisko pani Magdaleny Pawłowskiej. Figuruje tam od roku 2012. Ta osoba nie była związana z Marcinem T. i jego siostrą?

To osoba, która zainwestowała w spółkę. Mam bardzo słaby kontakt z tym wspólnikiem. Ta pani nie angażuje się w działalność spółki. Z nią i z jej mężem widziałem się może dwa razy w życiu.

Nie myślał pan, aby odkupić te udziały?

Rozważam to, ale w tej sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy, ciężko o podejmowanie szybkich i wiążących decyzji. Tym bardziej że wspólnik ma udziały tylko w spółce osobowej, a kluczowa jest spółka z o.o., która zarządza spółką osobową. Taka jest forma prawna, którą przyjęliśmy.

Czyli może pan zapewnić, że ani Marcin T., ani też jego siostra nie mają dziś nic wspólnego z Nową Zatoką?

Nie mają absolutnie nic wspólnego: ani ze spółką Art Invest, ani też z konceptem, który teraz realizujemy. W Zatoce pracują dziś zupełnie inni ludzie niż jeszcze pół roku temu. Czy gdybym był "słupem", to dokonywałbym rewolucji kadrowej i zwalniał zaufanych ludzi poprzedniego właściciela?

Szeroka była ta rewolucja kadrowa?

Wszyscy menadżerowie zostali zmienieni. Na niższych stanowiskach też doszło do wielu zmian. Zostało kilka osób pracujących w kuchni i jedna młodsza pracownica administracji. Jeżeli ktoś nie wierzy w dokumenty, w moje CV, w moje dobre intencje, to powinno dać mu do myślenia.

Dobrze, zostawmy przeszłość, zajmijmy się przyszłością. Jaka jest pana wizja Nowej Zatoki?

Jest to wizja miejsca przyjaznego rodzinom. Można spojrzeć na opinie w mediach społecznościowych. Ludzie sami piszą, że bez sensu, że to już nie jest klub, że jeśli ktoś nie ma dzieci, to nie warto tu w ogóle zaglądać. Ale my właśnie taki pomysł mamy, chcemy, żeby to było miejsce rodzinne. Wyremontowaliśmy jedną salę konferencyjną, z której zrobiliśmy kącik zabaw. Za chwilę będziemy chcieli uruchomić kino dla dzieci. Myślimy też oczywiście o wydarzeniach artystycznych. Przy czym trudno jest mi w tej chwili mówić o konkretnych terminach i planach, bo niestety rynek wydarzeń kulturalnych znajduje się aktualnie, z wiadomych powodów, w rozsypce. Na pewno jednak będziemy chcieli organizować akustyczne koncerty uznanych artystów. Koordynować będzie to znany producent, mój serdeczny kolega - Leszek Biolik. Raz lub dwa w miesiącu będziemy też organizować wystawy malarstwa. Chcemy też organizować spotkania z pisarzami, planujemy uruchomienie małej biblioteki. Zamierzamy również organizować konferencje naukowe. Zdecydowanie nie planujemy z kolei uruchamiania żadnej dyskoteki czy klubu. Tego nie będzie, bo to nie jest nasza bajka.

Historia sporu między Zatoką Sztuki i Sopotem



Czy uda się te plany zrealizować bez porozumienia z miastem?

Nie oczekujemy, że miasto będzie nas finansować, więc odpowiem tak: jeżeli miasto nie będzie przeszkadzać, to plany uda nam się zrealizować. Jestem przekonany, że władze miasta, widząc dobre rzeczy, które się u nas już dzieją, a także to, jak się zmienił sam obiekt, po prostu uzna, że warto nam nie przeszkadzać.

Złożyłem nawet na piśmie panu prezydentowi Sopotu propozycję, aby stworzyć radę programową Nowej Zatoki, w której miasto miałoby połowę członków i pana prezydenta jako przewodniczącego.
No dobrze, ale sytuacja w tej chwili wygląda tak, że do sądu trafiły w zeszłym roku dwa pozwy - miasta przeciwko spółce Art Invest o wydanie nieruchomości oraz spółki o ustalenia prawa dzierżawy. Oba zostały złożone przed przejęciem przez pana Art Invest.

I zapewne ten spór prawny będzie trwał, choć wolałbym, aby udało się sprawę załatwić polubownie. Ja jestem człowiekiem konsensusu. Wierzę w to, że można się zawsze porozumieć. Co więcej, uważam, że każde porozumienie jest lepsze od kłótni w sądach, która trwać może przez lata.

A próbował pan rozmawiać z władzami miasta na temat wycofania tych pozwów?

Próbujemy się komunikować, próbujemy wyciągać dłoń. Mieliśmy wiele pomysłów na współpracę. Ostatnio na przykład, w szczytowym momencie pandemii, przekazaliśmy władzom miasta 3 tys. maseczek jednorazowych. Chcieliśmy więcej, ale pan prezydent uznał, że nie może ich przyjąć i zaproponował, żebyśmy przekazali je jakimś szpitalom w województwie pomorskim. Co też zrobiliśmy: maseczki dotarły do szpitala w Gdańsku, ale również do wielu miejsc w Sopocie, które tego potrzebowały. Zwracaliśmy się także do władz miasta z pomysłami dotyczącymi już konkretnie naszej działalności. Zaproponowaliśmy na przykład, że przed Świętami Wielkanocnymi, wspólnie z zaprzyjaźnioną firmą, rozdamy mieszkańcom Sopotu za darmo 100 tys. jajek. To była propozycja konkretnej pomocy dla mieszkańców miasta. Niestety nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Wiele naszych propozycji pozostaje otwartych.

