stat

Wyłudzili mieszkanie od naszej czytelniczki. Sąd skazał ich w innej, podobnej sprawie

24 marca 2016 (artykuł sprzed 3 lat)
Marzena Klimowicz-Sikorska

Dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata, wysokie odszkodowanie i naprawa wyrządzonej szkody - taki wyrok usłyszeli w środę ludzie, przez których nasza czytelniczka - niepełnosprawna, samotna matka trójki dzieci - straciła mieszkanie. Wyrok nie zapadł jednak w jej sprawie, ale w innej, bliźniaczej.



W połowie marca opisywaliśmy historię pani Katarzyny Chocholskiej, samotnej niepełnosprawnej matki trójki dzieci, której trudną sytuację wykorzystali oszuści oferujący jej pomoc w spłaceniu zadłużonego mieszkania. Paulina W. była pośredniczką, która - wykorzystując trudną sytuację naszej czytelniczki - nakłoniła ją do podpisania niekorzystnego dla niej pełnomocnictwa notarialnego. Na jego podstawie "inwestor", Bartłomiej G., miał pomóc kobiecie w remoncie zadłużonego mieszkania i jego korzystnej sprzedaży. Tak się nie stało. Zamiast obiecanej pomocy, niecałe dwa tygodnie temu kobietę próbowano brutalnie (wyważając drzwi) eksmitować z mieszkania, które w międzyczasie zostało już sprzedane.

Po naszej publikacji skontaktował się z nami Jarosław Milczek, gdański adwokat, który, jak się okazało, prowadzi sprawę innej kobiety poszkodowanej przez ten sam duet oszustów. Scenariusz oszustwa w tym wypadku był bardzo podobny, jak u naszej czytelniczki.

Zadłużone mieszkanie i samotność

- Poszkodowana pani Barbara miała 70-metrowe mieszkanie spółdzielcze własnościowe na Dąbrowie, miała też trudności życiowe, z których wynikło pewne zadłużenie w spółdzielni mieszkaniowej z tytułu niepłacenia czynszu - mówi mec. Jarosław Milczek. - Zadłużenie to wynosiło, według jej relacji, około 40 tys. zł, potem, wraz z różnymi kosztami sądowymi i komorniczymi oraz odsetkami, wzrosło do około 75 tys. zł. Spółdzielnia uzyskała sądowy nakaz zapłaty żądanej kwoty, a ponieważ poszkodowana miała trudności z pracą, była sama i miała na utrzymaniu dwoje dzieci, do tego nachodził ją były mąż-alkoholik, nie była w stanie tego spłacać. Dlatego komornik dokonał wyceny mieszkania i w końcu wyznaczył licytację.
Biegły wycenił wartość mieszkania na ok. 360 tys. zł, natomiast cena wywoławcza na licytacji wynosiła 270 tys. zł. Dług pani Barbary wciąż wynosił ok. 75 tys. zł, więc po sprzedaży mieszkania powinna otrzymać nie mniej niż 200 tys. zł.

Pani Katarzyna Chocholska została oszukana przez tę samą parę oszustów: Paulinę W. i Bartłomieja G. W jej przypadku sąd umorzył postępowanie.
Kłopoty zwabiły parę oszustów

- W tym momencie do akcji wkroczyła pewna młoda kobieta (Paulina W.), która przedstawiła się jako pracownica pana Bartłomieja G. - dodaje prawnik. - Skontaktowała się z panią Barbarą, umówiła na spotkanie i roztoczyła wizję utraty mieszkania na skutek licytacji komorniczej. Radą na to miała być sprzedaż mieszkania przez panią Paulinę i jej szefa, biznesmena-inwestora Bartłomieja G., spłata komornika i zakup odrobinę mniejszego mieszkania, wszystko za "naprawdę drobną prowizję".
Jak dodaje mecenas, po kilku wizytach oszustka zdobyła zaufanie pani Barbary na tyle, że zaproponowała jej, iż wiele formalności załatwi za nią sama - wystarczy tyko podpisać u notariusza pełnomocnictwo dla niej.

