bełkocik weekendowy

Tym dwojgu życie zdawało się być wielorakie.
I pasjonujące.
Pomimo głęboko wrośniętych pod skórę zardzewiałych gwoździ.

A ponieważ życie swym wydźwiękiem niosło im tak wiele doświadczeń
nieustannie odczuwali niezaspokojoną tęsknotę za czymś jeszcze.

Oni byli zwykłymi ludźmi.
Z sercem nafaszerowanym gwoździami.

Jednak byli ludźmi.
Byli więc niezaspokojeni.

http://www.youtube.com/watch?v=2GUJ46FK7vM
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: bełkocik weekendowy

Teraz będzie mój dzisiejszy sen, co to mnie się przyśnił. Ale po kolei.
Posiadam pewną mało wyszukaną tendencję do spania przy włączonym radio. Ano wygląda to tak, iż se ustawiam radioodbiornik w najbardziej zakurzonym kącie kwadratu i odpalam cichutko voluma, tak "aby, aby i ledwo ledwo", strojąc jego bebechy na herce, na których nadaje albo rock antenne, albo chili zet, albo trójka, albo eska rock, zależy co mi tam w duszy tymczasowo gra.
No dziś to akurat nocną porą trafiłem eskę, dziabnąłem ostatniego drina na soku truskawkowym i swym marnym, ludzko-zwierzęcym bytem, bez udziału autorefleksji nad przeżytym dniem, odpłynąłem w krainę subiektywnie średnio zasłużonego snu.

A sen był taki.

Lazłem przez najstarszą część łostowickiego cmentarza, (świetnie ją znam) pośród rozpasanych zielenią kasztanowców. Mijając tamtejsze olbrzymie poniemieckie grobowce rodzinne przyprószone zeszłorocznymi liśćmi i jakimś mało mi znanym rdzawym nalotem, przemierzałem krok po kroku i metr po metrze użyźnioną ludzkimi ciałami glebę. Szukałem najdroższego memu sercu człowieka jakiego w życiu poznałem. Ale nie w sensie epigramu na nagrobnej tablicy, ino żywego, bo to postać realna jest. Zmierz na niebie nadchodził w trybie całkowicie zabawnym. Wręcz komicznym się zdawał, mianowicie zachodził w czasie kilkakrotnie szybciej, niż w tak zwanym realu. Przyprawiał mnie jednak o ciarki na plecach. Nie nastrajało mnie to pozytywnie. To był trochę taki śmiech przez łzy. Gdzieś bardzo głęboko w odmętach mej szarej duszy martwe fale oceanu bezwarunkowej beznadziei sztormowo kołysały niepokój w mym sercu.
Po prostu. Sobie szedłem z bagażem kawałka ciężkiego, niematerialnego ołowiu przez cmentarz - pisząc już najprościej jak się da. I nagle bach!!! Tuż przy kaplicy w nowej części cmentarzowego ogródka żelazny, choć bardzo ciepły, doskonale mi znany uścisk, złapał mnie za kark. Poznałem go bezbłędnie. To był mój Przyjaciel, za którego życie oddałbym bez jakiegokolwiek wahania, czy kalkulacji, tak łatwo, jak się kupuje, otwiera i wypija zimne piwo specjal. To spotkanie było kompletną, samoistną i nieopisaną radością i jednością. Jedność w czasie. Jedność w ruchu. Jedność w myślach i intencjach. Jedność w słowach. Jedność w uśmiechach i oczach. W głosie i fizyczności. Jednym zdaniem: relacja bez wzajemnego wymuszania czegokolwiek, ale i bez uległości. To było jak ognisko Jin-Jang, którego paliwem jest pradawna energia Chi. Szliśmy tak sobie przeszczęśliwi w tym fantastycznym nastroju, co to góry przenosi w kierunku głównej bramy cmentarzyska. I nagle !! groby zaczęły się same otwierać. Tak jak otwiera się pokrywę zapajęczonego i zakurzonego pradziadowego kufra gdzieś na wiejskim strychu na Mazurach albo w Bieszczadach. Zawartość grobów ożyła. W różnym stopniu strawiona przez czas i mrówki denacka brać poczęła ścigać najcenniejszą na globie mi osobę i mnie. Jednym ruchem wydobyłem długi bagnet, który ma najszlachetniejszą stal ze wszystkich noży jakie posiadam, ale dźgałem i ciąłem jedynie powietrze. Trupy były nieuchwytne dla stali. Na horyzoncie hen za truposzami pojawiły się najpotężniejsze demony jakie stworzył Bóg. Ich półwidok, ćwierćwidok sprawiał, że się rozwiewałem, rozkruszałem tak jak ten dryblas z komiksu Thorgala co wziął do ręki klucz do innego świata. Walczyłem z powietrzem i wodą ( "be like water" mawiał Bruce Lee, więc przyjąłem ich taktykę walki) dzięki temu mój Przyjaciel biegł już bezpiecznie w dół ulicą Łostowicką na najbliższy tramwajowy przystanek. Nie pamiętam jak moja walka się zakończyła. Pamiętam, że potrafiłem się teleportować i znalazłem się w ostatnim składzie tramwaju. (magija w teorii i praktyce Aleister'a Crowley'a mi pomogła :) Zanim mój Przyjaciel wygodnie zdążył rozsiąść się na tramwajowym krześle, ja już NA WSZELKIE MOŻLIWE SPOSOBY kasowałem Nam bilety. Cały tramwaj trząsł się jakby znużone wakacjami dzieci z Siedlec, robiąc ostatni wakacyjny psikus, położyły na szyny sznur kamieni. Wagon szarpał w każdą stronę podług środka swej ciężkości czuliśmy się jak w młynku. Skład nabierał prędkości. Za oknami przewijały się dziesiątki i setki starych obrazów. Było coraz jaśniej. Był koniec maja. Nadchodził brzask i wytchnienie. Wschód Słońca - jak zwykle nieoczekiwanie- dopadł nas na Przymorzu gdzieś po godzinie 4 rano.


