Re: fobie
Ja to się bałem - w wieku 7 lat dziada. (tak go nazywaliśmy) Dziad to był starszy człowiek, który posiadał ogromny, bardzo stary ogród, szczelnie otoczony drutem kolczastym i dwoma warstwami siatki.
Wierzcie lub nie, ale tamta połać naprawdę miała coś z fortecy i z totalnej magii. Myślę dzisiaj, że chyba żadne dziecko, które miało coś z urwisa czy żyłkę globtrottera nie potrafiło przejść obok ogrodu tego obojętnie. Był to ogród ekologiczny - wszystko rosło na swój strój. Drzewa były gęsto posadzone: pyszne orzechy, olbrzymie czereśnie zaczynające się dokładnie z ostatnim, szkolno-czerwcowym dzwonkiem. I renklody, których smak i wielkość mógłbym porównać tylko z renklodami mojego śp. dziadka. I mirabelki. I gruszki. Dziad miał też warzywnik, a w nim marchew, o której smaku mógłbym napisać, że chyba tak słodkiej nie ma już na świecie.
W centralnej części ogrodu stały całe stosy zardzewiałych klatek po chowie lisów i nutrii. W tych klatkach mieściły się przeróżne niezdatne acz fascynujące mój dziecięcy umysł narzędzia i urządzenia. Też zardzewiałe. Zaś za tymi chaotycznie rozrzuconymi klatkami jakieś 30m stała mała betonowa altanka. Jej kształt, filigranowość, układ okien, wszystko to sprawiało, że była domkiem z moich pierwszych snów.
To co mnie na początku wprawiało w osłupienie to to, że ogród prawie zawsze był pusty. Ale po odpowiednio długim czasie podchodów, samotnych obserwacji i rozeznania był to oczywiście pozór.
Dziad uwielbiał w zakamarkach czatować godzinami na takie małe gadziny jak ja.
Po ogrodzie przemykał, powoli, bezszelestnie i idealnie wtopiony ubiorem w zieleń.
Na podorędziu miał zawsze jeden z dwóch przedmiotów (a w odwodzie psa wilczura)
Pierwszy z przedmiotów to był aparat fotograficzny, którym robił mi zdjęcia i ponoć wysyłał dzielnicowemu.
Drugim przedmiotem była deska na której końcu sterczało pełno zardzewiałych gwoździ.
Potrafiłem spędzić osiem godzin okrążając ogród by opracować plan idealnego (vide bezpiecznego) dostania się doń i ewakuacji z kieszeniami pełnymi marchwi bądź czereśni.
Raz mnie dorwał. Nigdy tego nie zapomnę.
Opatrzony miałem cały ogród. Szedłem bardzo ostrożnie rozglądając się na wszystkie strony świata. Przystanąłem by zebrać myśli nad wyborem owoców. I wtedy go zobaczyłem. Kucał z deską schowany za klatkami. Myślę, że staliśmy nieruchomo patrząc się na siebie jakieś 6 albo 8 sekund. Było to dość hipnotyczne. Miałem gęsią skórkę nie dlatego, że mogę oberwać (miałem około 6 metrów przewagi) ale dlatego, że mnie obserwuje w całkowitym bezruchu w stanie jakiejś duchowej przewagi jak łowca na ofiarę.
Złapał mnie już na pierwszej siatce na drucie kolczastym o który się w pośpiechu zaczepiłem i tak przyfasolił po udzie dechą z gwoździami, że noga była cała we krwi.
Od tego momentu nie tylko bałem się Dziada, ale go też szanowałem.
Zaś marchew i czereśnie z renklodami za każdym razem smak miały o wiele bardzie słodki.
0
0