- Pani Barbara uznała plan Pauliny W. i jej życzliwą pomoc za wybawienie i zgodziła się. Na umówione spotkanie do notariusza do Rumi zawiozła ją pani Paulina własnym autem. Tam nastąpiło podpisanie szerokiego pełnomocnictwa, które upoważniało Paulinę W. do sprzedaży mieszkania poszkodowanej za dowolnie wybraną cenę i odbioru pieniędzy od nabywcy - dodaje mec. Milczek. - Pani Paulina była taka miła i pomocna, że pani Barbara nie miała absolutnie żadnych wątpliwości co do jej życzliwości i uczciwości. Poza tym była przekonana, że pełnomocnictwo dotyczy tylko załatwienia różnych formalności w urzędzie, bo tak się z panią Pauliną umówiła. Pani notariusz odczytywała pełnomocnictwo, ale ono było długie, napisane jakimś prawniczym żargonem, więc ona nic nie rozumiała, ale i po co miała się wysilać, skoro przecież dobra i uczynna pani Paulinka o wszystko zadbała. Po załatwieniu pełnomocnictwa pani Paulina odwiozła panią Barbarę do domu, nie informując jej jednak, że zaraz wraca do notariusza, bo już jest umówiona z kupcem na jej mieszkanie.
Do podpisania umowy sprzedaży mieszkania doszło tego samego dnia, u tego samego notariusza. Mieszkanie sprzedano za kwotę 170 tys. zł, a nabywcą był niejaki pan Dariusz.

- Poszkodowana nie zobaczyła ani grosza z tej transakcji, nie dostała aktu notarialnego, a o samej transakcji nie dowiedziała się od pani Pauliny, tylko ze spółdzielni mieszkaniowej - mówi prawnik. - Przyznać trzeba tylko, że z tych 170 tysięcy zostało spłacone zadłużenie u komornika. Oczywiście nie z "dobrego serca". Nabywca część pieniędzy wpłacił bezpośrednio na konto komornika, zamiast dać je pani Paulinie, bo chciał mieć pewność, że mieszkanie nie będzie obciążone, a pani Paulinie, słusznie zresztą, nie ufał. Tak więc ze 170 tys. zł na spłatę długu u komornika poszło nieco ponad 75 tys. zł. Resztą przekazanych przez nabywcę pieniędzy pani Paulina W. podzieliła się z Bartłomiejem G. Nabywca pozostawił sobie jakieś 20 tysięcy jako rękojmię, że sprzedająca wyprowadzi się i wyda mu mieszkanie.
I tak jak w przypadku Katarzyny Chocholskiej, Paulina W. zaczęła naciskać, by niepotrzebna już lokatorka opuściła mieszkanie. Wynajęła jej mieszkanie - dokładnie tak samo postąpiła z naszą czytelniczką. Tłumaczyła jej, że wyprowadzenie się jest warunkiem otrzymania pieniędzy od nabywcy, a blisko dwa miesiące potrzebne są do znalezienia lokalu docelowego dla niej i jej dzieci.

- Dopiero wtedy poszkodowana zorientowała się, że coś może być nie tak - mówi Jarosław Milczek. - Pani Paulina zaczęła naciskać coraz gwałtowniej, opowiadać o trudnościach, mówić, że pula pieniędzy "w dyspozycji" poszkodowanej się ciągle zmniejsza itd., a pan Bartłomiej G. "nie jest miłym facetem". Chodziło o to, żeby wreszcie pani Barbara z dziećmi opuściła mieszkanie. Gdyby wtedy przeprowadziła się do wynajętego mieszkania, dziś od wielu miesięcy mieszkałaby już "pod mostem" albo w noclegowni.
Jak wygląda sytuacja poszkodowanej z Dąbrowy?

Obecnie trwa egzekucja komornicza.