No i się obudziłem :)
W radio na antenie prezentują 51 TSA. Już końcówka.
Rzut oka na zegarek - 2:36, prawa dłoń na piersi ściśnięta, że aż krew odpłynęła. Lewa garść trzyma zaciśniętą prawą. Słucham muzy, powoli prostuję ramiona i otwieram dłonie - biletu tam nie ma.
Czuję rozczarowanie, ale uśmiecham się do siebie.
Numer 51 na eska rock finiszuje. Żałuję, że przespałem początek.
http://www.youtube.com/watch?v=cI7hsdaCqJ8
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: bełkocik weekendowy

uroczy :)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: bełkocik weekendowy

Urokliwym się zdawał.
Muzyka wpłynęła na potęgę podświadomości przekładając się na treść snu.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: bełkocik weekendowy

Idzie łyk end a ja chyba przekraczam nie przekraczalną dla ludzi granicę.
E tam.


Obudził mnie dziś nocny Księżyc.
Promieniował przez okno pod roletą zimnym światłem w moją potylicę. Dobry świder dzisiaj miał założony. Poderwałem się w swojej pijackiej malignie podejrzewając, że wreszcie chłopaki z Czeka, Gpu, Ogpu czy innego Nkwd w swym nocnym zwyczaju, o którym pisał Sołżenicyn w Archipelagu, wdarli się do mnie bez pukania i świecą we mnie latarką i po dwumiesięcznym śledztwie wlepią mi 9 gramów w mą potylicę, ale wcześniej doświadczę z ich rąk karcer "z wodospadem", wannę z kwasem, basen z fekaliami i tę powszechnie niedocenianą torturę bezsenności. Oraz tuzin innych.
Dam Wam dobrą radę. Nie pijcie za dużo. A jeśli już pijecie takie dawki, nie czytajcie równolegle w czasie "Archipelagu Gułag" Sołżenicyna do poduchy, bo rzeczywistość i ułudny alkoholowy nocny miraż zlewają się przy Księżycu w jedno i zaczynają niewiele się od siebie różnić. ( O ile zdołacie w ogóle podnieść i otworzyć książkę)
Skoro to nie była sowiecka spec grupa z b%B
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: bełkocik weekendowy

