gastro przemyślenia
dziś o czymś, co mnie dziwi i przeraża jednocześnie. przeglądając nowe posty o trójmiejskich restauracjach i barach natknęłam się na ogromną ilość hejtu i to o dziwo nie wobec samych lokali. ludzie marudzą "20zł za burgera, kogo na to stać? " "nikt nie zarabia na tyle żeby jadać w restauracjach" "lepiej zjeść w domu schabowego", są i tacy, którzy od razu zakładają, że interes padnie bo nikt nie przyjdzie na drinka za 25zł. Otóż drodzy państwo, pracując w gastronomii widziałam już różne rzeczy-od ludzi, którzy próbowali się targować bo brakowało im złotówki do piwa po takich, którzy w jeden wieczór potrafili zrobić rachunek z trzema zerami. obserwuję co się dzieje na rynku restauracyjnym i dziwią mnie komentarze takie jak wyżej przytoczone bo od środy do niedzieli, szczególnie wieczorami restauracje mają przynajmniej 70% pozajmowanych stolików. jak oni się utrzymują skoro przecież zdaniem internautów ludzi nie stać na jedzenie poza domem? czy zatwardziali obrońcy schabowych (choć i do schabowych nic nie mam) nie mają w sobie chęci spróbowania czegoś, czego nie zjedzą normalnie w domu? nie posiadają ciekawości nowych smaków? naprawdę nas ta komuna aż tak przeżarła, że nie jesteśmy w stanie wyrwać się ze szponów ziemniaków, klusków i kotletów? śmieszą mnie też częste porównania "spaghetti za 25zł?? ja w domu robię za 10zł dla 3 osób"...do składników dolicz sobie jeszcze opłatę za kucharza, za prąd, za gaz, za wynajem lokalu i dodaj jeszcze 10-15% żeby cokolwiek móc na tym zarobić a nie wyjść na zero ;) a skoro takim myśleniem idziemy to po co ludzie kupują karnety na siłownię? można poćwiczyć w domu. po co basen? nalej sobie wody do wanny. escape room? po co przepłacać?! poproś współlokatora żeby schował ci klucz na godzinę przed wyjściem do pracy, adrenalina gwarantowana ;)