Komornik na wniosek nabywcy mieszkania, pana Dariusza, ma wyeksmitować panią Barbarę i jej dzieci z mieszkania - mówi adwokat. - Obawiam się, że gdyby nie pomoc i zaangażowanie życzliwych osób, moja klientka nie miałaby już gdzie mieszkać. Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że pani Barbara padła ofiarą oszustwa. Nie otrzymała żadnych pieniędzy za swoje mieszkanie, nie otrzymała obiecanego "mniejszego mieszkania". Może zostać wyeksmitowana i nie będzie miała dokąd pójść - ani ona, ani jej dzieci. Prawo teoretycznie chroni dzieci przed eksmisją "na bruk", należy się wówczas lokal socjalny, ale w tym wypadku pani Paulina w imieniu pani Barbary w umowie notarialnej wyraziła zgodę na egzekucję bez żadnych warunków.
Prokuratura odnalazła kolejną osobę poszkodowaną przez parę oszustów

Sprawą zainteresowała się prokuratura w Wejherowie, ta sama, która umorzyła postępowanie w sprawie Katarzyny Chocholskiej. Jednak tu zadziałał przypadek.

- W trakcie śledztwa prokurator dotarł do innej poszkodowanej przez te same osoby - tym razem mieszkanki Gdańska, pani Lilianny - mówi mec. Milczek. - Prokuratura po zebraniu dokumentacji i przesłuchaniu świadków wniosła do Sądu Okręgowego w Gdańsku akt oskarżenia. Proces sądowy trwał od maja 2015 r. Potem, już w sądzie, zgłosiła się kolejna ofiara tej szajki, także z Gdańska. Jej sprawa, podobnie jak sprawa pani Katarzyny Chocholskiej, była umorzona. Takich umorzonych spraw jest zapewne jeszcze więcej.
Dwa lata temu opisywaliśmy przypadek pani Teresy, która również trafiła na mieszkaniowych oszustów. W jej przypadku mieszkanie zostało sprzedane kilka razy, a ona eksmitowana w środku zimy.
- To, że w sprawie oszustwa na szkodę pani Barbary udało się zaciągnąć tę szajkę przed sąd, jest raczej wyjątkiem, bo wszystko, co robią ci oszuści ma pozory zgodności z prawem - mówi prawnik. - Pani Paulina W. miała pełnomocnictwo notarialne i nie zrobiła nic ponad to, do czego została w tym pełnomocnictwie upoważniona. Cena była niska, bo mieszkanie zadłużone. Pan Bartłomiej G. nie zatrudniał pani Pauliny. On tylko na jej prośbę pomagał wynająć mieszkanie dla pani Barbary. Tak z życzliwości. Dlaczego więc prokurator "czepia się" i ciąga takich życzliwych i pomocnych ludzi po sądach? Natomiast sprytną oszustką w tej sprawie miała być pani Barbara, bo sprzedała mieszkanie, a ciągle w nim mieszka i wynieść się nie chce, choć się do tego prawnie zobowiązała.
Oszuści stanęli przed sądem i usłyszeli wyrok

Sąd nie dał się jednak zwieść. W środę 24 marca w Sądzie Okręgowym w Gdańsku odbyła się rozprawa, w której oszuści: Paulina W., Bartłomiej G. i ich wspólniczka Eliza M. zostali skazani na kary po dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Ponadto mają zapłacić wysokie grzywny oraz naprawić szkodę wyrządzoną pokrzywdzonym kobietom.

- Wyrok jest nieprawomocny, a oskarżeni na pewno odwołają się od niego, chociaż ustne uzasadnienie wygłoszone przez sędziego przewodniczącego było przekonujące i prawnicy nie spodziewają się, aby sąd odwoławczy istotnie zmienił ten wyrok lub go uchylił - mówi mecenas. - Pani Barbara, która na skutek machinacji oszustów straciła mieszkanie, jest zadowolona z rozstrzygnięcia sądu, cieszy się, że wyrok jest w zawieszeniu, bo dzięki temu ma szansę odzyskać to, co straciła. Chodzi o motywację: jeżeli skazani nie naprawią szkody, którą jej wyrządzili, nie zwrócą wyłudzonego mieszkania lub pieniędzy, pójdą do więzienia.
Czy kiedykolwiek miałeś(łaś) styczność z oszustami mieszkaniowymi?
18%

tak, próbowano mnie oszukać

11%

tak, moi znajomi i bliscy mieli problemy z tego typu ludźmi

40%

nie, ale słyszałem(am) dużo o ich działalności

31%

nie, nigdy nie spotkałem(am) się z tego typu działalnością

zakończona

łącznie głosów: 301