Fak.
1/4 textu się wkleiła.
Macie tu błąd Adminy.,
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

test

Obudził mnie dziś nocny Księżyc.
Promieniował przez okno pod roletą zimnym światłem w moją potylicę. Dobry śider dzisiaj miał założony. Poderwałem się w swojej pijackiej malignie podejrzewając, że wreszcie chłopaki z Czeka, Gpu, Ogpu czy innego Nkwd w swym nocnym zwyczaju, o którym pisał Sołżenicyn w Archipelagu, wdarli się do mnie bez pukania i świecą we mnie latarką i po dwumiesięcznym śledztwie wlepią mi 9 gramów w tę potylicę, ale wcześniej doświadczę z ich rąk karcer "z wodospadem", wannę z kwasem, basen z fekaliami i tej powszechnie niedocenianej tortury bezsenności. Oraz tuzina innych.
Dam Wam dobrą radę. Nie pijcie za dużo. A jeśli już pijecie takie dawki, nie czytajcie równolegle w czasie "Archipelagu Gułag" Sołżenicyna do poduchy, bo rzeczywistość i ułudny alkoholowy nocny miraż zlewają się przy Księżycu w jedno i zaczynają niewiele się od siebie różnić.
Skoro to nie była sowiecka spec grupa z błękitnymi wypustami pomyślałem, że trzeba by znów zasnąć bo środek nocy, a ludzie podobnież w nocy śpią.
Sięgnąłem więc dłonią pod łóżko po zimny, znajomy kształt i po sekundzie po całym mym ciele od środka rozlało się błogie ciepło.
Później podobno był dzień.
Zanim na dobre zapłonął znikądinąd ładny wschód słońca pan Wojciech Mann w porannej audycji "Zapraszamy do Trójki" całkiem udanie dodawał mi otuchy swym graniem i niepretensjonalnym poczuciem humoru. A później to nie wiem znów co było. Pamiętam, że przez zamknięte powieki widziałem olbrzymie mosiężne dzwony sunące powoli tuż pod szarym garniturem nieba. Ołowiane niebo i mosiężne solidnie odlane dzwony stanowiły ciekawą kompozycję tym bardziej, że chmury-rycerze, chmury-tuzy, chmury-szare eminencje równie jak dzwony leciały wysoko, dostojnie i smutno, że aż głowę trzeba była zadrzeć i szyję wyciągnąć. Następnie usłyszałem te głucho bijące serca dzwonów, ale to nie były dzwony kościelne katolów co to w południe gną grzbiety do klęku wzywając swe owieczki na Anioł Pański. To były moje dzwony z popołudniowej Trójki :)).
Z High Hopes pamiętam jeszcze te przeszywające fortepianowe akcenty i przypomniała mi się pewna stara, bardzo elegancka pani z Norwegi, która raczyła mnie przecudownymi ciastkami, ciepłem domu i zupełnie niepowtarzalnym jego aromatem. Nigdy nie zgrała mi na swoim fortepianie/pianinie (? :), ale dała mi kiedyś kubek. Ja w zamian sprawiłem, że mimo, że zawsze uśmiechnięta była i o słowiczym głosie zapłakała mi rzewnie ogromnymi łzami oczyszczając swą duszę.

Później spadł deszcz.
Leje do teraz.

http://www.youtube.com/watch?v=Bqvcmud3LFQ
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

No.
;)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

To też niekompletne.
Idę stąd.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Aha zjadłem te grzyby Mansonie i wciąż żyję.
Nikt z mojego baru ich nie zbiera, ale to dłuższy temat.
Przydałby się jakiś grzybowy wątek uzupełniony przepisami. ;)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Bo wszystkie grzyby są jadalne.
A pociece to zbierają górale, u nas faktycznie mało kto.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

A nie, Ty nie o poćcach tylko piaskowcach. Super. Najlepsze na zupę.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Taaa, ja o piaskowym pisałem, bo wszyscy koledzy mnie gadali, żebym tego grzyba nie jadł, poza Tadziem. A Tadziu jest najbardziej kumatym facetem w barze i lubię z nim rozmawiać.
To jak Tadziu powiedział, że to borowik to uciekłem się jeszcze z pomocą do Ciebie dla pewności. I gra. Dziękuję.

