dobra, przeczytałam cały wątek ;) (tak, tak, wolno czytam :P) to i się wypowiem.
jak tu pięknie, wybieramy wartości, którymi się kierujemy i jesteśmy im wierni, niezależnie czy ktoś wybiera mieć czy być - chociaż nie wierzę, że ktoś wybierze 'mieć' za wszelką cenę raz i na zawsze. i właśnie, czy 'być' można wybrać raz na zawsze? nie mówię, że na każdego jest cena, nie zawsze ideały zamieni na rzeczy materialne. ale wybór mniejszego zła... albo zwyczajna chwila słabości, słabszej kondycji. bardziej niż jak kapitan jednego statku czuję się jak dowódca floty. wiele spraw w życiu, większość ważnych a czasu i siły mam ograniczony zasób. gorsze chwile, mała depresyjka i jakiś projekt się sypie. oby zawodowy a nie relacja z kimś bliskim. kiedyś zaczęłam z kilkoma małymi stateczkami a flota mi się rozrasta liczbowo i poszczególne jednostki się zwiększają.
w lojalności czy uczciwości przed sobą samym moim zdaniem nie może zabraknąć przyznania się (przed sobą po 1. a czasem również przed innymi, może jedynie najbliższymi) do zatopionych okrętów. nawet jeśli są tak głęboko, że można by o nich zapomnieć. zastanawiając się czy sprawa była nie do uratowania czy się odpuściło - i dlaczego. oby forma była jak najbardziej konstruktywna i dała jak największą naukę na przyszłość. bo sukcesy jedynie przeplatają porażki. zawsze.
http://facebog.deon.pl/i-wlasnie-dlatego-odnioslem-sukces/
widzimy tonący okręt i kapitana, który ratuje siebie albo ratuje najpierw innych a na końcu siebie albo odpuszcza i idzie na dno ze statkiem. uważam, że przy możliwości nr 2 opcja nr 3 jest głupotą. ale czasami nawet jak zrobiło się wszystko, żeby zapobiec tragedii, to ona mimo wszystko następuje. i chyba rozumiem, że takie poczucie winy może doprowadzić do samobójstwa.
niestety wydaje mi się, że wiele osób (chociaż palce mnie swędzą, żeby napisać, że większość, ale nie chcę generalizować) nie podejmuje refleksji, nie zastanawia się nad sobą, istotą swojej osoby i wartościami, które są dla niego ważne a podejmując decyzje kieruje się znalezieniem najbardziej dogodnej opcji dla siebie w danej sytuacji. niestety często spotykam się z ludźmi zaskoczonymi konsekwencjami.
w przyjaźni nie wyobrażam sobie rozważań nad ewentualną nielojalnością i podjęcia takiej decyzji świadomie - chyba jestem chora. oczywiście może coś nie pójść - komuś względem mnie i niestety również mi. i chyba bardziej ufam innym niż sobie.
w przykładzie Antego,
>gdybym miał siostrę z którą bym żył w dobrych stosunkach, i
>zostałaby ona żoną mojego najlepszego przyjaciela, a potem
>dowiedziałbym się o zdradzie jednego z nich i ta osoba poprosiłaby
>mnie o dyskrecję. Co nakazuje Wasza lojalność?
nie miałabym wątpliwości - w ich nielojalności względem siebie nawzajem bym się nie mieszała. najpierw naciskałabym na osobę, która zdradziła, żeby się przyznała a później wygadałabym drugiej.
moim wątpliwościom bliżej do tego jak daleko idzie lojalność wobec siebie. kiedy mogę powiedzieć, że zrobiłam wszystko?
syn sąsiada ćpa, pod naciskiem się przyznał, ale spoko, bo tylko pali zioło. i zostało to zaakceptowane przez jego rodziców, dobrych znajomych moich rodziców a ja jestem wariatką (ze słownictwa używanego na tym forum zostałabym określona jako 'fanatyczka'). on chyba (na (99%) już diluje. dla mnie obie części sytuacji nie są spoko.