Teraz będzie mój dzisiejszy sen, co to mnie się przyśnił. Ale po kolei.
Posiadam pewną mało wyszukaną tendencję do spania przy włączonym radio. Ano wygląda to tak, iż se ustawiam radioodbiornik w najbardziej zakurzonym kącie kwadratu i odpalam cichutko voluma, tak "aby, aby i ledwo ledwo", strojąc jego bebechy na herce, na których nadaje albo rock antenne, albo chili zet, albo trójka, albo eska rock, zależy co mi tam w duszy tymczasowo gra.
No dziś to akurat nocną porą trafiłem eskę, dziabnąłem ostatniego drina na soku truskawkowym i swym marnym, ludzko-zwierzęcym bytem, bez udziału autorefleksji nad przeżytym dniem, odpłynąłem w krainę subiektywnie średnio zasłużonego snu.
A sen był taki.
Lazłem przez najstarszą część łostowickiego cmentarza, (świetnie ją znam) pośród rozpasanych zielenią kasztanowców. Mijając tamtejsze olbrzymie poniemieckie grobowce rodzinne przyprószone zeszłorocznymi liśćmi i jakimś mało mi znanym rdzawym nalotem, przemierzałem krok po kroku i metr po metrze użyźnioną ludzkimi ciałami glebę. Szukałem najdroższego memu sercu człowieka jakiego w życiu poznałem. Ale nie w sensie epigramu na nagrobnej tablicy, ino żywego, bo to postać realna jest. Zmierz na niebie nadchodził w trybie całkowicie zabawnym. Wręcz komicznym się zdawał, mianowicie zachodził w czasie kilkakrotnie szybciej, niż w tak zwanym realu. Przyprawiał mnie jednak o ciarki na plecach. Nie nastrajało mnie to pozytywnie. To był trochę taki śmiech przez łzy. Gdzieś bardzo głęboko w odmętach mej szarej duszy martwe fale oceanu bezwarunkowej beznadziei sztormowo kołysały niepokój w mym sercu.
Po prostu. Sobie szedłem z bagażem kawałka ciężkiego, niematerialnego ołowiu przez cmentarz - pisząc już najprościej jak się da. I nagle bach!!! Tuż przy kaplicy w nowej części cmentarzowego ogródka żelazny, choć bardzo ciepły, doskonale mi znany uścisk, złapał mnie za kark. Poznałem go bezbłędnie. To był mój Przyjaciel, za którego życie oddałbym bez jakiegokolwiek wahania, czy kalkulacji, tak łatwo, jak się kupuje, otwiera i wypija zimne piwo specjal. To spotkanie było kompletną, samoistną i nieopisaną radością i jednością. Jedność w czasie. Jedność w ruchu. Jedność w myślach i intencjach. Jedność w słowach. Jedność w uśmiechach i oczach. W głosie i fizyczności. Jednym zdaniem: relacja bez wzajemnego wymuszania czegokolwiek, ale i bez uległości. To było jak ognisko Jin-Jang, którego paliwem jest pradawna energia Chi. Szliśmy tak sobie przeszczęśliwi w tym fantastycznym nastroju, co to góry przenosi w kierunku głównej bramy cmentarzyska. I nagle !! groby zaczęły się same otwierać. Tak jak otwiera się pokrywę zapajęczonego i zakurzonego pradziadowego kufra gdzieś na wiejskim strychu na Mazurach albo w Bieszczadach. Zawartość grobów ożyła. W różnym stopniu strawiona przez czas i mrówki denacka brać poczęła ścigać najcenniejszą na globie mi osobę i mnie. Jednym ruchem wydobyłem długi bagnet, który ma najszlachetniejszą stal ze wszystkich noży jakie posiadam, ale dźgałem i ciąłem jedynie powietrze. Trupy były nieuchwytne dla stali. Na horyzoncie hen za truposzami pojawiły się najpotężniejsze demony jakie stworzył Bóg. Ich półwidok, ćwierćwidok sprawiał, że się rozwiewałem, rozkruszałem tak jak ten dryblas z komiksu Thorgala co wziął do ręki klucz do innego świata. Walczyłem z powietrzem i wodą ( "be like water" mawiał Bruce Lee, więc przyjąłem ich taktykę walki) dzięki temu mój Przyjaciel biegł już bezpiecznie w dół ulicą Łostowicką na najbliższy tramwajowy przystanek. Nie pamiętam jak moja walka się zakończyła. Pamiętam, że potrafiłem się teleportować i znalazłem się w ostatnim składzie tramwaju. (magija w teorii i praktyce Aleister'a Crowley'a mi pomogła :) Zanim mój Przyjaciel wygodnie zdążył rozsiąść się na tramwajowym krześle, ja już NA WSZELKIE MOŻLIWE SPOSOBY kasowałem Nam bilety. Cały tramwaj trząsł się jakby znużone wakacjami dzieci z Siedlec, robiąc ostatni wakacyjny psikus, położyły na szyny sznur kamieni. Wagon szarpał w każdą stronę podług środka swej ciężkości czuliśmy się jak w młynku. Skład nabierał prędkości. Za oknami przewijały się dziesiątki i setki starych obrazów. Było coraz jaśniej. Był koniec maja. Nadchodził brzask i wytchnienie. Wschód Słońca - jak zwykle nieoczekiwanie- dopadł nas na Przymorzu gdzieś po godzinie 4 rano.
No i się obudziłem :)
W radio na antenie prezentują 51 TSA. Już końcówka.
Rzut oka na zegarek - 2:36, prawa dłoń na piersi ściśnięta, że aż krew odpłynęła. Lewa garść trzyma zaciśniętą prawą. Słucham muzy, powoli prostuję ramiona i otwieram dłonie - biletu tam nie ma.
Czuję rozczarowanie, ale uśmiecham się do siebie.
Numer 51 na eska rock finiszuje. Żałuję, że przespałem początek.
http://www.youtube.com/watch?v=cI7hsdaCqJ8