Zupę zrobię następnym razem.
Ludzie z knajp to fantaści, szczególnie ci co wiedzy merytorycznej nie mają, ale ja lubię ich słuchać i sączyć przy nich.


http://www.grzyby.net/gyroporus-castaneus.htm
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Se zapalę coś dobrego.
Ciekawe co mi się dzisiaj przyśni.
Tylko se walnę drina najpierw.
Przypomniało mnie się, że mi obiecałeś dać swoją jamajską czapkę Mansonie.
Jak o niej myślę to mam bekę.

http://k0rni.wrzuta.pl/audio/9NpCeDkerSx/a_ja_wole_marihuane_002
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

A gdzie ta czapka jest?
Coś jej dawno nie widziałem.
Ale za to odkryłem wyciskacz do cytryn.
Schował się w worku z jednym z chlebów.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Na oparciu krzesła wisiała a potem pod stołem leżała z tego co pamiętam.
Pewno sfora zżarła dzieląc się po połowie ;)

A wyciskacze do cytryn tak mają, że chowają się w workach od chleba.
Nie wiedziałeś?
No wtedy kiedy szukaliście go to wyjątkowo milczałem.
Spoko. Ta zima będzie łagodna.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Taka refleksję miałem rano.
Specjalnie to nawet nie wiem jak tę myśl dobrze przyodziać w słowa, bo to się bardziej czuje, a obrazowo nakreślić to dość trudnym jest. Myśl jest nieuchwytna, zaś każda próba jej rzetelnego wyartykułowania ma w sobie coś z gwałtu. Ale się postaram, w kilku wymęczonych zdaniach przedstawić co mi telepie się po zwojach mózgowych, kiedy to wracam do domu nad ranem na przedprożu zimy.
Rzecz co mi na myśl przyszła na dobrą sprawę odnosi się do kilku zagadnień/dziedzin życia a ściślej systemów. W linii prostej odnieść ją można na przykład do:
- dietetyki (w ujęciu żywienie człowieka)
- motoryzacji (w ujęciu samochodu)
- biologi (w ujęciu ewolucji)
- psychiatrii ( w ujęciu jaźni czy ego)

Otóż mnie się zdaje, iż niekiedy w powyższych zagadnieniach główną rolę odgrywają trzy pojęcia, wg których "cała maszyneria się kręci" te trzy pojęcia to:
1. regulacja/sterowanie;
2. adaptacja;
3. identyczność; (jej pozyskanie lub utrata)

Pomiędzy 1-2-3 zachodzi swego rodzaju komplementarność, zaś zmiany zależą od stresu (czynnika motywującego)
Załóżmy, że Karol ma auto. Firmy BMW. (jak wiadomo skrót BMW oznacza Babki Mówią Wow ;)
Koszty Karola (gasoline i oil), związane z codziennym użytkowaniem fury, to nic innego jak regulacja. To koszty regulacji. Powtarzają się okresowo, regularnie, cyklicznie. Z upływem lat użytkowania samochodu Karol zaczyna kumać, że ilość przebytych kilometrów się zmniejsza przy tej samej ilości benzyny i oleju. Jak jest Karol w miarę kumaty to wyciągnie wniosek, że skoro koszty regulacji wzrastają to ekonomicznie uzasadnionym byłoby zaadoptować się do istniejącej sytuacji. Adoptuje się w ten sposób, że wymienia pierścienie, cylindry daje do przetoczenia, albo robi kapitalkę silnika i szpachluje blachy. Jednak po odpowiednio długim czasie (stresie podczas którego zdolność regulacji się zmniejsza, a próby adaptacji są coraz częstsze) nic już nie jest w stanie zmniejszyć kosztów eksploatacji, nadchodzi nieubłagane, mianowicie zmiana identyczności - innymi słowy - zakup nowego auta.