Rozumiem więc, że ta komunikacja jest na razie jednostronna? Czy w ogóle miasto wykazuje jakąkolwiek chęć rozmowy z wami?

Mam nadzieję, że ta chęć się pojawi. I to tyle, bo nie chcę rozmawiać z miastem przez media.

Na razie więc zamierza pan jednak procesować się z miastem?

To jest tylko spór prawny. Można go prowadzić bez niechęci i bez agresji. Złożyłem nawet na piśmie panu prezydentowi Sopotu propozycję, aby stworzyć radę programową Nowej Zatoki, w której miasto miałoby połowę członków i pana prezydenta jako przewodniczącego. Taka rada mogłaby funkcjonować przecież również w trakcie trwania sporu prawnego i dawałaby władzom miasta realną możliwość doglądania tego, co dzieje się w obiekcie.

Myśli pan, że ma szansę na wygraną przed sądem?

Jesteśmy przekonani co do swoich racji, ale jaki by nie był ostateczny i prawomocny wyrok sądu, to będziemy go respektować. Przestrzeganie prawa to dla mnie oznaka pewnej przynależności cywilizacyjnej. W kulturze, w której zostałem wychowany, jest nie do pomyślenia, aby prawo ignorować lub też działać na podstawie faktów dokonanych, a nie przepisów. I tutaj myślę, że każdy szanujący się człowiek się ze mną zgodzi. Spokojnie czekamy więc na przebieg procesów i ich ostateczny wynik.

Możemy to nazwać, jak chcemy, ale ludzie i tak będą nazywać to miejsce Zatoką. Mamy udawać, że nie było takiego miejsca? Przecież dopiero wtedy by nam się dostało za hipokryzję. Dlatego dodaliśmy do nazwy słowo "nowa", aby podkreślić, że nie ma ona nic wspólnego z nieistniejącą już Zatoką Sztuki.
A co z dzierżawą plaży? Można prowadzić taką działalność, jaką prowadzi Nowa Zatoka, bez możliwości dzierżawienia plaży?

Wie pan, my nigdy tej plaży nie mieliśmy. Przejąłem spółkę, gdy tej plaży już nie mieliśmy do dyspozycji. I dajemy radę bez niej. Ja jestem Ślązakiem. My na Śląsku mamy swój etos pracy. Jesteśmy pokorni, znamy swoje miejsce w szeregu i uważamy, że po owocach naszej pracy nas poznacie.

Może to dobry moment, aby pan powiedział coś o sobie. Już wcześniej wspomniał pan, że broni pana życiorys i to, co pan w życiu osiągnął, teraz mówi pan o śląskich korzeniach, tymczasem, gdy przejmował pan spółkę, w mediach powtarzano wzmiankę, że jest pan byłym prezesem Górnika Zabrze, a to był chyba tylko epizod w pana karierze zawodowej. Kim jest właściciel Nowej Zatoki?

Ja bardzo nie lubię mówić o sobie, bo to taka zabawa, gdzie człowiek musi balansować tak, żeby ani nie wyjść na zadufanego w sobie, ani na fałszywie skromnego. Więc odpowiem najprościej, jak się da. Jestem prawnikiem z wykształcenia, z dyplomem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jestem Ślązakiem z ADHD. Stworzyłem międzynarodową firmę doradczą, która działa obecnie w kilkunastu krajach. Zarządzam firmami: swoimi i innych ludzi. Tego, co robię, jest bardzo dużo.

Niewątpliwie ma pan dużo pracy. Potrzebna była panu jeszcze ta Zatoka?

Moja małżonka ma doświadczenie w gastronomii i zawsze marzyła o czymś takim. To ona się realizuje dzięki Nowej Zatoce.

A pan przyjmuje na siebie cięgi?

Taka rola głowy rodziny.

Na sam koniec chciałbym jeszcze wrócić do kwestii odcięcia się Nowej Zatoki od Zatoki Sztuki. Nie myślał pan o bardziej radykalnej zmianie nazwy? O zmianie czcionki, którą jest pisana?

Niewiele osób to wie, ale poprzedni właściciel zmienił nazwę Zatoka Sztuki na Łazienki Północne. I pod taką nazwą ten obiekt przez kilka miesięcy funkcjonował. Zmieniając nazwę, zmienialiśmy ją właśnie z Łazienek Północnych na Nową Zatokę. Dlaczego? Bo dla ludzi to i tak będzie zawsze Zatoka. Możemy to nazwać, jak chcemy, ale ludzie i tak będą nazywać to miejsce Zatoką. Mamy udawać, że nie było takiego miejsca? Przecież dopiero wtedy by nam się dostało za hipokryzję. Dlatego dodaliśmy do nazwy słowo "nowa", aby podkreślić, że nie ma ona nic wspólnego z nieistniejącą już Zatoką Sztuki. Jest Nowa Zatoka. Nowa całkowicie i od podstaw.