Regulacja, adaptacja, identyczność wszystko to jest determinowane stresem, widać to na każdym kroku jeśli wyjść na ulicę.
Farmer, któremu bujnie rośnie na polu, cielaki się cielą, płaci podatki i jest szczęśliwy, nie bierze kredytów i nie szuka nowych dróg rozwoju.
Murzynek pod palmą, któremu ciepło i na którego głowę spada kokos z odżywczym mlekiem nie zastanawia się jak wypala się cegły i jak udoskonala się systemy izolacji. Nie szuka nowych dróg rozwoju.
Dopiero gdy stres usunie im obojgu grunt spod nóg zaczynają kombinować, stają się pełni zapału i otwarci na rozwój.
Imperium wygrywające wojnę siada na laurach, zaś pokonany przeobraża się dokonując głębokich zmian strukturalnych i nie można tego tłumaczyć li tylko wojennymi zniszczeniami.
Student piątkowy nie musi się dużo uczyć, z czasem polega już na swej wypracowanej opinii, podczas gdy nieuk ma kupę czasu, aby się zastanowić czy wybrał właściwą ścieżkę rozwoju edukacyjnego. Nieuk ma tu pewną przewagę, bo piątkowicz dopiero po latach, kiedy mocno zwiąże się z zawodem, że jest niezadowolony z wykonywanego zawodu i odczuwać w związku z tym chęć zmiany.
W biologi koszt regulacji/sterowania w linii prostej też zależy od stresu. Tu najwyraźniej to widać. Organizm, o niskim poziomie stresu nie adoptuje się. Natomiast kiedy poziom stresu przekroczy poziom krytyczny, organizm albo się adoptuje albo ginie.
W psychiatrii jest najciekawiej :) (bo kurna miałem kiedyś zostać psychiatrą) U dojrzałego człowieka jaźń jest ściśle powiązania z przeróżnymi wzorcami zachowań.
Dajmy na to, że c jest furiatem. Ma nieracjonalne napady agresji, chamstwa i wściekłości. (nie mam, ale załóżmy, że tak jest) Dodatkowo c jest tego świadom i szczerze określa swą osobowość mianem porywczy, pomimo wyraźnych sygnałów otoczenia mówiących, że tego typu wybuchy są niewłaściwe. Ten rodzaj zachowania w społeczeństwie nie do przyjęcia trwać będzie, pomimo nieubłaganie nadchodzących konsekwencji w stylu utraty pracy, przyjaciół tudzież więzi rodzinnych. Rzecz w tym, że dla c tego rodzaju wybuchy wściekłości to nic innego jak obrona własnej identyczności bo tylko o identyczność tak naprawdę chodzi. O zgodę z samym sobą. Nawet za cenę utraty więzi społecznych lub rzeczy które mógłby stracić. Mówiąc już najprościej c nie ma filtrów, które by przepuszczały sygnały ostrzegawcze z otoczenia. Z punktu widzenia obserwatora obiektywnego, c reguluje samego siebie, aby uniknąć adaptacji, czyli zmiany swego zachowania.
Ale z punktu widzenia c'ego on kosztem regulacji stara się przetrwać broniąc zaciekle swej identyczności. Im c ma skuteczniejszą i bardziej dopracowaną metodę regulacji kosztami tym trudniej psychiatrze jest spowodować zmiany w jego niewłaściwym zachowaniu. Jedyną szansą na uzyskanie powodzenia psychiatry jest spowodowanie u c'ego zmiany w jego metodzie określania swojej identyczności, czyli poprzez zwiększenie cierpienia c'ego.
Itd. itp. Można to rozwinąć :) na inne jednostki, które nawet nie są świadome swych przywar, a nie są świadome bo mają na nie przyzwolenie społeczne, a co za tym idzie niski poziom stresu.
No i kilka konkluzji na koniec:

1. System, który należycie wywiązuje się z zadania regulacji nie ma potrzeby się adoptować.
2. System może się adoptować, aby uprościć swoje zadanie regulowania.
3. Sposób patrzenia na świat, który nie powoduje nadmiernego stresu u obserwatora, nie potrzebuje ulegać zmianie.
4. Sposób patrzenia na świat może ulec zmianie, aby zwiększyć stres w obserwatorze.

I tyle.
Mam zryty beret?
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Siedzę.
Jaram znowu browna i se myślę, że do mojej porannej teorii myślenia systemowego pasowałby ten numer.,

http://www.youtube.com/watch?v=OLrs2aSbkTQ&feature=related
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

A teraz coś z innej beczki:


I CO PAN NA TO PANIE PREZYDENCIE ???
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Re: test

Stwór.
Przeczytałaś Archipelag Gułag?
Warto dokupić III tom?
Uzupełnia on jakoś całość?
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Inne tematy z forum

Jaka jest najlepsza strona do pobierania darmowych dzwonków? (11 odpowiedzi)

Cześć wszystkim, Czy kiedykolwiek bolała Cię głowa, szukając strony internetowej, z której można...

Kawa czy Herbata - rano (197 odpowiedzi)

Piszcie co lubicie wypić rano - i dlaczego. Ja pijam wcześnie rano sypaną 2 łyżeczki z mlekiem +...

muza na dziś (781 odpowiedzi)

Wrzuć link do YouTube z muzą, która dziś Ci wyjątkowo dobrze się słuchała. A może jakaś nowa...